Nauczyciel na jeden dzień

Przemysław Wilczyński



Języka angielskiego w publicznych podstawówkach i gimnazjach polskie dzieci uczą się coraz wcześniej i coraz więcej. Na prowincji brakuje jednak wykwalifikowanych nauczycieli. Państwo jest bezradne, więc lekarstwo na chorobę znalazł wolny rynek. Władze oświatowe są zadowolone, nauczyciele też. A wiejskie dzieci?



Język obcy jest obowiązkowy od 4. klasy szkoły podstawowej; w większości szkół to angielski. W miastach problemów z nauką nie ma: niezależnie od szkoły, jeśli ktoś ma pieniądze, może posłać dziecko do szkoły prywatnej lub zamówić lekcje w domu. W przeciętnym dużym mieście działa po kilkadziesiąt prywatnych szkół języka. Korepetytorów nie sposób zliczyć: w piątkowym wydaniu lokalnego krakowskiego dziennika ogłasza się ich około 50. 
Na wsiach i w małych miastach dzieci skazane są jednak na szkołę publiczną. A do pracy na wsi trudno namówić nawet studentów anglistyki. „Otrzymujemy oferty od polonistów czy matematyków, gotowych pracować za 800 zł miesięcznie, ale nie mam dla nich etatów – mówi Elżbieta Chochół, dyrektor podstawówki z Krzeszowic pod Krakowem. – Z anglistami jest odwrotnie: mam etat, a muszę szukać i prosić. Jak już kogoś znajdę, rzadko zostaje dłużej niż pół roku”.

„NAUCZYCIELA DOWIOZĘ”

W 1999 r. tylko połowa szkół publicznych miała obsadzone etaty dla anglistów. Część luk zapełniono, zastępując angielski innym językiem. Czasem nauczyciele angielskiego byli zatrudniani przez kilka szkół; bywało, że jeden uczył 50 godzin tygodniowo. 
W 2000 r. ministerstwo edukacji wymyśliło awaryjnie program pod nazwą „Rok 0”: kurs językowy dla nauczycieli ze wsi i miast poniżej 5 tys. mieszkańców. Chodziło o to, by uczący innych przedmiotów mogli zmienić specjalizację, a intensywna nauka języka miała pozwolić im na przystąpienie do egzaminów wstępnych do kolegiów językowych. Kolegia to placówki edukacyjne, które – obok wydziałów filologicznych szkół wyższych – dają uprawnienia do nauczania języków.
Pomysł – w założeniu ryzykowny; w końcu kształcenie nauczyciela języka nie powinno odbywać się trybem „awaryjnym” – od początku miał trudności. „Na jego realizację w 2001 r. MEN przeznaczyło 5 mln zł, ale z powodu dziury budżetowej kwotę tę obcięto do 3 mln. Były problemy z przepływem środków, inicjatywę musiały kredytować kolegia lub nauczyciele” – przyznaje Anna Dakowicz z ministerstwa. Według MEN, w 2000 r. do programu przystąpiło 1420 nauczycieli. Ilu z nich podeszło do egzaminu wstępnego i go zdało, nie wiadomo. W kolegiach mówi się, że niewielu. W kolegium toruńskim program przerwano pod koniec ub.r., gdy nie przyszły pieniądze z MEN. Z osób, które na kurs uczęszczały, do egzaminu nie przystąpił nikt. W Suchej Beskidzkiej nie zaczęto programu, mimo przygotowań. 
Problemy z „wiejskimi” anglistami wykorzystały tzw. firmy językowe. Zasada ich funkcjonowania jest prosta: gmina, która ma kłopoty z anglistami, ogłasza przetarg na nauczanie angielskiego w szkołach na jej terenie. Prywatna firma, która przetarg wygra, podpisuje umowy z dyrektorami. W Polsce dominują dwie wielkie sieci takich pośrednictw językowych. Wojciech Rabiega, przedstawiciel jednej z nich, krytycznie ocenia ministerstwo: „Ten ruch MEN [„Rok 0”] był zabawny, kwota przeznaczona na ten cel starczyłaby na doszkolenie tylko około pięciuset nauczycieli”.
Firmy szkolić nie muszą: one zachęcają absolwentów filologii angielskiej do pracy na wsi. Magnesem są przyzwoite płace, bo zatrudniony w ten sposób nie podlega Karcie Nauczyciela i może zarobić nawet ponad 20 zł za godzinę. To więcej niż płaca choćby polonisty. 
„W całym kraju zatrudniamy ponad 500 nauczycieli, wszyscy to wykwalifikowana kadra – zapewnia Piotr Szmigiel, dyrektor jednej z sieci. – Uczymy 65 tys. dzieci, a naszym nauczycielom zapewniamy godziwą płacę, komfortowy dojazd i wszystkie potrzebne materiały. Gdyby nie takie firmy jak nasza, połowa szkół wiejskich zostałaby bez nauczycieli angielskiego. Państwo sobie nie radzi, więc je wyręczamy”.

Z PRACY OKAZJĄ

Nauczanie angielskiego na wsi, za pośrednictwem prywatnych firm, to jednak nie tylko ogólnokrajowe sieci. Każdy może założyć pośrednictwo i stanąć do przetargu. Bywa, że właściciel Kowalski zatrudnia nauczyciela Kowalskiego. Takie małe firmy są konkurencyjne, bo mają niskie ceny. Gmina, chcąc zaoszczędzić, podpisze umowę z najtańszą. Z kolei firma chce zarobić, więc oszczędza na dowozie i materiałach. A nauczyciele znoszą niedogodności, bo dobrze zarabiają. 
Znosi je Marta Czabańska, młoda anglistka, która mieszka w Barcinie (woj. kujawsko-pomorskie). Wstaje codziennie o 6 rano i jedzie autobusem PKS do Inowrocławia, stamtąd wiezie ją dalej samochód firmy. Szkoła, w której pracuje, mieści się w Wilczynie (woj. wielkopolskie). Podróż w obie strony zajmuje 4 godziny dziennie. „Dojazdy mi nie przeszkadzają, można pospać lub przygotować się do zajęć” – mówi Marta. 
Beata Kuklińska, jej koleżanka, już w pośrednictwie nie pracuje. Wolała uczyć w mieście na normalnych warunkach i za mniejsze pieniądze, ale nie tracić czasu na dojazdy. „Albo czekałam na kierowcę, bo miał opóźnienie, albo byłam w szkole już o 7 rano – wspomina. – Trzeba było wyjeżdżać wcześnie, bo kierowca rozwoził kilkunastu nauczycieli. W drodze powrotnej też musiałam czekać. Zdarzyło mi się wracać do domu autostopem”.
Krzysztof Szeps, dziś tłumacz, był zatrudniany przez małą firmę językową z Krakowa. Dla pełnego wymiaru godzin uczył w trzech szkołach jednocześnie. Do podkrakowskiego Brzeska dojeżdżał autobusem. Tam czekał maluch bez kierowcy, którym Krzysztof odwoził do jednej ze szkół koleżankę i potem sam jechał do pracy. Oprócz dojazdów, problemem był ograniczony dostęp do materiałów. „Umowa głosiła, że firma zapewni książki i kasety – mówi Szeps. – Ale bywało, że szedłem do właścicielki i prosiłem np. o kasety. A ona: »Ma pan tu czystą, niech pan idzie do koleżanek i przegra«. Gdy odpowiadałem, że nie do mnie należy organizowanie materiałów, przytakiwała, ale kasety dalej nie było”.
Nauczyciele z pośrednictw nie czują się zagrożeni utratą pracy. Rzadko też są kontrolowani przez „swoje” firmy. Beata miała wizytację raz: „Menedżer zapowiedział się z tygodniowym wyprzedzeniem. Miałam czas, by przygotować się perfekcyjnie. Powiedziałam dzieciom, że na lekcji będzie gość i zaplanowałam wszystko tak, żeby pod koniec dzieci zadawały panu pytania. Proste: skąd pochodzi, gdzie pracuje, czy ma dzieci. Menedżer ledwo sobie poradził, władał angielskim na poziomie gimnazjum. Zestresował się, ale wybrnął”.
Skoro ten menadżer znał angielski gorzej od „swojego” nauczyciela, to jak oceniał kompetencje przyszłych pracowników, zanim ich zatrudnił?

ILE DNI PAN ZOSTANIE?

Bartłomiej Kalinowski urodził się w Polsce, jako dziecko wyjechał na 10 lat do Kanady. Po powrocie do Polski zaczął uczyć angielskiego. Dla pewnej firmy językowej pracował przez pół roku, zastępując nauczyciela, który nagle zniknął bez podania powodu. 
W nowym roku szkolnym Bartek miał pracować dla innej firmy. „Przeraziły mnie dojazdy – wspomina. – Menedżer obiecywał, że dojazd z miasta, gdzie mieszkam, do wioski, gdzie jest szkoła, potrwa nie dłużej niż godzinę. Okazało się, że szkoła jest oddalona o ponad 100 km. Gdy na początku roku szkolnego pani dyrektor przedstawiła mnie dzieciom, jakiś chłopiec zapytał: »Ile dni pan tu zostanie?«”.
Kalinowski został tylko jeden dzień. 
Nauczyciel z pośrednictwa może rzucić pracę z dnia na dzień. W małopolskiej gminie Niepołomice sytuacja była dramatyczna. Małgorzata Sikora, dyrektor szkoły, nie pamięta już wszystkich anglistów, którzy się o szkołę otarli: „Ten, który pracował od września ubiegłego roku, zrezygnował po dwóch miesiącach. Oficjalnie z powodów zdrowotnych. Kolejni nauczyciele przyjeżdżali na zastępstwo, na dzień lub dwa. Od grudnia jest nowa nauczycielka. Na szczęście została do końca roku szkolnego”.
Przy takim braku ciągłości w nauczaniu, dzieci mają małe szanse, aby nauczyć się języka. Nawet jeśli na papierze wszystko wygląda w porządku: w końcu nauka jest zapewniona.

CZY TO NAUCZYCIEL?

W Niepołomicach mają jeszcze jedno zmartwienie: gmina podpisała umowę z małą firmą, szkoła nie miała wpływu na tę decyzję. W umowie nie znalazł się zapis, gwarantujący dyrektorowi kontroli nad nauczycielem. „Przełożonym pracującego u nas anglisty jest właściciel firmy językowej. Nie mogę mu wydawać poleceń” – mówi Małgorzata Sikora. 
Urzędnicy małopolskiego kuratorium są oburzeni. „Nauczyciel musi być zatrudniony przez dyrektora i odpowiadać przed nim. Inaczej mamy do czynienia z łamaniem prawa” – twierdzi dyrektor Józef Winiarski z kuratorium.
Urzędnicy MEN są łagodniejsi: „Rozwiązanie jest kulawe, ale wygodne dla wszystkich: taka osoba niby uczy, ale pracuje nie jako nauczyciel, lecz wykonawca usługi. Dzięki temu nie obowiązują jej zapisy Karty Nauczyciela”. A dzięki ominięciu Karty pracodawca może zapłacić więcej, jednocześnie unikając kosztów, które poniósłby, zatrudniając nauczyciela na etat. 
Przedstawiciele firm odpierają zarzuty o nieprawidłowościach. „Nasi nauczyciele podpisują osobne umowy z dyrektorami, które dają kontrolę nad nauczycielem” – zapewnia Piotr Szmigiel. Rzeczywiście, firmy duże i od lat obecne na rynku dbają, by nauczyciele odpowiadali przed dyrektorami. Ci jednak – świadomi, że nauczyciel może z dnia na dzień odejść – traktują go często wedle specjalnych zasad. Żaden z rozmówców-nauczycieli nie pamięta np., by choć raz musiał być obecny na zebraniu z rodzicami czy na radzie pedagogicznej. 
Krzysztof Szeps: „Z rad byłem zwalniany albo nie było tematu. Raz usłyszałem: »Panie Krzysztofie, w czwartek mamy radę«. Ja na to, że w czwartek nie uczę, więc szkoda specjalnie przyjeżdżać. Dyrektor odpowiedział: »Niech pan podpisze, że był, i sprawa załatwiona«”. Dyrektorowie wolą też nie stresować nauczyciela. „Pracowałem w trzech szkołach, w każdej miała być wizytacja w semestrze, w sumie sześć w roku. Wszystkie dyrektorki udawały, że o tym nie pamiętają. Na wsi anglista jest traktowany jak święta krowa” – dodaje Szeps. 
Józef Winiarski z kuratorium: „Nauczyciel na etacie uczy 18 godzin w tygodniu, ale to nie wszystko. Musi mieć czas na spotkania z rodzicami, radę pedagogiczną, wycieczkę z dziećmi. Minęły czasy, gdy nauczyciel kończył lekcje i szedł do domu. Po wprowadzeniu reformy oświaty współpraca nauczycieli między sobą oraz z rodzicami jest coraz ważniejsza. Tego wymagają np. kończące gimnazjum egzaminy kompetencyjne. Zatrudnianie anglistów z pośrednictwa zaprzecza idei współpracy”. Kuratoria różnią się jednak w ocenie zjawiska: w Krakowie uznają je za „kulawe”, gdy kuratorium wielkopolskie nie ma zastrzeżeń do umów między gminami i firmami.
Co zrobić, aby zniknęły kłopoty systemowe z nauczaniem angielskiego?
Anna Dakowicz z MEN: „W Polsce jest ponad 60 kolegiów językowych. Gdyby zliczyć ich absolwentów, okazałoby się, że kształcimy... pięć razy za dużo anglistów. Problem w tym, że oni nie chcą uczyć w szkołach”.
Uczą więc angliści z pośrednictwa – albo nauczyciele niewykwalifikowani. Tę drugą możliwość daje ubiegłoroczna nowelizacja Karty Nauczyciela: za zgodą kuratorium w trudnych sytuacjach angielskiego może uczyć osoba bez pełnych kwalifikacji. W 2001 r. małopolskie kuratorium wydało 200 takich pozwoleń i większość dotyczyła szkół wiejskich. 
Oprócz programu „Rok 0”, od 1994 r. Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli (podległy MEN) prowadzi program INSET, opierający się na współpracy Ośrodka, MEN i British Council (brytyjski instytut kulturalny, ma filie w wielu krajach świata – red.). INSET służy podniesieniu kompetencji nauczycieli, którzy chcą zmienić specjalizację. „Mamy ofertę dla nauczycieli angielskiego, zainteresowanych podnoszeniem kwalifikacji – mówi Ewa Osiecka, koordynator INSET w Ośrodku. – W ciągu roku przez INSET przewija się blisko 7 tys. nauczycieli. Gdyby nie ten program, możliwości szkolenia byłyby skromne”.
 
WIELE HAŁASU O NIC?

Osiecka przyznaje jednak, że potrzebne są rozwiązania systemowe. Nie są nim firmy językowe. „To prześlizgiwanie się z roku na rok. Jako osoba od lat pracująca nad podwyższaniem kompetencji nauczycieli, uważam to rozwiązanie za niefortunne. Zamiast wydawać pieniądze na firmy, gminy powinny inwestować w swych nauczycieli” – mówi.
Właściciele firm językowych nie rozumieją krytyki pod ich adresem. Wojciech Rabiega: „Ani ministerstwo, ani kuratoria nie powinny mieć powodów, by nas krytykować. Wypełniamy tylko luki. Państwo powinno zapewnić odpowiednią liczbę nauczycieli. Jeśli tego nie robi, dlaczego nie możemy pomóc? Jest źle, dlatego działamy. Będzie lepiej, będzie nas mniej. Będzie doskonale, przestaniemy istnieć”.
Doskonale jednak długo nie będzie. Problemu nie rozwiąże przekwalifikowanie biologów na anglistów. A firmy będą współpracować z wiejskimi szkołami, dopóki będzie się to opłacać. Czyli dopóki państwo nie zadba o kadrę dobrą, liczną i stabilną. 
Na razie z sytuacji korzystają głównie przedsiębiorcy i angliści z pośrednictw. 
A wiejskie dzieci? One o wyrównywaniu szans edukacyjnych słyszą tylko w radiu i telewizji. I choć ze statystyk wynika, że uczą się angielskiego, to raczej niewiele się nauczą.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl