Ewa Szumańska – podróżniczka, pisarka
i pani doktor z „Pamiętnika młodej lekarki” 


„Trochę się dziwię, ale nie bardzo”

Anna Mateja


 Arizona, USA, lato 1973 r.

Ma pamięć selektywną – nie pamięta rzeczy przykrych. O swoim życiu mówi, że było barwne i soczyste. „Zostałam obdarowana przyjaźniami, małżeństwem, działalnością rozmaitą. Wszystko przychodziło mi łatwiej niż powinno. Mam poczucie niezasłużonej szczęśliwości” – zapewnia Ewa Szumańska sadowiąc się na krześle. Na dowód przytacza wydarzenie z powstania warszawskiego. Miała 24 lata. Była sanitariuszką, reporterką gazet powstańczych, także łączniczką. Bomba spadła na kamienicę, w której akurat przebywała. Nawet nie zdążyła poczuć strachu: zjechała z trzeciego piętra, razem z klatką schodową. Wokół niej było pełno zasypanych ludzi, a ona wstała i tylko strzepnęła z siebie kurz...

Dziewczyna z przyzwoitą przeszłością 

 Odessa, 1917 r., zdjęcie paszportowe
 babki – Jadwigi Woytkiewicz,
 matki – Janiny (trzecia od góry) i jej sióstr

W książce autobiograficznej „Obecność” opisuje, z jakim napięciem czekała w 1939 r. na wybuch wojny, jak modliła się każdego dnia, żeby „to” nie rozeszło się po kościach. Jak wbrew zakazowi rodziny pobiegła zobaczyć pierwszy, rozwalony w czasie bombardowania, dom. A potem wykradła ojcu broń, ukryła ją w mufce i przechadzała się pod nosem niemieckiego patrolu. 
Mówi: – Miałam poczucie, że życie galopuje i nie zamierzałam zostać w tyle. Taka nienormalna skłonność do szybkiego angażowania się. 
Może wpływało na to przedwojenne życie w Warszawie – zbyt spokojne dla jej temperamentu? Szumańska jest jedynaczką, córką prawnika i pianistki. Z dzieciństwa pamięta zabawy pod fortepianem mamy i wygrywane przez nią utwory Chopina, Scarlattiego. Wcześnie zaczęła się uczyć angielskiego, a francuski poznawała wśród małych Francuzów w czasie corocznych wakacji na Lazurowym Wybrzeżu. Gdy wybuchła wojna, rodzice wyprowadzili się do Siedlec, ona z babcią mieszkała w stolicy. Wtedy nie goniła już galopującego życia – była w jego środku. 
Konspirowała w Kedywie – Kierownictwie Dywersji. Zadania Ewy Szumańskiej polegały na odwiedzaniu ludzi, np. przychodziła do żydowskiego krawca, na którego jeden z sąsiadów złożył donos, i mówiła: „Pan musi się ukryć. Przechwyciliśmy donos...” Czasami donos był prowokacją, a „ostrzegany Żyd” – współpracownikiem gestapo. Od refleksu i szybkości nóg zależało, czy uda się uciec. Radziła sobie i nie odmawiała wykonania rozkazów. Pisała też do podziemnego tygodnika „Biuletyn Informacyjny”. Wiele lat później, we Wrocławiu, poznała Władysława Bartoszewskiego – w czasie okupacji pracownika Biura Informacji i Propagandy, a w latach 1944-45 sekretarza „Biuletynu”: – Nie znałem Ewy, ale osoby wokół niej – tak. Wiedziałem, że jest dzielną dziewczyną. Po wojnie wśród emigracji londyńskiej miała opinię osoby z przyzwoitą przeszłością. 
Maturę zdała na tajnych kompletach i rozpoczęła naukę w podziemnym Państwowym Instytucie Sztuk Teatralnych. Chciała życia galopującego, więc nie miała czasu na normalne: stanie w kolejkach po chleb i marmoladę z buraków albo dbanie o dom. Zadowalała się dwudziestoma krówkami z krochmalu i sacharyny. Tyle wystarczało, żeby nie czuć głodu przez cały dzień. 
Gdy wybuchło powstanie w getcie, kilka razy w tygodniu znajdowała się pod murami: przejeżdżała tamtędy z przyjaciółmi jadąc do jednego z mieszkań na Żoliborzu, gdzie odbywały się zajęcia PIST-u. Na placu Zamkowym, pod kolumną Zygmunta, stały wówczas chłopskie wozy przystosowane do przewozu ludzi. Koledzy wyżebrali czasami u woźnicy możliwość powożenia i zabawiali się jazdą w pobliżu dzielnicy żydowskiej. Co działo się za murami, zrozumiała wiele lat później: w 1987 r., gdy przeczytała w „Tygodniku Powszechnym” tekst Jana Błońskiego „Biedni Polacy patrzą na getto”.
Wspomina: – Byliśmy gówniarzami, ale też kwiatem akowskiej młodzieży, która w każdej chwili była w stanie „oddać życie za ojczyznę”. Walki za murami nie odebraliśmy jednak jako „naszej”. Gdyby tam walczyła AK, nie przyszłoby nam do głowy, żeby bawić się powożeniem albo zajmować zajęciami teatralnymi. Nie mogę pojąć tamtej nieczułości.
Wiele lat później, gdy po wprowadzeniu stanu wojennego odebrano jej paszport za działalność opozycyjną, zaczęła zwiedzać Polskę i pojechała także do Treblinki. Czuła się zobowiązana odbudować wrażliwość, której wówczas zabrakło.

Dziury w klatce

 
Zaleszczyki, wakacje z mamą, 1929 r.

Może powstanie było niepotrzebne? Tylko się przez to połamaliśmy i pozbawiliśmy najlepszych ludzi? – Ewa Szumańska zastanawiała się nad tym prawie rok, gdy wracając z obozu jenieckiego pod Dreznem, włóczyła się po kraju. Po klęsce opuszczała Warszawę w oddziałach osłonowych – ostatnich, które nadzorowały wyjście powstańców i cywilów. Dotarło wtedy do niej, że traci na zawsze swoje miasto, spokój domu rodzinnego, tamtą architekturę i zabytki. Włóczęga była nie tyle poszukiwaniem rodziny, co ucieczką i lekiem na depresję wywołaną klęską powstania oraz propagandą powstającego po wojnie reżimu. 
Rodzinę odnalazła w Krakowie. Z konspiratorki i żołnierza stała się studentką historii sztuki prowadzącą inwentaryzację Kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu. Swoje miejsce na ziemi znalazła jednak dopiero jesienią 1949 r. po przeprowadzce do Wrocławia. Spodobała się jej poniemiecka architektura, zakola Odry i Park Szczytnicki. Przede wszystkim zaś nowa społeczność przesiedleńców z Kresów, która próbowała zapuścić nad Odrą korzenie. Tam, na początku lat 50. przechodząc przez Most Grunwaldzki, przeżyła olśnienie. 
– Był piękny letni dzień, wokół zieleń i nagle poczułam, że mijający mnie ludzie, a ja wraz z nimi, żyją w klatce. Prawie fizycznie uzmysłowiłam sobie zamknięcie, w którym za chwilę zacznie brakować powietrza – opowiada. – Do głowy przychodziły jakieś rozpaczliwe pytania: to już zawsze tak? Nic się nie zmieni? Bałam się, że jeśli tak będzie dalej, być może nigdy nie zobaczę tego, co jest na zewnątrz.
 
Zaczęła szukać dziury w klatce.

Najpierw zapisała się do klubu wysokogórskiego. Uczyła się pilnie na treningach, ale na szczyty wychodziła dla honoru, żeby pokazać sobie i innym, że potrafi. Nie polubiła gór, zakochała się za to w wykładowcy z klubu. Później został jej mężem. Do dzisiaj twierdzi, że to najprzyjemniejsze zdarzenie, jakie się jej przytrafiło w górach.
Pasją okazało się dopiero morze. Dawało przestrzeń, poczucie swobody, którego tak brakowało w czasach „reglamentowanych paszportów”. Tam znalazła sposób na „opuszczanie klatki”. I to na wiele miesięcy. Polskie Linie Oceaniczne i Polska Żegluga Morska rezerwowały członkom klubów marynistycznych miejsca na statkach handlowych, płynących w różne strony świata. Maryniści stawali się członkami załogi i zwracali armatorom tylko koszty utrzymania na statku.
– W mojej klatce zaczęły się otwierać okna – mówi Ewa Szumańska, która zwiedzanie świata rozpoczęła od wyjazdu do Afryki w 1961 r. – Powypuszczałam z pamięci masę przeżyć: z powstania warszawskiego, czasów powojennych, ale dokładnie pamiętam wyprawy afrykańskie – mówi i wylicza podróże do krajów ulubionego kontynentu: Maroko, Gwinea (tuż po uzyskaniu niepodległości), Senegal, Ghana, Wybrzeże Kości Słoniowej, Nigeria, Gabon, Kongo...

Gość, co nie sprawia kłopotów 

– Afryka zafascynowała mnie długo przed tym, nim się tam pojawiłam – wspomina. – Gdy byłam dzieckiem, zakradałam się w nocy do sypialni rodziców, gdzie matka, cierpiąca na bezsenność, czytała „Jądro ciemności” Conrada. Czytała mi każdego wieczoru fragment, a mnie wydawało się, że coś mnie woła w tamte strony. Przypomniałam to sobie 30 lat później w berberyjskich jaskiniach i namiotach nomadów. Byłam prawie pewna, że wysyłali do mnie sygnały wiele lat wcześniej, chcąc mnie do siebie ściągnąć. 
Dwie godziny po zacumowaniu statku w porcie opuszczała go, żeby pojawić się po miesiącu, gdy zakończono rozładunek (nie korzystano jeszcze z kontenerów, więc trwał on zawsze kilka tygodni). Nie bała się tubylczych środków lokomocji: zdezelowanych ciężarówek, przyczep bez plandeki, tanich pociągów. Dzięki temu mogła przemierzyć wielkie połacie interioru za kilkanaście centów. Rezygnując ze sposobu podróżowania, jaki w tamtym świecie był obowiązujący dla białych kobiet, pokonywała bariery między nią a tubylcami. Tak jak oni męczyła się w przepełnionych autobusach, piła tę samą wodę i jadła to samo jedzenie. Zdarzało się, że nocowała na ławce w parku. Starała się być gościem, który nie sprawia zbyt wielu kłopotów.
 
Chrzest morski w czasie pierwszego w życiu
przekraczania równika, 1961 r.


Czasami bywało jednak groźnie. Wspomina: – Gdy byłam trzeci raz w Afryce, odwiedziłam Nigerię. Spotkałam się z immigration, jak nazywa się oficera służb graniczno-celnych, który stawia pieczątkę w paszporcie uprawniającą do poruszania się po kraju bez wizy. Przystojny celnik nie pozwolił mi zejść na ląd, bo piszę książki i o jego kraju też mogę napisać, na dodatek nie wiadomo co. Zapewniłam go, że moje książki na pewno nie przedstawią jego kraju w złym świetle i na dowód zaczęłam przytaczać tytuły. Po chwili celnik wbił pieczątkę do paszportu... Meandry myślenia Afrykańczyków są niedocieczone. Najpierw celnik był zdecydowany nie wpuścić mnie do Nigerii, teraz okazało się, że kilka tytułów rozwiązywało sprawę.
Zadeklarował się nawet, że odwiezie mnie do miasta. Nie czekał jednak na nas samochód, ale zwykły przepełniony autobus z ludźmi zwisającymi ze wszystkich stron. „Tutaj mieszkam. Jestem nieżonaty” – usłyszałam, gdy zaprosił mnie do domu w czarnej dzielnicy, na przedmieściach. Coś wydało mi się podejrzanego, więc na wszelki wypadek usiadłam pod oknem. Gdy celnik zdjął spodnie i rozpiął koszulę, jeszcze uspokajałam się, że jesteśmy na parterze i gdyby się na mnie rzucił, mogę wyskoczyć oknem. O mało tego nie zrobiłam, gdy zostawił na sobie tylko slipki. On jednak założył ozdobny, błękitny strój nigeryjski i powiedział: „Madame, I’ m ready we can go”. 
Całe szczęście, że znałam już trochę te kraje i nie pozwoliłam zapanować nad sobą skojarzeniom. On przecież chciał wyglądać dla mnie elegancko! Zaufał mi, więc pokazał mi mieszkanie. Później poznał mnie z przyjaciółmi z miejscowego teatru i z atencją pokazał najciekawsze miejsca w mieście.
O Afryce mówi jak o dobrej znajomej: że jest leniwa, infantylna, przejmuje obce wzorce, nie ma w niej poczucia niezależności, więc biernie poddaje się rządom nieudolnych elit. Po czym szczerze wyznaje, że ją pomimo tego kocha, współczuje jej i ją podziwia. „Kiedy myślę o Afryce, często jest to pełznąca smuga ognia, potem zapach, potem deszcz podobny do grubej ściany, potem rytm, potem pełna rezygnacji i bierności bieda, potem śmiech...” – pisała w autobiograficznej „Obecności”. W Afryce znalazła się także na wiosnę 1994 r., gdy rozpoczynały się walki między Tutsi i Hutu. „Świat, który się kurczy” – stwierdziła gorzko rok później, gdy kończyła książkę o plemiennych mordach „Skrwawione wzgórza Afryki”. Wtedy nie czuła tylko zapachu przejrzałych owoców, spoconych ciał albo duszącej woni kwiatów. Czuła przemoc wiszącą w powietrzu i zagrożenie, jakie było udziałem spotkanych przez nią w czasie tamtej wyprawy ludzi. 
Nie odkładała wyjazdów na „bardziej sprzyjający” czas. Podróżowała także w czasie powstawania „Solidarności”. W 1981 r. spędziła miesiąc na Sycylii, później była jeszcze w Kongu podziwiając sposób łowienia ryb w plemieniu Wagenia. Wróciła na 7 dni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Ponownie wyjechała dopiero po kilku latach. 
– Przyjaciele i rodzina bali się o nią – wspomina Magdalena Bajer, naukowiec, dziennikarka radiowa i wieloletnia przyjaciółka Szumańskiej. – Listy idą przecież tak długo. W czasie wojny w Rwandzie jej mąż i przyjaciele nie wiedzieli, co począć. Ona nie myślała o niebezpieczeństwie. Tego też od niej się nauczyłam – bycia dzielną. Ewa potrafi łączyć trud żmudnej pracy z radością oczekiwania na coś, do czego dąży. Może dlatego nie potrafi się bać.
– Nie bała się, bo jest oczarowana Afryką. Kocha ją i potrafiła być tam nawet, gdy działo się coś dramatycznego – próbuje dociec fenomenu Szumańskiej Jan Józef Szczepański – przyjaciel, także pisarz i podróżnik.
Ona sama uważa, że ma po prostu słabo rozwinięte poczucie strachu. Pochodzi z domu, w którym okazanie lęku było czymś wstydliwym. Lekcję odwagi przeżyła w czasie powstania, w pierwszym dniu użycia przez Niemców tzw. krów – moździerzy, które wydawały niesamowity ryk. Gdy usłyszała go pierwszy raz, chciała ze strachu zakopać się w najciemniejszym zakątku piwnicy. Wiedziała, że musi przemóc lęk wychodząc z pierwszym lepszym meldunkiem. Po minucie – przeszło. A potem przyzwyczaiła się. 
– Trudno mówić o odwadze – mówi Szumańska. – Nie myślę o tym, że może być źle i stąd jest mi łatwiej. Poza tym mam zaufanie do ludzi – nie wyobrażam sobie, że ktoś chce mnie skrzywdzić.
Do 1997 r. wyjeżdżała z mężem kilka razy w roku. Teraz mniej i nie są to już dawne wyprawy, gdy o wszystkim decydowała sama, bardziej zawierzając intuicji i chęci poznania świata niż rozmaitym „bedekerom”. W ten sposób zebrała materiał do napisania prawie dwudziestu książek, m.in.: „Blizna”, „Kołysanie”, „Inny rytm”, „Tunes, Tunes”, „Moi przyjaciele Latynosi”. 

„Życie młodej lekarki obfituje w zaskoczenia...” 

 
Z aktorem i reżyserem francuskim – Jean-Louis Barrault, druga połowa lat 50.

Na okładce swojej pierwszej książki podróżniczej „Ślady na oceanie” wydanej w 1963 r. napisała, że życie staje się interesujące dopiero wówczas, gdy od czasu do czasu wszystko w nim się zmieni: zawód, zainteresowania, miejsca pobytu, nawet uprawiane dyscypliny sportu. Zrobiła to kilka razy w życiu, np. w 1958 r., gdy rozpoczęła pracę we wrocławskim oddziale Polskiego Radia. Zrezygnowała z aktorstwa. Ostatni egzamin zdała już po wojnie w krakowskim studiu Iwo Galla. Grała głównie w porankach dla szkół i w teatrze studenckim „Siedem kotów”. U Erwina Axera w Łodzi grała w Molierze, ale dopiero we Wrocławiu dostała role w sztukach Sartre’a i Wyspiańskiego. Przyjechała tam prosto z kursu teatru elżbietańskiego w Stratfordzie, gdzie wysłał ją Axer. Dostała angaż w Teatrze Dramatycznym i część poniemieckiej willi na mieszkanie. 
– Nie lubię siebie z tamtych czasów– stwierdza. – Było coś degradującego myślowo w pracy, która polegała na powtarzaniu cudzych zdań w czasie prób i spektakli. Mama namawiała mnie na rewizję „tych swoich głupich marzeń o teatrze”, ale mnie wydawało się, że rezygnacja byłaby utratą twarzy – poddaniem się. Poza tym raził mnie teatralny magiel. Przypuszczam, że jeśli ktoś ma duży talent pozwalający stwarzać na scenie zaczarowany świat, nie zwraca uwagi na plotki. Widać ja miałam umiarkowane zdolności i traktowałam aktorstwo wyłącznie jako sposób zarabiania pieniędzy. 
Pewnego dnia, na próbie generalnej „Anny Kareniny”, pokłóciła się z reżyserem. Taksówką pojechała do siedziby Polskiego Radia we Wrocławiu, z którym już współpracowała. Poprosiła o stałą pracę. Zaproponowano jej kierownictwo działu literackiego. Nie chciała być kierownikiem, ale radiowcem – tak. 
– Poczułam, że wreszcie jestem na swoim miejscu – mówi. – Zajęłam się zwyczajną pracą dziennikarza: wywiady, reportaże, sondy. Kopalnią tematów były podróże. Po każdej wyprawie nagrywałam „Pocztówki z rejsu”– krótkie gawędy o odwiedzanych krajach, spotkanych ludziach. 
W radiu działał założony przez Andrzeja Waligórskiego pod koniec 1956 r. kabaret „Studio 202”, gdzie przeistaczała się w postępową emancypantkę – Kikę Starorypińską. „Feministka” i Waligórski „zmierzali do siłowego obalenia ustroju w Polsce Ludowej” albo „atakowali Układ Warszawski”. Tak przynajmniej cenzura uzasadniała decyzje o zakazie emisji niektórych monologów i skeczy. Gdy pojawili się chłopcy, czyli: Jan Kaczmarek, Leszek Niedzielski, Wojciech Plaskota, Jerzy Skoczylas i Stanisław Szelc (później stworzyli kabaret „Elita”), zaangażowała ich do odtwarzania ról w „Bajeczkach wschodnich” – humorystycznych opowiastkach z morałem, dziejących się gdzieś w egzotycznych krajach. Dla radia tłumaczyła też kryminały, których inscenizacje do dzisiaj można usłyszeć w Trójkowym teatrze „Zielono oko”. 
Humor Studia 202 i wymyślonego w połowie lat 70. „Pamiętnika młodej lekarki” opierał się na obserwacji zachowań i sposobu myślenia przeciętnych słuchaczy. Barwy dodawał język, czasami potoczny, często wymyślany dla potrzeb sytuacji: celowo przekręcane słowa, połykane końcówki, źle wymawiane samogłoski. Powstawały teksty rozpoznawalne dla słuchacza po pierwszej wysłuchanej audycji. Czasami mocno polityczne.
Stanisław Szelc utrzymuje, że Szumańska znalazła się w radiu, ponieważ w czasie spektaklu teatralnego zaplątała się w zbyt długą suknię. – Ewa jest takiego wzrostu, że chyba każda suknia jest za długa – dodaje. – W jej monologach nie można zmienić przecinka – wszystko jest od początku do końca przemyślane. Potrafi walczyć o swoje, jeśli trzeba posłuży się, oględnie mówiąc, surowym językiem. Robi to jednak z takim wdziękiem... 
Nie potakuj, o prywatę nie dbaj 
„Młoda lekarka” obserwowała rzeczywistość lat gomułkowsko-gierkowskich i znajdywała w niej to, co śmieszne. Potem pokazywała to innym, udowadniając, że wewnętrznej wolności i poczucia humoru nie niszczy nawet ustrój, który lubi wszystko trzymać pod kontrolą. A że ustrój socjalistyczny sam z siebie stwarzał najwięcej sytuacji groteskowych? Dostrzegła to już w czasie pierwszych podróży. Na przykład w Gwinei, po wyjściu Francuzów, wprowadzono lewicowe reformy społeczne, otwierając drogę do „braterskiej pomocy”. Czesi przysłali więc 2000 muszli klozetowych, które czekały na nadbrzeżu portowym na powstanie kanalizacji. Jakiś inny kraj socjalistyczny podarował pługi śnieżne... 
W Polsce mogło być równie śmiesznie. 
„Otóż, pani doktor, tak długo nie opuszczałem mego stołka, że przylgnął on mię do ciała bezpowrotnie. Co naraża mnie na upośledzony chód, dolegliwość oraz drwinę społeczeństwa w postaci: – Patrzcie, temu to już stołek przyrósł na zawsze do... – i tu następuje określenie trywialne” – skarżył się pacjent, czyli Jan Kaczmarek, w jednym z odcinków. Młoda lekarka zastosowała wówczas inny rodzaj terapii. „Ja będę trzymać stołek, a pan zechce wykonać ruchy rotacyjne. (...) Już po wszystkiem! (...) Wyszłam ze słusznego założenia, że na szkodliwość zbyt długiego pozostawania na stołku jedyną terapią jest rotacja”. 
– Młoda lekarka pozwalała ludziom czytać między wersami– mówi Stanisław Szelc występujący w roli pacjenta od czasu, gdy Kaczmarek, z którym Szumańska występowała od pierwszego odcinka pamiętnika, zrezygnował. – Puszczała oko do odbiorcy, jakby mu mówiła: „Mówię to, co słyszysz, ale ty wiesz, co naprawdę mam na myśli”. I ludziom się ten inteligentny humor podobał. 
Szumańska bazowała na mankamentach instytucji od zawsze borykającej się z brakiem pieniędzy i dobrej organizacji. Ani wtedy, ani dziś nie są to problemy wyłącznie służby zdrowia. Choroby pacjenta też dawały się interpretować nie tylko w medycznym kontekście... 
– Wychodziliśmy z założenia, że im gorzej, tym lepiej. Śmiech był najzdrowszym wyjściem z sytuacji – mówi Szumańska. Pamięta, że w tamtych czasach nie dostrzegała pojedynczych ludzi, a wyłącznie masy: w kolejkach, pociągach, autobusach, na pochodach... Takich „przystosowanych” ludzi najłatwiej odnaleźć w jej tekstach: „Uskarżam się, pani doktor, na wolę. (...) Mówię sobie: Janek! Nie bądź taką glizdą, bo aż przykro. Nie liż się zwierzchności, nie potakuj, nie klaszcz, o prywatę nie dbaj (...) I już bym przysiągł, że od jutra będzie ze mnie Kmicic, a tu wchodzę do zakładu i znów ze mnie glizda!” Wszyscy sprawiali wrażenie, że się dobrze urządzili. Czy o niej można było myśleć inaczej? 
– Pracowałam w radiu, mogłam wyjeżdżać, wydawałam książki, dobrze zarabiałam, a władza nie czyniła mi kłopotów – wylicza Szumańska. – Ale chyba nigdy nie miałam większej satysfakcji z pracy, jak wtedy, gdy coś mi zdjęli. W ten sposób cenzura potwierdzała, że nie zatraciłam pionu i umiałam wyczuć, co się władzy nie spodoba. Do teraz jestem wrażliwa na to, żebym nie zastygła i nie uczestniczyła w pędzie za czymś, co akurat się podoba. 
Życie prześmiewcy nie musiało być wesołe. Kiedyś, pod zarzutem „naruszania dobrosąsiedzkich stosunków” i „podważania ustroju”, nie tylko zdjęto całą audycję Studia 202, ale zagrożono wyrzuceniem z radia Szumańskiej i Waligórskiego. Oboje przychodzili jednak do pracy, zamykali się w swoim pokoju i... nikt nie wiedział, co działo się w środku, bo z wnętrza dochodziły tylko dzikie śmiechy. 
– Jak to, co robiliśmy?! Udawaliśmy wymianę listów między cenzorem i pierwszym sekretarzem partii na nasz temat! – śmieje się Szumańska. – Nasi koledzy byli przekonani, że stres odebrał nam rozum, a my śmialiśmy się, aż rozbolały nas mięśnie twarzy i brzucha. 
Wymiana listów między funkcjonariuszami PZPR nie musiała być wymyślona. Zdarzało się, że teksty zdjęte przez cenzurę kursowały później w kilku odbitkach po KC.
– Ewa potrafi pokierować życiem w taki sposób, że ono staje się zabawne. W zdarzeniach ponurych i niebezpiecznych wybiera groteskę, żart – zauważa Jan Józef Szczepański. – Wiem jednak, że potrafi być zaangażowana i do pewnych spraw podchodzić niesamowicie serio.
Pracę w radiu straciła po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy nie zamierzała „wykazać skruchy”, a osoby z komisji weryfikacyjnej zapytała o kompetencje pozwalające oceniać im pracę dziennikarzy. Później otrzymała pismo, że w trybie nagłym, z racji zagrożenia, jakie stwarza dla bezpieczeństwa państwa, nie może pracować w radiu.
 
Knucie typowe dla ludzi przyzwoitych 

 Jerzy Dębski, Andrzej Waligórski i Ewa Szumańska,
 czyli Studio 202 – druga połowa lat 70.


„Dzieńdobry, pani doktór! 
Dziędobry, co panu dolega?”
Frazą, znaną dotychczas z „Pamiętnika młodej lekarki”, Szumańska rozpoczęła pierwszy felieton w bożonarodzeniowym wydaniu „TP” z 1982 r.: „Zastanawiam się teraz, co z tamtych dawnych dni pozostało? Na pewno rubież i gumno za oknem. Pozostali też pacjenci. (...) Znikły jednak gdzieś łagodne wodogłowia, kameralne egzemy, drobne przyrośnięcia stołków do siedzeń i dobrotliwe obstrukcje. Moi pacjenci pochylają się teraz nade mną nocami i prezentują jakieś monstrualne schorzenia i deformacje. (...) A ja (...) nie mogę powiedzieć z niezachwianą pewnością siebie: nic prostszego. Obstrzyknę to zaraz nadmanganianem potasu w ramach dalszej normalizacji i »po wszystkiem«”. 
– Nie posiadam bogatego życiorysu konspiratora – zastrzega się Szumańska. – Po wprowadzeniu stanu wojennego poczułam się nieswojo, gdy mnie nie internowano. Później dowiedziałam się, że skreślił mnie z listy dawny znajomy, który był sekretarzem PZPR we Wrocławiu. 
Kiedyś pojawili się esbecy z nakazem rewizji, przekonani, że znajdą w jej mieszkaniu drukarnię. Przeszukali domek letniskowy Szumańskich, zabrali książki i czasopisma bezdebitowe, a Ewę Szumańską zamknęli na 48 godzin. Celę dzieliła ze Stasią – robotnicą z „Polaru”, zatrzymaną po jakiejś manifestacji. Poprosiły o wiadro wody, żeby posprzątać. „Kochana, to jest pierdel, a nie sanatorium” – usłyszały. Potem, naśladując klawisza, powtarzały jego odpowiedź, gdy przykrywały się brudnymi kocami albo narzekały na smród z sedesu. 
Zaangażowała się w działalność opozycyjną pod adresem Katedralna 4 – w siedzibie wrocławskiego duszpasterstwa akademickiego. Razem z m.in. Urszulą Kozioł – poetką i Kazimierzem Braunem – reżyserem, opozycjonistami, którzy uniknęli zatrzymania, inteligencją oraz innymi ludźmi zamierzającymi pomagać internowanym. Pracowali pod opieką metropolity Wrocławia kard. Henryka Gulbinowicza, udzielając pomocy prawnej i medycznej, wysyłając paczki do miejsc internowania, szukając represjonowanych, żeby pomóc im i ich rodzinom. Organizowali niezależną kulturę: galerie, teatry, miejsca dyskusji. 
Chyba wtedy ludzie mijani na ulicy przestali być dla Ewy Szumańskiej jedynie poczciwymi obywatelami, co „urządzili się w ustroju”. W sierpniu 1980 r., jak zwykle, podróżowała. Gdy jednak rozpoczęły się strajki poczuła, że dzieje się coś ważnego i wróciła do kraju. Wzięła magnetofon, pojechała do strajkującej zajezdni autobusowej. 
– To było spotkanie dwóch światów – wspomina Władysław Frasyniuk, który pod koniec sierpnia 1980 r. zaproponował kolegom-kierowcom założenie komitetu strajkowego. – Z jednej strony robociarze, którzy być może pierwszy raz zdobyli się na niezależność i zastrajkowali. I to nie dlatego, że mało zarabiali, bo nasze pensje „przeskakiwały” wówczas górnicze. Z drugiej, osoba z innego świata, o wielkiej kulturze osobistej, która nie boi się z nami rozmawiać i rozpowszechniać przez radio naszego poparcia dla Gdańska. 
W masach Szumańska zaczęła rozróżniać poszczególne twarze. Okazję poznania ludzi, których dotychczas mijała obojętnie na ulicy, dały Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej. 
– Ona mnie namówiła, żeby wziąć w tym udział – wspomina Magdalena Bajer. – Dzisiaj wydaje mi się to jako pospolite ruszenie narodu, który tłumnie przychodzi na spotkania, żeby słuchać, dyskutować, czuć obecność innych. Tematy prelekcji były często pretekstami uruchamiającymi pokłady pytań, na które nikt wcześniej nie próbował odpowiadać. Na porządku dziennym były ciągnące się długo w noc dyskusje, nierzadko w domu słuchaczy.
– W moim życiu zaszła jeszcze jedna zmiana: doceniłam znaczenie wiary – opowiada Szumańska. Pochodzi z rodziny tradycyjnie katolickiej, ale poza ciotką-dewotką nikt nie przywiązywał wagi do religii. Jej „duchowa przemiana” zaszła w czasie dni skupienia zorganizowanych przez ks. Mirosława Drzewieckiego w Karkonoszach dla ludzi pracujących przy Katedralnej 4. – Coraz bardziej zajmuje mnie to, co czeka mnie już niedługo: przejście na tamtą stronę. Proszę o to, żebym mogła to zrobić przyzwoicie, bez histerii – dodaje. 

Tajemnica życia, według Ewy Szumańskiej, polega na tym, żeby nie traktować swoich przejść zbyt poważnie. Patrzeć na siebie z przymrużeniem oka. – Nie miałam ambicji dokonania czegoś – mówi. – Nie dopominałam się nagród, wyższych zarobków albo miejsca w jakimś „prezydium”. Wydaje mi się, że otrzymałam więcej niż mi się należy i zastanawiam się czasami, dlaczego dostałam tak dużo?
Jan Józef Szczepański nie widział jej od prawie dwóch lat. Muszą im wystarczyć listy. – Poznałem ją pod koniec lat 70. w czasie wyprawy śladami Odyseusza po Morzu Egejskim. Potrafiła inteligentnie wykpić głuchego jak pień organizatora wyprawy, próbującego zapanować nad załogą. Świetnie się bawiła, ale w tyle głowy miała „Iliadę” i „Odyseję” Homera. 
– Duchowo jestem zdolna do równie wariackich wyjazdów, co 20–30 lat temu. Przeszkadza mi jednak ciało. Kiedyś było posłuszne. Teraz wiem, że nie mogę od niego wymagać wszystkiego – zapewnia Szumańska wyciągając z kartonów zdjęcia i notatki z dawnych podróży. Na półkach i ścianach pysznią się ukwiały, muszle, rwandyjskie zabawki... „Całe moje życie składało się z (...) mocno zasygnalizowanych obecności (...). Każda nadawała życiu wymiar głębszy, trochę tajemniczy – czułam się tak, jakbym miała stan podgorączkowy” – pisała w autobiografii o tym, co jej życie zmieniło najsilniej: matka, góry, morze, Afryka, wiara... 
Otaczająca rzeczywistość jej nie pociąga. Razi ją, choć dziwi coraz mniej, że ludzie boją się przeżywać własne życie. Jak w „Rejsie” podoba im się tylko to, co już znają... Nie chcą wiedzieć, że tajemnica życia polega przecież na czymś innym. 

Fotografie pochodzą ze zbiorów Ewy Szumańskiej.

EWA SZUMAŃSKA wydała m. in.: „Ślady na oceanie” (1963), „Przygoda w Lagos” (1964), „Czekanie na pilota” (1966), „Blizna” (1969), „Santa Maria” (1971), 

„Kołysanie” (1972), „Prędzej” (1972), „Inny rytm” (1974), „Camping” (1977), „Miłość w odcieniu ochry” (1979), „Tunes, Tunes” (1979), „Moi przyjaciele Latynosi” (1981), „Bizary” (1987), „Pięć lat” (1989), „Trasy: półprzewodnik turystyczny” (1989), „Obecność” (autobiografia, 1992), „Skrwawione wzgórza Afryki” (1996). 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl