Światło w tunelu

Józefa Hennelowa



Miniaturowa książka Magdaleny Krzeptowskiej nie łatwo poddaje się kryteriom oceny. Decyzja autorki, by opowiedzieć o niewyobrażalnie ciężkim dramacie życiowym, jakim była strata dwojga dzieci w wypadku na morzu, a opowiadając, spróbować pomóc innym, podobnie doświadczonym, z powrotem odnaleźć „motywy życia i nadziei”, była decyzją heroiczną, za którą należy się tylko wdzięczność. Każde słowo w tej książce jest darem, każde ma walor autentycznego świadectwa. Nie mam pojęcia, czy wszystkie argumenty będą przekonujące dla każdego, kto sięgnie po owo „pocieszenie” właśnie znajdując się w sytuacji podobnej i nie dając już sobie rady. Autorka sama szczerze wymienia słowa i zachowania wielu ludzi, które w jej sytuacji swojej roli nie spełniły mimo ich najlepszej intencji. Bo nie w tym rzecz, aby każdy klucz pasował do każdego wypadku – jest to niewykonalne. Tak jak nie można wyobrazić sobie dwóch sytuacji identycznych, tak nie będzie dwóch identycznych światów przeżyć człowieka ugodzonego cierpieniem przechodzącym jego siły. Także wśród cytatów biblijnych i wypowiadanych przez autorytety, przytaczanych przez Magdalenę Krzeptowską, czytelnik zapewne znajdzie takie, które do niego natychmiast przemówią, i takie, które okażą się bezsilne – przynajmniej w danym momencie. To samo dotyczy przejmujących prób autorki w dociekaniu przyczyny istnienia zła i cierpienia w ludzkim świecie i jej zmagań z pojmowaniem śmierci. Nie spodziewamy się tu traktatu teologicznego, który wszystko uporządkowałby i rozwiązał. W teorii zresztą...
Otrzymujemy za to w książce Magdaleny Krzeptowskiej zapis dwu doświadczeń, których wagi przecenić nie można. Jedno, to doświadczenie znaczenia obecności drugiego człowieka przy cierpiącym: obecności czasem tylko milczącej, ale i wtedy gotowej do pomocy. Ten zapis należy do najbardziej przejmujących w książce „Moja droga...”. A drugi zapis opowiada o odkrywaniu Boga przy tych, których ugodziło zło. Odkrywaniu – bo to jest właśnie droga. Trzeba uwierzyć w tę obecność już po to, by zdobyć się na prośbę o pomoc w kontynuowaniu tego odkrywania. A tym samym szukać sensu cierpienia z pomocą Boga, który sam cierpi. Liczyć na Jego „zaradzenie naszemu niedowiarstwu”, a potem, przekonując się, że taka prośba zawsze jest wysłuchiwana, wchodzić coraz głębiej w wymiar wiary. Jedyny, w którym owe soborowe „motywy życia i nadziei” znajdują się rzeczywiście i stają się z powrotem dostępne także dla człowieka ugodzonego najcięższym nawet doświadczeniem. To jest droga wspinania się, jak nazywa ją autorka, aż do możliwości uczynienia wyznania, zapisanego na ostatnich stronach: „wierzę i wiem”. Aż do odzyskania bliskości utraconych dzieci w tym wymiarze, w którym nic już jej nie może zagrozić. Jest to bowiem nie tylko wymiar wiary w oczekiwane zmartwychwstanie, ale także wiary w realizujące się już teraz obcowanie świętych. Światło w tunelu, raz zapalone, okazuje się światłem nie do zgaszenia.





















Magdalena Krzeptowska, „Moja droga od rozpaczy do nadziei. Pocieszenie po śmierci dziecka”, słowo wstępne o. Jacek Salij OP, posłowie Bogdan de Barbaro, Znak 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl