Votum separatum

Ani szkółka, ani sanatorium

JÓZEFA HENNELOWA



Od razu wyjaśniam: to nie będzie o Balcerowiczu. Nazwiska są tylko ilustracją pewnego klinicznego procesu, który, jak mi się wydaje, wcale nie zniknął.
Roman Graczyk, kreśląc niedawno w „Gazecie Wyborczej” portret Leszka Balcerowicza, zacytował czyjeś wspomnienia z obrad rządu Mazowieckiego. Jak to ciągnęły się długo w noc i wielu ministrów już zasypiało. Ale czasem wicepremier zastępował premiera i wtedy „wszystko zaczynało toczyć się błyskawicznie. (...) mówił krótko, co jest esencją problemu i jaki w danej kwestii jest wybór. A później bywał bezlitosny dla ministrów, którzy nie nadążali: odbierał im głos, konkludował za nich, robił ironiczne uwagi, zarządzał głosowanie, przechodził do następnego punktu porządku obrad”.
Na tej samej stronie „Gazety” ocenia wicepremiera z tamtej koalicji doradca premiera Buzka. „Prawda, że był (w niej) czynnikiem realizmu, dyscypliny i lepszej organizacji. Ale żeby w tamtym układzie dobrze pełnić taką funkcję (...) za bardzo był wojownikiem. (...). Ponadto traktował polityków AWS z góry, jak profesor kiepskich studentów – nikt tego nie lubi, nawet jak jest kiepskim studentem”. Jednym słowem, to styl Balcerowicza winien, że skończyło się tak, jak się skończyło. Trzeba było w rękawiczkach i czulej.
Z własnych lat w parlamencie pamiętam doskwierające poczucie niedorastania, nienadążania, amatorszczyzny. Własnej i zbiorowej. Ale to były początki. Wtedy wszyscy podobni do mnie zdawali się wiedzieć, że albo szybko się podciągną, albo powinni ustąpić miejsca lepiej przygotowanym, mądrzejszym, autentycznie kompetentnym. A to był parlament, nie rząd. Rząd to centrala dowodzenia strategicznego, nie ma prawa ani nie nadążać, ani oczekiwać specjalnego traktowania, jak chorzy w sanatorium, jak dzieci w początkujących klasach. A tu okazuje się, że w rządzie mogło być „lepiej” – czytaj: zgodniej, mądrzej, skuteczniej – jakby szef bardziej podobny był do pielęgniarza albo wychowawcy sześciolatków.
W każdej władzy wybranej demokratycznie nikt nie może powiedzieć: oto ciężar nad siły, ale muszę go dźwigać, taki los. Niekompetentni w ogóle nie powinni tam się znajdować. „Kiepscy studenci”, zorientowawszy się błyskawicznie – powinni sami ustępować. Na obrażanie się za dyscyplinę czy żelazne normy w ogóle miejsca być nie może. I nie sposób tutaj przesadzić – ani z wysokością wymagań, ani z jakością kompetencji. Jedne i drugie mają być najwyższe.
Ba, doskonale wiadomo, że jest inaczej. Jeszcze ciągle – inaczej. Wciąż istnieje oczekiwanie, że kiedy jestem swój – partyjnie, ideowo, albo zwyczajnie po przyjacielsku – w ogóle nie powinny się do mnie odnosić kryteria obiektywnej oceny. Nikt mi nie powinien robić przykrości wykazując, że zawodzę oczekiwania. Istnieje przekonanie, że gdy ktoś jest z ideowo słusznego obozu (albo nie daj Boże jest sam ideowo wzorowy) to ma patent na wszystko, czegokolwiek by się podjął. Jak to ujął ktoś w czasie jednej z kampanii wyborczych: on zna zasady sprawiedliwości społecznej, więc wierzy, że ma receptę na restrukturyzację przemysłu ciężkiego. Swoim nie powinno się robić przykrości nigdy i nigdzie. Jakkolwiek spapraliby to dobro publiczne, za które dobrowolnie zgodzili się wziąć odpowiedzialność.
Zaczyna się kampania samorządowa, startują kandydaci na prezydentów miast. Czy i tutaj zagrają te same zasady, te same oczekiwania względów, te same urojenia w odniesieniu do własnej wartości? Czy znowu zgłoszą się kandydaci ze szkółek i sanatoriów, a nie z pola rzetelnej, wypróbowanej służby publicznej?


Józefa Hennelowa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl