O wierszach Anny Frajlich


Sztuka utrzymywania równowagi

Piotr Śliwiński



Wewnętrzne napięcia poezji Anny Frajlich, szukanie równowagi nie mające nic wspólnego z duchowym lenistwem lub brakiem umiejętności ostrego widzenia, stanowi o jej sile.


Najciekawsze utwory Anna Frajlich umieściła na początku i na końcu ostatniej książki. Wiersz pierwszy, „Pień”, kreśli obraz występujący wielokrotnie wcześniej w twórczości autorki,
 
portret drzewa

– symbolu rodzenia, trwania, oparcia, ale i uznania jakiejś przestrzeni za własną. Znaczenia przypisywane drzewu w rozmaitych kulturach koncentrują się wokół jego patetycznej roli jako „osi świata”. Dla poetki jednak drzewo jest nie tylko ukierunkowaniem w kosmos, rośliną przywracającą rzeczywistości magiczną niepodzielność, obietnicą nieśmiertelności w porządku natury, czy choćby tylko świadkiem dzieciństwa – jest też czymś konkretnym i zwracającym uwagę, w konsekwencji nadającym czasowi i przestrzeni realną, ludzką wartość. Jest zatem również zwróceniem się ku korzeniom, być może palcem Boga, wskazującego na ziemię.
Pierwsza część wiersza sygnalizuje żal, spowodowany procesem oddalania się od świata, który kiedyś można było uważać za własny:

Ogrody moje
za kosmiczną mgłą
czas się już skrapla
w przejrzyste eony


Przy tym świat ów nie znika faktycznie, lecz zaciera się jego miejsce w biografii i pamięci. Drzewo, przedmiot i fantom, egzystuje bowiem w dwóch, nie dających się zjednoczyć i pogodzić sferach – utraty i trwania:

jabłoń
ta sama jabłoń
stoi tam a pień
na dwa istnienia 
bólem rozszczepiony


Twardość i niezmienność drzewa uwydatniają łamliwość życia. Ból, który potrafi skaleczyć pień, rodzi się z nieludzkiego charakteru przemijania. Człowiek wyróżniony przez posiadanie pamięci zostaje tym samym skazany na podwójną samotność i udrękę: nie tylko przemija, ale i wie o tym. Znika i – jako znikający – trwa w świadomości. Nie ma już domu i ogrodowych drzew, takich jak jabłoń, lecz ciągle je widzi. Widzi, lecz nie może dotknąć. Czuje się coraz bardziej wyobcowany, odcięty przez szklaną, przezroczystą i zimną kurtynę.
Wiersze Anny Frajlich są pukaniem w tę kurtynę.
Z reguły daremnym.
 
Eden dzieciństwa

zaciera się, dostęp do niego jest coraz trudniejszy, przepada bogactwo, a przede wszystkim oczywistość świata. Brzmi to niewiarygodnie, jeśli wziąć pod uwagę obecny w wielu wierszach pierwiastek doświadczeń żydowskich, a jednak trudno oprzeć się wrażeniu, iż temu, co minęło, przysługuje więcej realności, niż temu, co jest. Z jednej strony przeszłość oznacza bowiem poplątane ścieżki, rozstania, dwa domy – tamten i obecny, nowojorski, porozstawiane w różnych miejscach i raptownie rzucające się w oczy znaki śmierci. Czas traumy. Z drugiej strony przeszłość, choć niełatwa, to czas bezpowrotnie i do tego w dwójnasób utracony – nie można do niej powrócić ani ciałem, ani jedynie wspomnieniem. A zatem czas melancholii, tęsknoty za czymś coraz słabiej określonym. Wprawdzie w wierszach nostalgia wielokrotnie bierze górę nad traumą, do bólu dodaje trochę słodyczy, tworzy miękką, sentymentalną aurę, lecz tego, co jest prawem ogólnym (przemijanie) i doświadczeniem jednostkowym (przepadanie w pamięci), pokonać nie potrafi:

Dogoniliśmy
dogoniliśmy
dogoniliśmy czas
który minął (...)
jeszcze tylko 
ostatni krok

nad przepaścią


Przepaść, rozpadlina, rozstęp, życie po dwóch brzegach, niemożność prawdziwego powrotu i – symetrycznie – prawdziwego odejścia. Frajlich – od lat mieszkająca w Stanach, gdzie wykłada polską literaturę na uniwersytecie Columbia – podejmuje temat permanentnego kryzysu tożsamości, stary jak emigracja. Jednak w odróżnieniu od wielu autorów, którzy ten kryzys przedstawiają jako koszmar codziennej egzystencji, widząc w nim niewysychające źródło depresji, Frajlich zachowuje umiar.
Jej smutek jest pogodny, co być może stanowi zasługę skromności, poczucia proporcji i realizmu. „Ja” zwierzające się w wierszach nie jest zaborcze, lub nazbyt egocentryczne, raczej powściągliwe i zdystansowane, również w stosunku do samego siebie. Poetycka pobudliwość jest tu odpowiedzią na impuls, „szelest sukni, dźwięk słów, grymas”, nie zaś ciągłym polowaniem na artystyczny efekt. Wypatrywanie chwil minionych nie przekreśla umiejętności rozpoznawania urody chwil obecnych („I w deszczu lubię / nowojorską wiosnę”) i okazywania zaciekawienia temu, co rozciąga się wokół – na co dowodem piękne wiersze „Wielkanoc w Nowym Jorku” czy „Nowa Anglia”. W ogóle warto zauważyć ten pierwiastek dodatni, jasny, występujący w wielu wierszach z dobrym, wzbogacającym je skutkiem, a także – nie znajduję lepszego słowa – takt, z jakim autorka obnosi swą intymność. Żadnego epatowania rozpaczą, przemawiania głosem puszczyka, popisywania się formalną inwencją, gdyż poezja przede wszystkim winna pomóc w utrzymaniu delikatnej równowagi miedzy światłem i cieniem, rezygnacją i nadzieją.

W „Imię ojca”

Tomik zamyka proza poetycka, zaczynająca się od słów: „Mój błogosławionej pamięci, zmarły ubiegłego lata ojciec miał bardzo rzadko spotykane biblijne imię: Psachie”. W wierzchniej warstwie utwór opowiada o poznawaniu etymologii i pisowni tego dziwnego imienia, to zaś w celu sporządzenia właściwej inskrypcji na nagrobku. W warstwie głębszej dotyka obcości – obcości dziecka, chodzącego do polskiej szkoły, które na pytanie o imię ojca nie może odpowiedzieć swojsko, na przykład Paweł Wesołowski, lecz musi egzotycznie, niepokojąco. Ale to nie koniec tej historii: „No więc, kiedy wywołają mnie znów, będę miała do wyboru: – Frajlich, a imię ojca? – Ptachija, Pethahiah, po polsku Petachiasz, czyli po prostu PSACHIE!”.
Obcość, jak się okazuje, ta upokarzająca, jest nie tylko wyrokiem społeczności, wykluczającej nas z zajmowanego przez siebie obszaru, czasami bywa też zbytnią uległością wobec irracjonalnego lęku, samonapiętnowaniem. Poetka nadzwyczaj wysoko ceni moment, kiedy wyrok skazujący na obcość zastąpiony zostaje przez wybór, kiedy można się sprzeciwić determinacji środowiska lub miejsca, lub choćby przenicować jakiś nastrój przesadnie jednorodny – odmiennym. Właśnie ta antynomiczność poezji Anny Frajlich, szukanie równowagi nie mające nic wspólnego z duchowym lenistwem lub brakiem umiejętności ostrego widzenia, stanowi o jej sile. Choć ambicje artystyczne mieszczą się tutaj w formie dość konwencjonalnej, to przecież język nosi indywidualne znamiona. Jak każdy język służący empatii i zrozumieniu.

Anna Frajlich, „I znów szuka mnie wiatr”, Czytelnik, Warszawa 2001

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl