Doktor Jekyll i gospodin Hyde

Andrzej Łukowski z Moskwy 



W rosyjskich salonach politycznych modne są ostatnio donośnie brzmiące trąby, które z jednej strony zapewniają o przełomie w stosunkach z Zachodem i opiewają sukcesy umiłowanego przywódcy, a z drugiej skutecznie zagłuszają głosy niezadowolenia części klasy politycznej i sfrustrowanego społeczeństwa. 



Duża część opinii publicznej uważa otwarcie Władimira Putina na Zachód za przejaw uległości i dalszy ciąg zapoczątkowanej w latach 90. wyprzedaży rosyjskiego majątku, dumy narodowej i prestiżu. Po ulukrowanym szczycie Rosja–USA i koneserskim spotkaniu z przywódcami państw NATO, rosyjskie serca zabiły mocniej dopiero podczas potyczki z Unią Europejską, kiedy to prezydent Rosji pokazał pazur drapieżnika. Wypowiedziane przezeń w kategorycznym tonie żądania specjalnych praw dla mieszkańców obwodu kaliningradzkiego zyskały aplauz społeczeństwa. Skąd ta nagła przemiana w postawie rosyjskiego przywódcy, który wpierw głosi hasła jedności z cywilizacją Zachodu, a tydzień później sięga do środków rodem z sowieckiej tradycji dyplomatycznej?


Polityka wewnętrzna, czyli odrzut z eksportu

Trudno oprzeć się wrażeniu, że prezentowany podczas spotkania z amerykańskim prezydentem i przywódcami pozostałych państw NATO jowialny optymizm rosyjskiego lidera był przeznaczony dla zachodniej publiczności i prozachodniej części rosyjskiej klasy politycznej, natomiast ostre słowa w sporze z Unią Europejską o zasady traktowania obwodu kaliningradzkiego obliczone były na chłonny rynek krajowy, przyzwyczajony do kursu konfrontacji z Zachodem. Trudno też nie dostrzec zasadniczych sprzeczności pomiędzy uprawianą na użytek zewnętrzny polityką zbliżenia z Waszyngtonem w duchu postępu i liberalizmu, a oscylowaniem między autorytaryzmem, fasadowym reformatorstwem i odradzaniem wielkoruskich tendencji na scenie wewnętrznej. Wygląda to tak, jakby za te dwie dziedziny polityki odpowiedzialne były dwie różne osoby, które umiejętnie zamieniają się rolami zależnie od okoliczności. Doktor Jekyll ściska się z Zachodem na ulicy, a gospodin Hyde podbija bębenka nacjonalizmu w domu.
 
Na Zapad!

Obrany przez Putina kurs na Zachód to niewątpliwie wyraz pragmatyzmu myślenia politycznego i nadzieja na normalność. Bilans ostatnich dwóch katastrofalnych pod względem gospodarczym i intensywnych pod względem politycznym dekad nie pozostawia wątpliwości: Rosja przeżywa głęboki kryzys, który nie pozwala jej na rywalizację z Zachodem. Na przestrzeni lat utrzymywały się dwie niekorzystne dla Moskwy tendencje: nastąpił odpływ wykształconej siły fachowej i niekontrolowany wypływ kapitału za granicę. Z pustą kasą i przerzedzoną elitą umysłową Rosja nie ma szans na dokonanie skoku technologicznego, który pozwoliłby jej doszlusować do światowej czołówki i zaspokoić ciągle żywe ambicje mocarstwowe. Źródłem nowych technologii i przyjemnie pachnących pieniędzy może być obecnie tylko Zachód. Przypomnijmy, że na początku kadencji Władimir Putin próbował zmontować coś na kształt antyamerykańskiej osi: z pompą przyjmował przywódcę Korei Północnej, bratał się z Kubą, Libią, Iranem, bronił interesów Iraku. Jednak dość szybko zorientował się, że ten „tradycyjny” kierunek to przeżytek, a dobrze pojęty interes Rosji wymaga rezygnacji (choćby chwilowej) z ambicji prowadzenia samodzielnej polityki antyamerykańskiej. Znacznie bardziej opłaca się sprzymierzyć z niedawnym wrogiem, przymknąć oczy na jego „złe zamiary” (jak choćby wyjście USA z układu ABM, rozszerzenie NATO o kraje bałtyckie czy – po kryzysie wywołanym atakiem terrorystycznym na Nowy Jork – założenie amerykańskich baz w rosyjskiej strefie wpływów w Azji Centralnej).
Moskiewskie i petersburskie spotkanie prezydentów Rosji i USA oraz podpisanie układu o redukcji broni strategicznej było zatem logiczną konsekwencją wyznaczonej jeszcze przed 11 września 2001 roku prozachodniej, czysto pragmatycznej linii rosyjskiej polityki zagranicznej.

Trochę abstrakcji, dużo schodów

Zbliżenie z USA to doskonała zagrywka taktyczna w ogólnej strategii odbudowy prestiżu Rosji na arenie międzynarodowej.  Większość komentatorów za sukces rosyjsko-amerykańskiego szczytu i symptom ogólnej poprawy klimatu politycznego na świecie uznała podpisanie przez prezydentów obu państw układu o redukcji strategicznych potencjałów ofensywnych, który ustala pułapy redukcji głowic jądrowych w przedziale 1700–2200 do roku 2012. To rzeczywiście może być sukces, jeżeli porozumienie nie podzieli losów układu START II (podpisanego i propagandowo „otrąbionego” jako koniec zimnej wojny, a potem zapomnianego – na jego wprowadzenie w życie nie wystarczyło już ani pieniędzy, ani politycznej woli). Jeżeli... Ano właśnie, na razie wszystko wydaje się pływać w gęstym sosie abstrakcji. I dopóki pływa, dopóty przywódcy mogą zapewniać o woli przyjaźni i współpracy. Rosji szalenie zależy na stworzeniu wrażenia, że rozmawia z Ameryką jak równy z równym. Tymczasem rozsądniej byłoby mówić o partnerstwie asymetrycznym, bo w tandemie Moskwa–Waszyngton to nie Kreml jest rozgrywającym.
Jedno jest pewne: obie strony dokładają starań, aby ich stosunki uległy ociepleniu. Udaje się na to na razie w sferze intencji i deklaracji. Schody zaczynają się natomiast, gdy dochodzi do ustalenia konkretów – tych, które dzielą, i tych, w których ocenie partnerzy się różnią. Ale o nich niewiele mówiono na przekształconych w kabaretowe show konferencjach prasowych prezydentów. Podkreślano raczej osiągnięcia (choćby punkt w deklaracji o nowych stosunkach strategicznych między USA i Rosją o wspólnej odpowiedzialności za stabilizację Azji Centralnej i Kaukazu) niż sprzeczności (Waszyngtonowi nie udało się namówić Rosji do zawieszenia współpracy wojskowej z Iranem).
Z fazy mgławicy ciągle nie może wyłonić się dwustronna współpraca gospodarcza – obiecujące (zwłaszcza dla Rosji) oświadczenie o rozpoczęciu dialogu energetycznego natrafi na pewno na przeszkody, na które natrafiły wszystkie inne dotychczasowe projekty gospodarcze. Rosja nie została bowiem uznana za państwo o gospodarce rynkowej (zatem wobec jej produktów można stosować procedury antydumpingowe), nie została zniesiona poprawka Jacksona-Vanika (bez której Rosja nie może uzyskać stałej klauzuli największego uprzywilejowania), amerykańscy inwestorzy nie pchają się na rosyjski rynek przestraszeni nieadekwatnym ustawodawstwem, które nie daje im żadnych gwarancji. I tak dalej.

NATO naszym przyjacielem jest

Kilka dni po szczycie Rosja–USA prezydenci spotkali się ponownie – tym razem we Włoszech, by podpisać dokumenty regulujące nową formułę współpracy między NATO a Moskwą. „Dostawienie dwudziestego krzesła” do stołu obrad natowskiej Dziewiętnastki to śmiałe posunięcie zarówno dla jednej, jak i drugiej strony.
W Rosji nie brakuje sceptyków, którzy głoszą, że NATO chce w ten sposób zaspokoić swoje apetyty i nie tylko ostatecznie wchłonąć Rosję do strefy swoich wpływów, ale w ogóle pozbawić ją samodzielności. W łonie Sojuszu natomiast odzywają się obawy, że Moskwa zechce wykorzystać swoje nowe miejsce, by rozsadzić NATO od środka. W koncepcjach polityki zagranicznej Rosji, realizowanych z różnym skutkiem od początku lat 90., czerwoną nicią przewijał się motyw przekształcenia OBWE w strukturę, która stałaby na straży bezpieczeństwa na kontynencie europejskim (zwłaszcza w sytuacji powstania pewnej próżni bezpieczeństwa po rozwiązaniu Układu Warszawskiego). W ten sposób próbowano przeciwstawić się idei przyjęcia do NATO nowych członków spośród państw Europy Środkowej. Obecnie przedstawiciele Rosji wiele mówią o tym, że dziś – po przystąpieniu Rosji do koalicji antyterrorystycznej i zbliżeniu ze Stanami Zjednoczonymi – istnienie Sojuszu jako bloku wojskowego nie ma sensu i nadszedł czas, by NATO stało się forum dyskursu politycznego o problemach bezpieczeństwa. 
Abstrahując od absurdalności tej propozycji, warto zwrócić uwagę na trzy inne aspekty nowego układu pomiędzy Rosją a Sojuszem. 
Po pierwsze, ważne jest to, że Rosja rozmawia z NATO – nie wali tępo pięścią w stół, nie zamraża stosunków z Sojuszem, ale rozmawia. Teraz ważne jest, aby obie strony tego dialogu mogły się ze sobą porozumieć. Rosja krytykowana jest na Zachodzie za to, że nie potrafi stosować cywilizowanych standardów nie tylko w polityce wewnętrznej (cyniczna wojna w Czeczenii, gnębienie niezależnych mediów, korupcja etc.), ale także zagranicznej, nadal domagając się w iście sowieckim stylu specjalnego traktowania i próbując kopać dołki pod swoimi nowymi partnerami. Proces uświadamiania, że w salonie nie wyciera się nosa w firankę, może potrwać jeszcze długo. Ale dobrze, że się zaczął. Musi jednak niepokoić to, że już na wstępie rysują się znaczne rozbieżności w traktowaniu „Komitetu-20” przez rzeczywistych członków Sojuszu i „członka korespondenta”, jak dowcipnie określa Rosję rodzima prasa. Oficjalni przedstawiciele rosyjskiego MSZ mówią na przykład głośno, że „Komitet-20” wcale nie musi zostać poszerzony o nowo przyjętych członków, a nowe ciało z udziałem Rosji uznają za doskonalszą formę ewolucyjną przestarzałych struktur „starego” Sojuszu. 
Po drugie, zawarte w podpisanej formule ograniczenia udziału Rosji w pracach Sojuszu (najważniejsze z nich: nie udzielono Rosji prawa weta, wyznaczono konkretne obszary współpracy) to nie tylko zabezpieczenie przed ewentualnymi działaniami destrukcyjnymi, ale także podkreślenie, że Rosja nie jest członkiem NATO i nie będzie nim, o ile nawet w odległej perspektywie nie zreformuje swojej rozpadającej się armii.
Po trzecie, podpisany papier będzie niczym, jeżeli nie będzie realizowany. Moskwa zawarła już przecież w poprzednich latach stosowne porozumienie o współpracy z Sojuszem – jednak nigdy nie zdołała w pełni wykorzystać stworzonych możliwości. Wbrew pozorom nowa formuła – jeżeli zdjąć warstwę propagandowej wazeliny – niewiele powiększa zakres możliwej współpracy w stosunku do Stałej Wspólnej Rady Rosja–NATO (PJC), która powstała po zatwierdzeniu Aktu Stanowiącego z 1997 r. Rada okazała się instrumentem nieprzydatnym, a raczej nieumiejętnie obsługiwanym. To nie partytura była źle napisana, ale muzykanci nie potrafili – lub nie chcieli – grać na tym instrumencie. Czy teraz będzie lepiej?
Okaże się to być może niedługo. Jesienią w Pradze do Sojuszu mają zostać zaproszone nowe państwa, wśród nich – kraje bałtyckie. Rosyjska dyplomacja nadal mówi o tym, jak o narodowej tragedii. Prezydent Putin w zeszłym roku w Brukseli stwierdził wprawdzie, że przyjęcie nowych członków tragedią nie jest i nie zagraża bezpieczeństwu Rosji, ale wobec mocnego nacisku kręgów wojskowych i dyplomatycznych, a także opinii publicznej może ostentacyjnie nie przyjechać do Pragi. Należałoby życzyć sobie, by przyjechał, by oparł się słodkiej pokusie kolejnego przeistoczenia i pozostał dążącym do faktycznego partnerstwa z Zachodem doktorem Jekyllem, a nie schlebiającym wstecznym gustom panem Hyde’em.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl