A mój syn


O poszukiwaniu ojca

JACEK PODSIADŁO



A mój syn mówi do mnie czasem: ojcze.
Mówi też do mnie: tato, tatuś, ty ojczurze, staruszku, i nie pamiętam, jak jeszcze. Ale żaden z tych wołaczy nie robi na mnie takiego wrażenia, jak forma „ojcze”. Aż zużyję jedno poetyckie porównanie, żeby to wrażenie opisać. Czuję się wtedy tak, jakby ktoś otworzył mi serce drylownicą, wlał tam wiadro szampana, potrząsnął i zakleił plastrem miodu. Odlatuję po prostu, choć syn używa tego zwrotu wyłącznie żartobliwie.
Tylko raz żałowałem, że nie wystąpiłem w telewizorze. Kiedy do programu „Okna” zapraszał mnie sekretarz czy tam inny pomagier Wojciecha Eichelbergera. Pamiętacie ten program? Powinniście, bo to rzadki w Telewizji Polskiej przypadek, żeby prowadzący i nie był półgłówem, i potrafił rozmawiać ze swoimi gośćmi (no i co, co się stało z „Oknami”, mój srebrny ekranie, prezesie Kwiatkowski , najwyższa rado programowa i cała reszto?). Z psychologami zawsze miałem ten problem, że co którego słyszałem, to właśnie wydawał mi się mniej rozumieć niż ja. W dodatku to ich zmanierowanie („Która godzina?” – pyta psycholog psychologa. A ten: „Chcesz o tym porozmawiać?”)... Zrozumie mnie każdy, kto dla odmiany oglądał nocne żenady z cyklu „Telefon zaufania”, gdzie prowadzący tak dramatycznie i jawnie potrzebował pomocy psychologicznej, że w trybie alarmowym zastąpiono go na jakiś czas właśnie Eichelbergerem. A Wojciech Eichelberger do tego stopnia jest mądry, że nawet w telewizji to widać. A człowiek jednak chciałby czasem, żeby ktoś – tu zużyję drugie poetyckie porównanie – otworzył mu duszę otwieraczem do dusz, obejrzał przez lupę, co i jak, i opowiedział, co widział.
Eichelberger napisał świetną książkę „Zdradzony przez ojca”, odwołującą się m. in. do mojego ulubionego „Żelaznego Jana” Roberta Bly’a. Ów Bly powiada o trudnej sytuacji dzisiejszych synów: „Nie analizując osobowości własnego ojca, nie dociekając przyczyn, dla których jest on taki, jaki jest – wpadają w ponurą beznadziejność wynikającą z przyjęcia ogólnej koncepcji pomniejszonego ojca: »Pochodzę od wybrakowanego materiału męskiego i będę zapewne taki sam jako on«. Dusząc w sobie rozpacz – załamują się, żyją w wewnętrznym odrętwieniu i w ciemnościach, bo w ciemnościach żyje też ojciec”. Z kolei Józef Augustyn SJ komentując te zdania w artykule „Ojcostwo dzisiaj” pisze: „Młody człowiek, który doświadczył ciemności ojca, staje przed trudnym i bolesnym zadaniem wewnętrznego uzdrowienia zarówno relacji do ojca, jak też do siebie samego jako mężczyzny. Uzdrowienie to jest zwykle długim procesem, który wymaga osobistego zaangażowania oraz pomocy kierownictwa duchowego”. 
Wychowałem się w jednej z wielu rodzin idealnie pasujących do teorii o współczesnym „kryzysie ojcostwa”. Od przebywania z dziećmi jest w takiej rodzinie matka, ojciec jest po to, żeby pracował i przynosił pieniądze. Nigdy nie czułem żadnego dyskomfortu z tego powodu, dopiero kiedy dorosłem i uwolniłem się od rodziców, zacząłem wyczuwać jakąś dziurę we własnej osobowości. Świadczyły o niej drobne i zabawne, a czasem może wstydliwe przypadki. Dawno temu w Ameryce zarabiałem na chleb pomagając dorywczo w prowadzeniu wielkiego rancza przyjacielowi starszemu ode mnie najwyżej 15 lat. I ze trzy razy zdarzyło mi się omal nie zwrócić do niego „tato”, już miałem to na końcu języka. Gdybym się w porę nie ugryzł w ten język, chyba wysłałby mnie do psychiatry. Po części wynikało to pewnie z utrwalonego nawyku, wcześniej pomagałem w pracy tylko ojcu, ale pewnie i tak te niedoszłe przejęzyczenia były tzw. pomyłkami freudowskimi. 
Ojciec jest potrzebny, żeby móc przejmować od niego wzorce „męskich” zachowań na różne okazje. Kiedy człowiek w jakiejś trudnej sytuacji zada sobie pytanie: „Co zrobiłby na moim miejscu ojciec?”, i odpowie sobie na nie: „Byłby właśnie w pracy”, jest prawdopodobne, że zachowa się jak ostatni sierota. Dlatego wielu ludzi wynajduje sobie, świadomie lub nie, surogaty i pyta, świadomie lub nie, co zrobiłby na ich miejscu John Wayne / Papież / pan od wuefu / dziadek z powstania warszawskiego / niepotrzebne skreślić.
Wreszcie ojciec uczy syna, jak być ojcem. Tego nawet książki Eichelbergera nie zastąpią, tak jak nabyta wiedza nie zastąpi nigdy tego, co ma się we krwi. A tatusiowie tak lubią mówić z dumą: moja krew! Szczęśliwy ten, kto znalazł kierownika duchowego, a najszczęśliwszy, kto znalazł go we własnym tacie. Józef Augustyn, szukając remedium na kryzys ojcostwa, pisze: „Doświadczenie ojcostwa (...) domaga się przede wszystkim odwołania się do ostatecznego Źródła naszego istnienia – do Boga jako Ojca. Odkrywanie prawdziwego – ojcowskiego obrazu Boga staje się dla nas najgłębszym fundamentem, na którym może być budowane świadome i dojrzałe ojcostwo naturalne”. 
Ładne zdanie, ale puste dla kogoś, kto obraz Boga widzi jako również pogrążony w ciemnościach, obcy. Nie rozumiecie kogoś takiego? Wstawcie w tym ładnym zdaniu w miejsce słowa „Bóg” słowo „Manitou” i spróbujcie wtedy temu zdaniu zaufać. Zapewne są i inne sposoby odnajdywania ojca, np. rozpoznawanie Ojca w ojcu, jakkolwiek „wybrakowany” byłby ten ostatni. Mozół godzenia się, że ten, co w dzieciństwie wydawał się nam wszechmogący, może być słaby, miękki, nieudaczny. Trzeba próbować go zrozumieć i odnaleźć w sobie jego kawałki. Dociekać przyczyn, o których pisał Bly. Dowiedzieć się wreszcie, jaki był, kiedy go nie było. Bo że ten, co w silnej, samowystarczalnej młodości wydawał się niepotrzebny, jest niezbędny, musimy się zgodzić. 
A znajomy mówił mi, że jego znajomy czeka, aż napiszę felieton zaczynający się od słów „A mój syn kopnął mnie w d...”.
Niedoczekanie jego. Nigdy nie napiszę takiego felietonu, choć wiem, że kiedyś mój syn mnie, jak to nazywają psychologowie, zrani. Może uda mi się za to napisać kiedyś „O odzyskiwaniu ojca”, choć prawdę powiedziawszy, wątpię. 

Jacek Podsiadło
podsiadlo@atol.com.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl