Wokół książki „Radziłem się dróg” księdza Tomasza Halika: w świecie i nie z tego świata


Most Tomasza

Z ks. Adamem Bonieckim, o. Tomaszem Dostatnim OP i Adamem Michnikiem rozmawia Michał Okoński



Ks. Tomasz Halik (ur. 1948), intelektualista, konwertyta, potajemnie wyświęcony w 1978 r. ksiądz katolicki, doktor filozofii, psychologii i teologii. Jako dysydent (władze czechosłowackie nie wiedziały, że jest księdzem) pozbawiony możliwości pracy naukowej, w latach 1972-89 był psychoterapeutą w przychodni antyalkoholowej w Pradze. W latach 80. bliski współpracownik kard. Tomaszka, po 1989 r. sekretarz nowo utworzonej Konferencji Episkopatu Czechosłowacji i wykładowca praskiego Wydziału Teologii Katolickiej, później stopniowo odsuwany od oficjalnych stanowisk w czeskim Kościele (o konflikcie na Wydziale Teologii i jego niedawnym zakończeniu pisała Patrycja Bukalska w „TP” nr 22/2002). Niebywale popularny, często obecny w mediach, jest duszpasterzem studentów i inteligencji, rektorem akademickiego kościoła św. Salwatora oraz prezydentem Chrześcijańskiej Akademii w Pradze. Wykłada także na tamtejszym Uniwersytecie Karola, gościnnie prowadzi zajęcia w Oksfordzie, Cambridge, Salzburgu, Wiedniu i Rzymie. Václav Havel, z którym łączą go więzi przyjaźni, widzi w księdzu Haliku najlepszego kandydata na przyszłego prezydenta Czech.
Książka „Radziłem się dróg”, rozmowa-rzeka Jana Jandourka z ks. Tomaszem Halikiem, ukazała się nakładem wydawnictwa „W drodze”, podobnie jak wcześniejszy zbór tekstów ks. Halika „Wyzwoleni, jeszcze nie wolni”. W „TP” pisała już o niej Józefa Hennelowa (nr 9/2002).



Adam Michnik: – Czytając „Radziłem się dróg” poczułem się o dwadzieścia parę lat młodszy. Znalazłem tu twarz Kościoła katolickiego, którą miałem przed oczami pisząc książkę „Kościół, lewica, dialog”; twarz Kościoła otwartego, który nie jest bezkrytyczny ani wobec własnej tradycji, ani wobec samego siebie. A równocześnie Kościoła, który bardzo mocno, choć nie doktrynersko, dba o swoją tożsamość. Ks. Halik opowiada o pewnym wariancie historii czeskiej inteligencji, a ja ze swoją biografią mogę się w tym przejrzeć jak w lustrze. W pewnym momencie sam definiuje swoje powołanie: po pierwsze, chce być człowiekiem-mostem pomiędzy tym, co jest w czeskości katolickie, a tym, co jest w niej chrześcijańskie z innych wyznań. Po drugie, chce być człowiekiem-mostem między Kościołem a światem laickim.
Michał Okoński: Należycie do jednego pokolenia i można odnieść wrażenie, że zbliżanie się do Kościoła przebiegało u Was podobnie.
Adam Michnik: – Ja nie zostałem księdzem (śmiech). Jestem od Halika o dwa lata starszy i muszę powiedzieć, że podobnie jak dla niego, dla mnie przed 1968 rokiem Kościół był światem zupełnie obcym. Jeżeli się z nim stykałem, to jedynie przez lektury czy rzadkie spotkania z ludźmi z kręgu „Więzi” czy KIK-u. Tomasz Halik rósł w domu laickim, gdzie do kościoła chodziło się tylko po to, by posłuchać muzyki. To inny wariant losu kogoś z mojej generacji: podobnie odczuwana obcość, a potem podobny sposób zbliżania się, może nawet „skradania”, takiego nieco zalęknionego, do Kościoła.
O. Tomasz Dostatni: – Halik dziękuje ojcu, który za młodu rozstał się z Kościołem z powodu własnego sumienia, że nie wychowywał go po chrześcijańsku „z przyczyn społecznych”, starając się przekazać coś, w co sam nie wierzy. Z taką religią, mówi, na pewno musiałby wziąć rozbrat. „Jego szczere odejście od Kościoła otworzyło przestrzeń dla mojego szczerego odnalezienia wiary i Kościoła pół wieku później”. Tutaj widać to, co nazywam najpiękniejszą kartą czeskiego mieszczaństwa, otwartego, zsekularyzowanego humanizmu, nawiązującego do tradycji Masaryka i Čapka. Warto zresztą pamiętać, że ojciec Halika był właśnie wydawcą, edytorem Karla Čapka...
Nie wiem, czy świadomie, bo nie zna czeskiego, Adam Michnik użył słowa „zalękniony”, mówiąc o zbliżaniu się do Kościoła. Halik uważa, że słowo „placha” (lękliwa, nieśmiała) najlepiej charakteryzuje religijność Czechów. Religijność ostrożną, powściągliwą, wstydliwą wobec tajemnicy, a przede wszystkim niechętną wobec narzucania czegokolwiek siłą.

KOŚCIÓŁ BEZ FALBANEK

Ks. Adam Boniecki: – Książka rozmów z Halikiem to niebywałe świadectwo wiary, ale także propozycja realizowania kapłaństwa, która odpowiada potrzebom XXI wieku. Ksiądz Tomasz jawi się tu najpierw jako człowiek: zanurzony w świecie jak ryba w wodzie, świetnie wykształcony, bez kompleksów i lęku przed spotkaniem z innymi. Jednocześnie jest to do szpiku kości duchowny – wszystko, co robi, przenika świadomość kapłaństwa. Podoba mi się to, co mówi o swoim przeżywaniu celibatu. Prostota i humor, dystans wywiedziony zapewne z doświadczeń psychoterapeuty, jest jak łyk świeżego powietrza w naszym obsesyjnym świecie.
Pobożność tego wyrafinowanego intelektualisty może się nawet wydawać naiwna, ludowa, choć jest zwyczajnie prawdziwa. Halik zwierza się np., że kiedy siedzi w konfesjonale i spowiada, pomaga mu świadomość, że tuż obok jest wystawiony Najświętszy Sakrament. I co z tego, że nowocześni liturgiści nie są entuzjastami wystawienia Najświętszego Sakramentu? To go nie interesuje. On się po prostu cieszy z bliskości Chrystusa.
Jest w książce niesamowita scena: autor jedzie autobusem i widzi starą zakonnicę, która usnęła podczas odmawiania różańca. Z otwartymi ustami wygląda komicznie, ludzie się śmieją. Więc Halik zaczyna po cichu odmawiać różaniec, żeby dokończyć go za nią. „I w tym momencie wpadłem w taką głębię, w takie przeżycie bliskości Boga, o jakim dotąd nie miałem pojęcia”...
Ks. Adam Boniecki: – Uderzające, jak zanurzony w świecie ksiądz jest jednocześnie nie z tego świata... Zresztą ten mistyk się cieszy, że nie został biskupem (choć przyznaje, że w pewnym momencie poważnie o tym myślał i uważał, że ma wszelkie dane), bo może pozostać w „laickim” świecie, któremu ma coś wspaniałego do powiedzenia, a w którym może też wiele otrzymać. Ciekawa jest rozmowa na ten temat Halika z kardynałem Vlkiem. Arcybiskup Pragi tłumaczy autorowi, z którym łączy go stara przyjaźń, dlaczego nadawałby się na biskupa i dlaczego biskupem nie będzie: mówi Halikowi, że księża by go nie zaakceptowali. Nieśmiało sądzę, że to nie jest racja; taka argumentacja w duchu zasad demokratycznych w Kościele sprzyja mierności i zastojowi. Biskup nie musi „być robiony” na miarę księżowskich gustów.
Ks. Tomasz Węcławski nieraz mówił o „czeskiej lekcji”, związanej z Kościołem podziemnym, jako o pewnej szansie. Wiatr historii – powiada – zdmuchnął z czeskiego Kościoła niepotrzebne falbanki, w które my z niemądrym uporem wciąż się stroimy...
Ks. Adam Boniecki: – Halik, który jako ksiądz potajemny musiał żyć i pracować w środowisku świeckim, jest zaprzeczeniem „systemu kastowego”. W jego dzisiejszej postawie widzę dość wyjątkowy przypadek kontynuacji, rozwoju doświadczeń okresu podziemia. Dziś, niestety, często traktuje się je jako zamknięty rozdział i robi się wszystko, by zrekonstruować stan sprzed prześladowań. Niesłusznie, bo czasy są inne i ludzie są inni.
Adam Michnik: – Wielkie wrażenie zrobiła na mnie refleksja, którą ks. Tomasz wygłosił do wiernych u progu wolności: „Bądźmy niezmiernie czujni, aby nam serce – jak głosi Pismo Święte – nie obrosło tłuszczem i nie stwardniało. Kościół nie może stać się zamkniętym gettem, nie wolno nam stracić łączności ze zwykłym życiem ludzi wokół nas, z ich problemami i trudnościami. Strzeżmy się samozadowolenia, nie wracajmy do starych form, unikajmy wszelkiego triumfalizmu, przepychu, powierzchowności, całej tej pompy, która w przeszłości odstręczyła tylu ludzi. Pod tym względem nasz naród jest niesłychanie wrażliwy. Do jego serca nie można zmierzać ani w podkutych butach, ani w złocie – lecz tylko »boso«”. On to mówił do ludzi Kościoła, ale właściwie można to powiedzieć pod adresem wszystkich beneficjentów wydarzeń 1989 roku...
O. Tomasz Dostatni: – Kiedy w kilka miesięcy po aksamitnej rewolucji Papież przyjechał do Pragi, w katedrze powiedział do czeskich księży słowa, które warto przypomnieć także w polskim kontekście: „Zostawcie podziały, przebaczcie sobie nawzajem i zacznijcie wspólnie pracować”. Tego doświadczenia czeski Kościół nie przetrawił. Tomasz Halik jest dziś odrzucony przez dwa środowiska: dawnego Kościoła oficjalnego – a w szczególności księży, którzy kolaborowali z reżimem, i przez reprezentantów katolicyzmu morawskiego, bardziej tradycyjnego i ludowego. Bo Halik jest nie tylko reprezentantem Kościoła otwartego, ale także czeskiej inteligencji. A w czeskim Kościele mimo wszystko dominuje nurt plebejski.
– Jest jeszcze problem księży, którzy nie odnaleźli się w świecie wolności.
O. Tomasz Dostatni: – To prawda. Przez wiele lat czeskich kapłanów izolowano od społeczeństwa i zamykano w getcie katolickości. Przez lata mojego pobytu w Pradze spotykałem księży, którzy mając na początku lat 90. sześćdziesiąt lat, nie potrafili wyjść do młodzieży z lęku, że ta młodzież ich rozniesie.

CZESKI TISCHNER

Adam Michnik: – Kiedy mówimy o odrzuceniu Halika przez księży, musimy pamiętać, że człowiek tak nieszablonowy miałby kłopoty wszędzie. Wiemy od dwóch tysięcy lat, że w Kościele powszechnym są prorocy, kapłani, teologowie, którzy mają problemy z instytucją i dopiero po latach okazuje się, że to oni wytyczają drogi ku przyszłości, odczytują znaki czasu. Józek Tischner mówił o sobie: „jestem ciemnym, polskim sarmatą”, a przecież to brat bliźniak Tomasza Halika. Halik pisze w pewnym momencie o fanatyzmie: „Nigdy w życiu nie byłem prawdziwym fanatykiem. Przed fanatyzmem chronią człowieka niezawodnie trzy rzeczy: wykształcenie, poczucie humoru i zdolność do dostrzegania za murem idei konkretnych żywych istot. To ostatnie można by banalnie nazwać miłością do ludzi”. Jakbym słuchał Tischnera...
W jednym z fragmentów, które ostatecznie nie znalazły się w polskim wydaniu, ks. Halik mówi, że jeżeli z kimś jest bliski poglądami na sprawy dzisiejszego katolicyzmu, to właśnie z Tischnerem. I wspomina wspólne spotkania...
Adam Michnik: – Kiedyś miałem szczęście spędzić kilka dni w towarzystwie obu: Tomasza Halika i Józka, na jakimś kongresie w San Sebastian. W pewnym momencie Tomasz się pyta: „A co słychać u Iksa?” (jednego z polskich biskupów, wybitnego intelektualisty). A Józek: „No cóż, jeździ po diecezji i opowiada pobożnym wieśniaczkom, że wszystkiemu są winni Sartre i postmoderniści”. Ów biskup, o którego pytał Tomasz, był bardzo przez Józka lubiany i szanowany, ale zawsze w rozmowie o nim pojawiał się taki błysk ironii, która jest najskuteczniejszą formą obrony przed „niedostrzeganiem ludzi za murem idei”.
Pamiętamy też słynną wypowiedź Tischnera z lat 90. o tym, że nie spotkał nikogo, kto by stracił wiarę po lekturze Marksa, za to spotykał wielu takich, którzy stracili ją po spotkaniu z własnym proboszczem (to samo mówił parę lat wcześniej na komisji ds. duszpasterstwa ogólnego Episkopatu, gdzie Marksa zastąpił Feuerbachem). Pisze Halik: „Dlatego może naprawdę być dla nas, chrześcijan, pożytecznym studiowanie krytyki religii przeprowadzonej przez Feuerbacha, Marksa i Freuda. Powinniśmy być wdzięczni za ich wysiłek niszczenia bożków, których cechy my, chrześcijanie, często przypisywaliśmy Bogu.” Czysty Tischner!
O. Tomasz Dostatni: – Dla mnie jednym z piękniejszych momentów książki jest opowieść o ostatnim spotkaniu autora z Janem Patočką na jakimś przystanku autobusowym. Przyjechał już autobus profesora, a on jeszcze na schodach, przy zamykających się drzwiach, powiedział do Halika: „Ludzie, którzy używają rozumu, muszą przecież ze sobą się spotykać”. To jest również pewne przesłanie: Tomasz Halik, podobnie jak Tischner, reprezentuje w Kościele ludzi, którzy używają daru rozumu.
A w nawiązaniu do tej ich rozmowy o biskupie: myślę, że Halik, w odróżnieniu od bardzo wielu księży i hierarchów polskich, jest kimś, kto najpierw słucha drugiego człowieka, a nie od razu ma na wszystko gotową odpowiedź. Myślę, że tu jest jeden z naszych problemów: ludzi, którzy do nas przychodzą, często traktujemy rutynowo; wydaje nam się, iż lepiej wiemy o problemach, które w sobie noszą. I mamy dla nich zawsze gotowe, „nieomylne” odpowiedzi.

POCHWAŁA ATEIZMU

Uderzające są w książce fragmenty, które właściwie są pochwałą ateizmu. Czytamy, że prawdziwym przeciwieństwem wiary jest nie tyle ateizm, co bałwochwalstwo i zabobon. Mowa o doświadczeniu ateizmu jako uczestnictwie w Wielkim Piątku („Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił”) i Wielkiej Soboty...
O. Tomasz Dostatni: – I mówi to człowiek, który nie tylko sam wywodzi się ze świata ludzi niewierzących, ale jako profesor uniwersytetu podejmuje w środowisku laickich studentów temat śmierci Boga. Na szereg sposobów interpretuje zdanie „Bóg jest martwy” i ma pełną aulę słuchaczy. Pytałem kiedyś Tomasza, dlaczego niewierzący przychodzą na ten wykład: przecież nie powinno ich to interesować. Odpowiedział to, co później znalazłem w „Radziłem się dróg”: chrześcijaństwo dla wielu przestało być „oczywistością”, rzeczą tylko odziedziczoną, a stało się kwestią wyboru; czasem także poszukiwania i tęsknoty.
Wspomniana w książce definicja ateizmu jest jedną z piękniejszych, jakie znam: „Ateizm opuszczenia i oczekiwania w zetknięciu z milczeniem i nieobecnością Boga w świecie jest uczestnictwem w milczeniu Wielkiej Soboty”. Jak to przeczytałem, przypomniałem sobie wiele rozmów z czeskimi przyjaciółmi, ludźmi niewierzącymi, którzy mówili, że zazdroszczą nam, chrześcijanom, bo czują, że przed nimi jest zamknięta jakaś przestrzeń, do której nie potrafią wkroczyć. I nagle sobie uświadomiłem, że ci ludzie przypominają jedną z najważniejszych prawd na temat chrześcijaństwa: że to jest dar, łaska.
Tomasz Halik wie, co mówi. Niedawno w Pradze odprawiałem z nim Mszę świętą i słuchałem jego kazania. I przypomniała mi się jego własna opowieść o tym, jak sam zaczął chodzić do kościoła: najpierw stawał gdzieś z tyłu, za kolumną, potem stopniowo podchodził coraz bliżej ołtarza, a wreszcie zdobył się na to, żeby pierwszy raz uklęknąć. Dzisiaj sam patrzy na ludzi, którzy przychodzą „na kazanie”, stają koło drzwi, potem podchodzą nieco bliżej, zostają dłużej... Proszę pamiętać, że ponad połowa Czechów nie jest ochrzczona. Oni nie są wrogo nastawieni do religii, ale wydaje się, że religia nie jest im do niczego potrzebna. Aż nagle okazuje się, że w młodym pokoleniu jest pewne doświadczenie. Halik mówi: „Mam tu na myśli raczej ów egzystencjalny ateizm ludzi, którzy stykając się z cierpieniem świata, nie mogą odnaleźć drogi do dobrego Boga. Twierdzą, że Boga na tym świecie nie spotykają, chociaż niektórzy za Nim tęsknią”.
Ks. Adam Boniecki: – Ks. Tomasz, idąc za Nietzschem, stawia hipotezę, że ludzkość przeżywa opisywaną w dziełach mistyków „noc ciemną”; że „umieranie Boga” to godzina próby, ale nie koniec. Ta „noc ciemna” to szansa oczyszczenia. Każdy kryzys jest taką szansą. Wyjałowiony, daremnie szukający odpowiedzi w tradycyjnych formach instytucjonalnych człowiek musi odważnie wejść w „ciemną noc”.
Niby proste, a w istocie tak może mówić tylko człowiek wolny, który do wolności szedł w pocie czoła; który się wciąż na nowo uwalnia. Jeśli mu coś odbierają (Halikowi wciąż coś odbierano!), nie mówi, że dotknęło go prześladowanie, ale że przecież nadal jest tym, kim jest.

LEKCJA POKORY

Adam Michnik: – Opowieść Halika jest niewątpliwie lekcją wolności, ale dla mnie jest także lekcją pokory. Na pewno prawdą jest, że Kościół powinien być ze szkła – tutaj świadectwo Papieża jest bardzo przejmujące – ale prawdą jest też, że ludzie, którzy pozostają poza Kościołem, powinni nauczyć się Kościół szanować. I niekoniecznie powinni uważać za swoją powinność zaglądanie przez dziurkę od klucza do każdej zakrystii. Ks. Halik opowiada o Kościele, który jest godzien wielkiego szacunku. A wobec ludzi czy instytucji, które są godne wielkiego szacunku, powinniśmy mieć przynajmniej minimum pokory.
To jest może największa tajemnica i zaleta tej niezwykłej książki, a zarazem rodzaj wyzwania. Z jednej strony dla ludzi Kościoła: że tak może wyglądać język dialogu wewnątrzkościelnego – w tym sensie to książka dla wielu irytująca i w jakimś sensie zawstydzająca. Z drugiej strony: dla ludzi takich jak ja i wielu moich kolegów z „Gazety Wyborczej” to nauczka, że Kościoła nie można traktować „z waszecia”. Że dramatycznych spraw, które się dokonują w Kościele, nie wolno redukować do prostej „mąki” dziennikarskiej, że z tym się można zmagać, ale trzeba mieć poczucie, że się zmagamy także z Tajemnicą i z czymś, co jest nieusuwalnym składnikiem naszego człowieczeństwa.
Dla Halika obecność Kościoła w Czechach, także w kulturze czeskiej, jest czymś oczywistym. Ale książka kończy się dramatyczną tezą, że pewien typ obecności Kościoła i religii w kulturze i w świecie się wyczerpał.
Adam Michnik: – To oczywiście prawda, ale prawda, która znajduje zastosowanie lekko licząc od 500 lat. Na tym polega tajemnica: Ecclesia semper reformanda.

O. Tomasz Dostatni: – Tylko że on mówi, jak „reformanda”. Weźmy tytuł książki, wzięty z ulubionego przez Halika Nietzschego: radziłem się, stawiałem pytania różnym drogom; drodze mojego własnego życia, drodze mojego kraju, drodze mojego rozumu. Nie bójmy się tak patrzeć na świat, kulturę i filozofię, na ateizm i na śmierć Boga. Miejmy odwagę postawić pytanie, co Pan Bóg chce nam przez to powiedzieć.
To jest zadanie dla współczesnego kapłana: wyjść z siebie, żeby spojrzeć jak ten drugi człowiek, inny ode mnie, potrafi spojrzeć na tę samą rzecz. Halik opisuje spotkania z tybetańskimi mnichami czy ze starym Żydem, który na lotnisku w Warszawie opowiada mu swoje przemyślenia po wizycie w Oświęcimiu i nie może zrozumieć, jak Holocaust mógł mieć miejsce w chrześcijańskiej Europie. „Wyście nas nie chcieli – mówi ów Żyd. – Nie chcieliście, żebyśmy byli”. W obliczu takiego cierpienia – komentuje Halik – człowiek nie może zajmować brawurowej postawy polemisty, który sypie dowodami na to, że Kościół pomagał Żydom w czasie wojny: „Wtedy zrozumiałem, że dla prawdziwego dialogu najważniejszą rzeczą jest zamilknąć i patrzeć na sprawę oczami tego drugiego”.
Adam Michnik: – „Tam, gdzie religia miałaby się stać państwową ideologią, byłbym pierwszym dysydentem” – powiada w pewnym momencie Halik. Jak czytałem tę książkę, przez cały czas myślałem: Boże, jak to dobrze, że w Polsce jest „Tygodnik Powszechny”, że mogę co tydzień obcować z kimś, kto chce ze mną rozmawiać. Dla was nie ma to takiego znaczenia, bo jesteście bardziej wewnątrz, ale my w „Gazecie” mieliśmy taki okres, kiedyśmy bardzo przeżywali odrzucenie przez Kościół. „Tygodnik” był dla nas wtedy jakby kolektywnym Halikiem; mostem, który pozwalał nam nie czuć się po drugiej stronie rzeki.
Ks. Adam Boniecki: – Halik jest człowiekiem, który się formował w podziemiu, poza normalnymi strukturami Kościoła. Takich ludzi trzeba bardzo uważnie słuchać, bo od dziecka wychowani w blasku Kościoła, przyzwyczajeni, nie wszystko dostrzegamy. Halik kocha Kościół, ale czasem mówi o nim w mocnych słowach. Weźmy fragment, w którym odpowiada na zarzuty w sprawie upubliczniania wstydliwych spraw wewnątrzkościelnych: może rzeczywiście brudy powinno się prać we własnym domu? Mówi niemal mimochodem: „Gdybyśmy chcieli przemilczać słabości i konflikty w Kościele, przeciwstawilibyśmy to kontrowersyjne przysłowie o brudach jasnemu słowu Jana Pawła II, że Kościół powinien być domem ze szkła, że ma pozostawać na widoku, niczego nie zatajać. W społeczeństwie medialnym, czy nam się to podoba czy nie, i tak niczego zataić się nie da, a wszelkie usiłowania w tym względzie prowadzą tylko do pogorszenia sytuacji i utraty wiarygodności”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25 (2763), 23 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl