Czy wybuchnie indyjsko-pakistańska wojna atomowa?


Bomba jedna, może dwie

Edward N. Luttwak z Waszyngtonu



Jeśli nie dojdzie do nagłego – i na razie mało prawdopodobnego – dyplomatycznego przełomu, Indie mogą rozpocząć wojnę z Pakistanem, której bezpośrednią przyczyną będzie ciągła infiltracja indyjskiej części Kaszmiru przez bojowników islamskich z Pakistanu. Już teraz każdego dnia ginie średnio trzech obywateli Indii i dwóch bojowników. A to może być dopiero wstęp do dużo poważniejszej liczby ofiar działań wojennych obu armii, stojących wzdłuż dzielącej Kaszmir „linii kontroli”.



Administracja prezydenta USA od miesięcy apeluje do rządu indyjskiego o cierpliwość dla poczynań prezydenta Pakistanu Perveza Musharrafa, wskazując, że Musharraf usunął już islamskich ekstremistów z pakistańskiego wywiadu (ISI), kazał aresztować sporą liczbę bojowników i zdelegalizował niektóre organizacje, np. fundamentalistyczną grupę Jaish-i-Mohammad. Hindusi od początku wątpili jednak w skuteczność tych posunięć. Po części dlatego, że – jak informował indyjski wywiad – to sam Musharraf jest z przekonania islamskim ekstremistą, mimo „brytyjskiego” stylu i przeważnie umiarkowanych wypowiedzi. Niemniej Indie postanowiły dać szansę amerykańskiej dyplomacji. Pamiętając, jak zdołała ona nakłonić Pakistan do zwrotu o 180 stopni w polityce wobec afgańskich talibów – od pełnego ich poparcia do aktywnej współpracy z USA w walce z nimi – rząd indyjski miał nadzieję, że także polityka Islamabadu wobec Kaszmiru ulegnie zmianie. Tymczasem jednak wzmacniano indyjskie siły powietrzne i lądowe na granicy z Pakistanem; chodziło zarówno o wywarcie presji na Musharrafa, jak i o przygotowanie ewentualnych działań militarnych na wypadek porażki dyplomacji.
Dziś ten punkt został prawie osiągnięty. Wielopartyjny, koalicyjny rząd Indii jest wprawdzie podzielony – niektórzy jego członkowie przekonują, że należy bezzwłocznie użyć siły, inni utrzymują, że należy dać więcej czasu amerykańskiej dyplomacji – ale ostatnio przewagę zyskują zwolennicy natychmiastowego uderzenia. Ciągle bowiem dochodzi do starć indyjskich sił bezpieczeństwa z nowo przybyłymi z terytorium Pakistanu bojownikami, a prezydent Musharraf w swych ostatnich przemówieniach uporczywie powtarza tezę, że zbrojna walka w Kaszmirze jest uzasadniona. Twierdząc tak, prezydent nie dokonuje rozróżnienia na miejscowy, kaszmirski ruch oporu i przybyszy z Pakistanu – a jest to rozróżnienie kluczowe dla obu stron, gdyż lokalni bojownicy, pochodzący z Kaszmiru, w większości myślą o stworzeniu osobnego państwa i niepodległości, zaś bojownicy islamscy przenikający do prowincji z zewnątrz walczą o jej przyłączenie do Pakistanu. 
Atmosfery nie poprawia i to, że Musharraf konsekwentnie odrzuca żądania wydania Indiom kilku indyjskich muzułmanów, oskarżonych w Indiach o dokonanie głośnych aktów terroru. Co więcej, Pakistan wypuścił już część aresztowanych kilka miesięcy temu bojowników islamskich lub objął ich luźnym tylko aresztem domowym. A zdelegalizowane oficjalnie organizacje kontynuują nabór i trening oraz koordynują nadal zbrojne grupy, infiltrujące granicę z Indiami – w niektórych przypadkach dzieje się to z widocznym udziałem wywiadu ISI.
Indyjska koalicja zwykła rządzić poprzez podejmowanie decyzji jednomyślnych, będących często wynikiem żmudnych dyskusji. A ponieważ wiele osób jest zaangażowanych w ten proces decyzyjny, informacje o tajnych nawet naradach i decyzjach szybko ,,wyciekają”. Jest jasne, że w oparciu o takie właśnie ,,przecieki” rząd USA doszedł do przekonania, że Indie istotnie przygotowują się do wojny. Dlatego administracja Busha wysłała do Delhi zastępcę sekretarza stanu Richarda Armitage i planuje wysłanie sekretarza obrony Donalda Rumsfelda. 
Ponieważ Indie i Pakistan od lat toczą swoją ograniczoną wojnę na „linii kontroli” – codziennie dochodzi do wymiany ognia przy użyciu broni maszynowej i moździerzy – kwestią obecnie dyskutowaną nie jest już prawdopodobieństwo wojny czy pokoju, ale raczej rozmiary i cel szerszej operacji militarnej, którą zaplanowały Indie. 
Istnieją powody, aby wierzyć, że indyjski plan operacji wojskowej jest podobny do planu niedawnej akcji „Ochronny Mur”, przeprowadzonej przez Izrael na Zachodnim Brzegu Jordanu. Celem indyjskiej operacji może być zbrojne zajęcie okręgu Muzaffarabad w pakistańskiej części regionu – który tworzy rodzaj quasi-państewka w północno-zachodnim Kaszmirze – aby zlikwidować tamtejszą ,,infrastrukturę terrorystyczną”, sponsorowaną przez Pakistan. Indie mogą znaleźć tam magazyny broni i innego sprzętu ,,treningowego”, samych bojowników, ich przywódców oraz ludzi ich szkolących. Aby pojmać jak najwięcej wrogów, Hindusi mogą zbombardować most, przecinając drogę biegnącą przez wąwóz rzeki Jehlum, oraz wysłać komandosów do działań za linią frontu. 
Równie istotne jest jednak i to, czego Indie nie uczynią – po to, aby nie przekroczyć „progu nuklearnego”. Nie zaatakują więc zapewne okręgu Mirpur w pakistańskim Kaszmirze, mimo że także tam znajdują się bazy terrorystów, gdyż okręg ten leży na drodze do stolicy – Islamabadu. Nie posuną się też w kierunku Lahaur, jednego z większych miast Pakistanu, które znajduje się w zasięgu wojsk stacjonujących w indyjskim Pendżabie. Indie nie zamierzają też zapewne zamknąć wroga w okrążeniu, ani nie zrzucą bomb na żadne miasto pakistańskie na tyłach przeciwnika. Jest też mało prawdopodobne, aby Indie użyły swojej marynarki wojennej (w której mają przewagę), w celu nałożenia morskiej blokady na Pakistan. 
Aby zapobiec takiemu atakowi, Musharraf i jego rzecznik ogłaszają ostatnio, że wojska pakistańskie nie ograniczą się do obrony lub do lokalnych przeciwuderzeń na obszarach, na które wtargną Indie, lecz będą też inicjować operacje ofensywne na terenach, które same wybiorą. To oczywiście otwiera niebezpieczną drogę ku eskalacji konfliktu: jeśli armia pakistańska przypuści ataki na skoncentrowane oddziały indyjskie, i jeśli starcia rozmieszczonych po obu stronach wojsk – liczących łącznie ok. milion żołnierzy – będą się rozszerzać, wówczas prędzej czy później któraś ze stron może doznać dotkliwych klęsk. A wówczas użycie jednej czy dwóch bomb atomowych, dla zapobieżenia ewentualnej porażce, staje się prawdopodobne. 


3 czerwca

Przełożył Mateusz Flak 

Edward N. Luttwak jest amerykańskim politologiem, doradcą w Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie; stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl