Po cóż iść na Mszę, jeśli sąsiadowi powodzi
się tak samo dobrze, a on nie chodzi?


Wiara i niewiara są sobie potrzebne

Stanisław Obirek SJ



„Z niepokojem wstępuję na tę rozmównicę i spoglądam na tak uczone audytorium. My, Amerykanie, przyzwyczajeni jesteśmy do słuchania wykładów Europejczyków i czytania ich książek. (...) Słuchać Europejczyka wydaje nam się czymś zupełnie naturalnym, natomiast nie jesteśmy zgoła przyzwyczajeni do mówienia do Europejczyków; ten więc, kto pierwszy na to się porywa, winien wytłumaczyć swą śmiałość. Szczególnie wydaje się to wskazane, kiedy mówiący staje na tak czcigodnym dla Amerykanina gruncie, jak grunt Edynburga” (William James, „Doświadczenia religijne”, Kraków 2001, s. 9).
Dokładnie przed stu laty William James rozpoczynał w ten sposób serię wykładów poświęconych doświadczeniu religijnemu. Stały się one podstawą jednej z najczęściej wydawanych książek religioznawczych – „Doświadczenia religijne”. Nie wdając się w dywagacje, na ile słowa te stanowiły kokieteryjny ukłon wobec audytorium, a na ile rzeczywiste przeświadczenie Jamesa o wyższości nauki europejskiej nad amerykańską, nasuwa się nieodparte wrażenie, że dziś sytuacja zmieniła się dość radykalnie.
Sto lat później w ramach tych samych prestiżowych Wykładów Giffordzkich w Edynburgu Charles Taylor uczynił książkę Jamesa punktem wyjścia rozważań nad miejscem religii w dzisiejszym, coraz bardziej zlaicyzowanym świecie. Wydana właśnie przez Znak książka nawiązuje do tych rozważań, wygłaszanych przez Taylora wiosną 1999 r. i powtórzonych rok później w Wiedniu. Po inspirującym wystąpieniu Taylora „Zmierzch chrześcijańskiego świata – upadek czy odrodzenie?”, wygłoszonym w Krakowie w ramach Dni Tischnerowskich (a opublikowanym w „TP” nr 21/2002), to kolejna okazja do zapoznania się z myślą wielkiego filozofa.
Lektura to nader pouczająca. Wprawdzie dotyczy głównie miejsca religii w regionie, jak autor go nazywa, atlantyckim, ale już niedługo może stać się aktualna również w Polsce. Podobnie jak jego wielki poprzednik, Taylor, mimo powagi akademickiego wywodu, nie stroni od akcentów osobistych i barwnych anegdot. To właśnie konkret staje się punktem wyjścia do uogólnień.
Ot, choćby opisując gwałtowne przemiany religijności katolickiej wsi bretońskiej, Taylor przywołuje proste stwierdzenie wieśniaka: „Po cóż miałbym iść na Mszę, jeśli mojemu sąsiadowi powodzi się tak samo dobrze, jak mnie, może nawet lepiej, a on nie chodzi” (s. 81). Swoistym dopełnieniem tego pytania może być wyznanie dziennikarza „Le Monde”, który powiedział w debacie na temat religii: „Mój ojciec został wychowany w katolicyzmie bretońskim. Służył do Mszy. Moja matka została wychowana w duchu protestantyzmu. Moja żona jest Żydówką. Jej ojciec, Żyd z Polski, uratował się z Shoah. W młodości długo mieszkałem w Algierii, w kraju muzułmańskim” (,,GW”, 27-28 kwietnia 2002). Dość radykalna zmiana jak na monolityczne środowisko bretońskiej wsi.
A więc jesteśmy w centrum głębokich przemian nie tylko religijnych, ale dotykających samych struktur społecznych, obyczajowych i narodowościowych nawet. Dla mnie osobiście najciekawsze w rozważaniach Taylora są jego uwagi o samym Jamesie jako filozofie rozdroża: „James jest naszym wielkim filozofem rozdroża. Nikt inny nie powiedział tak wiele o tym, co znaczy stać na tej otwartej przestrzeni i czuć, jak wiatr popycha nas to w jedną, to w drugą stronę. James opisuje kluczowy obszar nowoczesności i artykułuje zasadniczy dramat, jaki się na nim rozgrywa. Trzeba było wyjątkowych przymiotów, by zadaniu takiemu podołać. Jest bardzo prawdopodobne, że podołać mu mógł tylko ktoś, kto wcześniej przeszedł druzgocące doświadczenie »choroby duszy« i przebił się na drugą stronę” (s. 48).
Nawet jeśli nie do końca wiadomo, czym jest owa druga strona, to czujemy, że ten dramat jest i naszym dramatem, a konieczność jego artykulacji odzywa się w nas samych. Sam James był szczerze przekonany, że doświadczenie religijne ma funkcję integrującą osobowość, pozwala człowiekowi narodzić się niejako na nowo. Owszem, w tym powtórnym narodzeniu upatrywał istotę religii: „Ci, którzy przeżyli coś takiego i znajdują się już po drugiej stronie, to właśnie »podwójnie narodzeni«. Tak jak doświadczenie religijne jest bardziej autentyczną postacią religii, tak też to właśnie doświadczenie jest w głębszym i prawdziwszym sensie doświadczeniem religijnym. Leży więc ono w samym sercu właściwie pojętej religii. Jest to doświadczenie ocalenia. Przynosi ono »stan pewności«, stan zbawienia, poczucie sensu i ostateczny triumf dobra” (s. 32). Warto dodać, że mówi o tym Jezus w rozmowie z Nikodemem
(J 3,3-8) i jest to jedno z głównych przesłań mistyki chrześcijańskiej.
Z wielu wątków obecnych w „Obliczach religii dzisiaj” warto zwrócić uwagę na problem styku wiary i niewiary, który również w dzisiejszych dyskusjach na temat religii w Polsce zaczyna zdobywać coraz większe znaczenie. Wystarczy wspomnieć wydaną w 1999 r. w Wydawnictwie WAM książkę „W co wierzy ten, kto nie wierzy?”, autorstwa Umberto Eco i kard. Carlo Maria Martiniego, czy debatę „Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi”, zbierającą głosy polskich myślicieli. Otóż zdaniem Taylora zarówno wiara, jak i niewiara są sobie potrzebne, gdyż umożliwiają jednej i drugiej wyjście z totalizującego środowiska (por. ss. 45-46) i, co może najważniejsze, sama wiara niesie w sobie niejako protest przeciw sobie samej: „Zatem wiara wyznawców religii jest dzisiaj bardziej krucha, nie tylko dlatego, że inni ludzie, równie inteligentni, a często równie dobrzy i pełni oddania, nie zgadzają się z nami, ale także dlatego, iż wierzący wciąż widzą swoje odbicie w tej drugiej perspektywie – widzą siebie jako tych, których przyciągnęła zbyt wygodna wizja świata” (s. 47).
W sumie lektura książki „Oblicza religii dzisiaj” pozostawia poczucie niedosytu, nie z winy autora bynajmniej, tylko polskiego czytelnika, który słusznie oczekuje przede wszystkim opisu świata, w którym sam żyje. Niemniej kilka, mimochodem jakby rzuconych, myśli zasługuje na uwagę, a już na pewno ostrzeżenie przed retorycznym ekscesem domaga się głębokiego przemyślenia: „Lecz odczucie podległości i ucisku narodu, wartości cierpienia i walki są ściśle splecione z religijną wiarą i przynależnością do grupy religijnej – może nawet dochodzić do takich retorycznych ekscesów, jak przedstawianie Polski jako »Chrystusa narodów«. W rezultacie pojawia się to, co nazywam tu efektem »neodurkheimowskim«, kiedy to poczucie przynależności do grupy i poczucie tożsamości wyznaniowej stapiają się ze sobą, a moralne zagadnienia zbiorowej historii coraz częściej ujmowane są w kategoriach religijnych” (s. 62).
Żyjąc w Polsce A.D. 2002 takich retorycznych ekscesów widzę i słyszę niemało. Charles Taylor zachęca do pogłębionej refleksji również nad polskim obliczem religii dzisiaj. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl