Czytajmy źródła! Obraz, jaki się z nich wyłania,
nigdy nie jest czarno-biały.


Kaznodzieja kontra inkwizytor?

Ks. Grzegorz Ryś



Na pozór niewiele wydaje się łączyć ze sobą obydwa te teksty. Może jedynie to, że w obu przypadkach mamy do czynienia z polskimi przekładami niezwykle ważnych źródeł dokumentujących działalność średniowiecznego (ściśle: XIV-wiecznego) Kościoła. W uprawianiu historii tekstów źródłowych nigdy dość – nie tylko w pracach badawczych (gdzie jednak pierwszeństwo mają teksty oryginalne), ale przede wszystkim w dydaktyce. A co dopiero, gdy chodzi o źródła niemal w ogóle nie udostępniane do tej pory w języku polskim. Dlaczego? Powodów jest pewnie wiele; najważniejszym jest jednak zapewne ten, że w polskiej historiografii zainteresowanie tak inkwizycją, jak i średniowiecznym kaznodziejstwem jest ciągle (zwłaszcza w porównaniu z literaturą zachodnią) niewielkie. A szkoda...

Inkwizytor

Bernard Gui (1261/2–1331) – dominikanin, teolog (wykształcony w Montpellier), przeor w kilku kolejnych klasztorach południowej Francji, inkwizytor papieski w latach 1307 – 1323 (z siedzibą w Tuluzie), wreszcie biskup Tuy i Lodeve – swe najbardziej znane (bo przecież nie jedyne) dzieło napisał w latach 1323–4. Nie miejsce tu oczywiście na jakąkolwiek jego szczegółową analizę. Spróbujmy jednak za pomocą jedynie najbardziej zasadniczych pociągnięć pędzla odmalować wyłaniający się zeń obraz Kościoła początków XIV stulecia. To przede wszystkim Kościół prawa i własnego autorytetu. Charakterystyczne, że teksty ewangeliczne przywoływane są w dziele Bernarda jedynie przez heretyków. To oni motywują wprost nauczaniem Jezusa np. odmowę składania przysięgi, prostotę kultu (w Duchu i prawdzie) czy zakaz zabijania (także zwierząt). Znamienne, iż podejmując z nimi dyskusję, Bernard nie przeciwstawia im innych tekstów biblijnych, lecz wyłącznie powagę dekretów kanonicznych, zawierających roztropną naukę Kościoła, opartą na Ojcach i Doktorach. „Heretycy” mają na Biblię przysięgać, ale nie wolno im jej czytać! Dalej, Kościół, z którym utożsamia się Bernard, jest Kościołem w poważnym stopniu zakwestionowanym. Uczony dominikanin raz po raz powtarza kierowane przede wszystkim pod adresem duchownych zarzuty. Ani raz nie podejmuje jednak jakiejkolwiek refleksji nad ich zasadnością; woli po prostu sięgnąć po pomoc „świeckiego ramienia” (tzn. po prostu po przemoc) w obronie wzgardzonej zwierzchności kościelnej. Nie chodzi jednak o to, że jest to Kościół niezdolny do takiej refleksji, np. z powodu braku wykształcenia. On jest wykształcony (podobnie jak sam Bernard). Nie używa wszakże tej wiedzy do przekonywania czy nawracania, lecz jedynie, by nie dać się zwieść podstępnym i przebiegłym fortelom heretyckim.
Obraz jest czytelny i jednobarwny – po prostu czarny. Dodajmy: nie wyimaginowany – realny, jak realna była śmierć 42 ludzi spalonych na stosach z wyroku Bernarda Gui...

Kaznodzieja

Sięgnijmy teraz do tekstu Peregryna. Za uzasadnienie takiej operacji niech posłuży biografia. Peregryn z Opola (1260? – po 1333) to jeden z najwybitniejszych polskich dominikanów pierwszej połowy XIV wieku; ich dwukrotny prowincjał (1305–12 i 1322–27). Wykształcony najpierw w szkole konwentualnej w Raciborzu, a następnie z całą pewnością za granicą (Paryż? Montpellier?) – w roku 1318 został mianowany przez papieża Jana XXII... pierwszym inkwizytorem we Wrocławiu. O tej jego działalności (do 1327) wiadomo stosunkowo niewiele; musiał wszakże brać udział w trwającej do 1326 r., na Śląsku akcji przeciwko beginkom. Zapytajmy więc o Kościół Peregryna – znów oczywiście odmalowany jedynie grubymi kreskami.
W Kazaniach uderza przede wszystkim ich biblijność. To jedna wielka egzegeza – zapewne nie zawsze przystająca do zasad wypracowanych przez dzisiejszą biblistykę (głównie alegoryczna); ale za to wręcz ujmująca swym pietyzmem i koncentracją niemal na każdym detalu biblijnej narracji. A więc Kościół, który – chociaż nie daje wprost swoim wiernym Biblii do ręki – to jednak uczy jej nieustannie, prowadząc myśl słuchacza od Starego Testamentu przez Nowy do konkretnego życia (nawet w kazaniach o świętych punkt wyjścia dla Peregryna stanowi Pismo Święte, a nie żywoty czy legendy). Dalej, Kościół Peregryna nie jest Kościołem inkwizytorów, jest przede wszystkim Kościołem kaznodziejów i spowiedników. Kaznodzieję Peregryn najczęściej nazywa „aniołem Pańskim”; szatana zaś pokazuje jako tego, który chwyta człowieka za gardło: nie za rękę – by nie mógł dawać jałmużny, nie za nogi – by nie mógł iść na pielgrzymkę do św. Jakuba, tylko za gardło – by nie mógł się wyspowiadać. A więc Kościół duszpasterstwa, a zwłaszcza kaznodziejstwa – przemyślanego, metodycznego, stosującego szereg technik umożliwiających np. zapamiętanie usłyszanych treści.

Dwa obrazy Kościoła

Konsekwentnie, otrzymujemy dwa radykalnie różne obrazy Kościoła – napisane przez ludzi o podobnej formacji intelektualnej i duchowej, a nawet o bardzo podobnych biografiach. Być może właśnie to, czego uczą nas źródła, to przekonanie, że obydwa te obrazy są realne! Źródła rzadko stosują się do publicystycznych czy nawet podręcznikowych uproszczeń. Wyłaniający się z ich lektury obraz świata jest zawsze wielokolorowy. Oczywiście historyk musi też pytać o proporcje: musi zapytać np., którego Kościoła było „więcej”? Czyje myślenie: Bernarda czy Peregryna znajdywało u ich współczesnych więcej zrozumienia? A jeszcze bardziej – przełożenia na język praktyki?! Zawsze jednak rzetelnie opisane życie – tak dziś, jak i 700 lat temu wymyka się jakimkolwiek schematom. 
No właśnie, schematy! Typu np. absolutnie niekwestionowalna teza, iż średniowieczny Kościół poniewierał małżeństwem, apoteozując jego kosztem życie zakonne. A oto Peregryn: św. Bernard założył wspólnotę szarych braci, św. Benedykt wspólnotę czarnych mnichów, św. Dominik zakon kaznodziejski itd. Ale małżeństwo ustanowił sam Bóg. Zaprawdę szczęśliwi są ci, którzy mają tak godnego opata. Wśród siedmiu sakramentów sakrament małżeństwa jest najważniejszy, bowiem został ustanowiony jako pierwszy. To oczywiście nie przeszkadza twierdzić Peregrynowi niemal w następnym kazaniu, że dziewice mają w niebie zaszczytniejsze miejsce niż małżonkowie, ale to tylko jeszcze jeden dowód na to, że nawet jeden autor wymyka się „oczywistym” uproszczeniom.
Czytajmy źródła!

Autor jest historykiem Kościoła, wykładowcą w Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Ostatnio opublikował w wydawnictwie Znak książkę pt. „Celibat”.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl