LISTY





Polonizacja zamiast przesiedlenia

 

„Ich wysiedlenie (Niemców) było koniecznością, mniejszym złem, innego wyjścia nie było” – pisze Janusz Jasiński („Centrum krzywd” w „TP” nr 22/2002). Na przełomie lat 1943/44, w okupowanej Warszawie, temat ludności niemieckiej wnikliwie analizowano na moim, niskim szczeblu, Polski Podziemnej. Byłem słuchaczem II roku Instytutu Morskiego przy tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich (czyli Uniwersytecie Adama Mickiewicza z Poznania na emigracji w Warszawie) oraz członkiem Zgrupowania Żuławy, wydziału morskiego Komendy Głównej Armii Krajowej.
Kilkunastu studentów Instytutu Morskiego przygotowywało ekipę do objęcia administracji morskiej, która miała wejść na Wybrzeże wraz z wyzwalającymi wojskami. W ramach tzw. białego wywiadu studiowaliśmy dostępne materiały: mapy, atlasy, informatory, przygotowując się do objęcia portów polską administracją. Często dyskutowaliśmy wówczas o kwestii ludności niemieckiej w Gdańsku, Królewcu, czy Szczecinie. Rzecz jasna, zakładaliśmy warunki Polski suwerennej i liberalnej. Może teraz wydaje się to naiwne, ale na podstawie doświadczenia polonizacji Bydgoszczy, Grudziądza, Śląska po 1920 r. zakładaliśmy, że gdyby nie decyzja Lloyda George'a [o utworzeniu Wolnego Miasta Gdańska – red.] i Gdańsk byłby inny. Myśleliśmy też (może znowu naiwnie, znając efekty konferencji Trzech w Teheranie w 1943 r.), że mamy szansę na humanitarną, stopniową i wielotorową polonizację, bez siłowego przesiedlenia. Ale że Stalin sponsorował rząd w Polsce, więc było inaczej!


Zbigniew Byszewski
(Chelsea, Kanada)





Czy warto spierać się z koniem?

Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł Michała Kłaczyńskiego o polskiej adwokaturze („TP” nr 20/2002). Na przykładzie wpisu na listę aplikantów radcowskich warto rozwinąć, sygnalizowany przez autora, wątek odwołania się do sądu przez tych, którym zależy na zmianie uchwały samorządu prawniczego. 
Konkurs, poprzedzający przyjęcie na aplikację, przeprowadzają organy samorządu pierwszej instancji rady okręgowych izb radców prawnych. Na podstawie wyników konkursu uchwala się wpis lub odmowę wpisu na listę aplikantów. Odrzuconym przysługuje prawo odwołania się do drugiej instancji – Krajowej Rady Radców Prawnych, a gdy Rada utrzyma w mocy uchwałę – złożenie skargi do NSA. W środowisku aplikantów i osób ubiegających się o przyjęcie na aplikację panuje jednak przekonanie, że ta droga skazana jest na niepowodzenie. Więcej – przekreśla szanse uzyskania prawa do wykonywania zawodu. „Z nimi NIKT nie wygra” – taką opinię można prywatnie usłyszeć, także z ust prawników starszego pokolenia, członków tychże korporacji. 
Wyrok NSA, uchylający decyzję organu administracji, nie zastępuje rozstrzygnięcia. Konieczne jest wydanie nowej, uwzględniającej wskazania zawarte w wyroku. W ostatnich latach organy korporacji prawniczych nagminnie ignorują orzecznictwo NSA w sprawach związanych z dostępem do aplikacji. Wyroki, uchylające wcześniejsze uchwały, nie wpływają na treść następnych. W niektórych przypadkach organy samorządu radcowskiego, po otrzymaniu odpisu wyroku uchylającego, nie podejmują żadnych działań, uznając – wbrew elementarnym zasadom postępowania administracyjnego – że wyrok NSA kończy postępowanie w danej sprawie. W innych przypadkach „nowa uchwała” jest bezprawnym rozstrzygnięciem, obejmującym zwrot kosztów zakwestionowanego przez NSA postępowania konkursowego oraz szydercze „dopuszczenie do konkursu w roku następnym”. Postępowanie sądowe, biorąc pod uwagę przeciążenie NSA, może toczyć się wiele miesięcy, a organom korporacji przysługują kilkumiesięczne terminy na podjęcie uchwał. W żadnej z kilkunastu znanych mi spraw, korzystny dla skarżącego wyrok NSA nie doprowadził do zmiany decyzji samorządu w sprawie przyjęcia na aplikację.
W trakcie zorganizowanej niedawno przez Fundację Batorego i „TP” konferencji „Zawody prawnicze – kryzys zaufania publicznego”, pan Andrzej Kalwas – prezes Krajowej Rady Radców Prawnych, mówiąc o osobach występujących przeciwko korporacjom odwołał się do metafory nierównej walki człowieka z koniem. „Nie można kopać się z koniem” – stwierdził pan prezes, dodając od razu, że choć dystansuje się od poglądu, który wyraża to porównanie, są i tacy, którzy uważają je za prawdziwe. Istotnie, prowadzenie sporu z koniem ma sens ograniczony. Nadzieje na rozwiązanie problemu społecznego, który poruszył artykuł pana Kłaczyńskiego, wiązać należy raczej z presją opinii publicznej, której wyrazem powinny być przemyślane działania ustawodawcy na nowo kształtujące dostęp do zawodów prawniczych.


WOJCIECH ODROWĄŻ-SYPNIEWSKI
(Warszawa)





Oburzająca bezkarność

Nie jestem prawnikiem ani osobą, która byłaby zainteresowana tym, co dzieje się w środowisku prawniczym. Zabieram głos, ponieważ poruszył mnie list Adama Płocińskiego („Jak korporacja łamie prawo” w „TP” nr 22/2002; „Listy o adwokaturze” publikowaliśmy także w „TP” nr 23/2002), skarżący się na brak możliwości wykonywania zawodu notariusza. Dowiedziałem się, że od kilku lat, pomimo wyroków NSA, które zobowiązują samorząd notarialny do określonego działania, ten świadomie ich nie wykonuje. Dlaczego w XXI wieku, w Polsce, gdzie tak wiele mówi się o przestrzeganiu praw człowieka, wolności obywatelskich, spełnianiu wymogów UE, nie przestrzega się standardów demokratycznego państwa prawa? Stwierdzenia Lecha Ławrowskiego, dziekana Okręgowej Rady Adwokackiej w Krakowie (list „Niesprawiedliwe osądy” w tym samym numerze), że „od uchwały istnieje system odwoławczy; ostatecznie uchwała podlega kontroli NSA” wydają się w tej sytuacji banalne. Postępowanie odwoławcze służy jedynie samorządom prawniczym do uwiarygodnienia się w oczach opinii publicznej, bo nie jest to gwarancja prawa do sądu dla obywatela. Nie rozumiem bierności osób odpowiedzialnych za ten stan: ministra sprawiedliwości, Rzecznika Praw Obywatelskich oraz innych stróżów praworządności i sprawiedliwości w Polsce.
Kontestowanie przez samorząd prawniczy orzeczeń sądowych jest zapewne jedynie wierzchołkiem góry lodowej, potwierdzeniem, że w Polsce można świadomie i bezkarnie naruszać porządek prawny. To symptom anarchizacji życia społecznego i braku przyzwoitości, który dotknął także środowiska prawnicze. Orzeczeniom sądowym nie podporządkowali się przecież prawnicy zasiadający we władzach korporacji zrzeszającej „osoby zaufania publicznego”. Sytuacja opisana w liście potwierdza konieczność reformy systemu prawnego w Polsce (także systemu przyjmowania na aplikację), aby żadna grupa społeczna nie przedkładała partykularnych interesów nad dobro publiczne.


KRZYSZTOF KUBASIAK
(Kraków)




Samorząd i układy

List adwokata Lecha Ławrowskiego zakłada, że jego adresat jest naiwny. System doboru osób z odpowiednimi predyspozycjami, opisany przez pana mecenasa, najwyraźniej niewłaściwie funkcjonuje skoro przeciwko adwokatom toczą się sprawy karne związane z łapówkarstwem i paserstwem, a pociągnięcie do odpowiedzialności dyscyplinarnej adwokata naruszającego interesy klientów jest prawie niemożliwe. Przeszkodą są układy towarzyskie i źle pojęta solidarność zawodowa. Czy to możliwe, żeby Izba Notarialna bezkarnie odmawiała wykonania wyroku NSA, ponieważ z nim się nie zgadza? Dlaczego w takim razie obywatele nie mieliby prawa odrzucić wyrok sądu karnego i nie pójść do więzienia na 10 lat za przestępstwa gospodarcze? 
Samorząd zawodowy adwokatów, wbrew temu co pisze pan Ławrowski, nie ma uprawnień wyboru osób do wykonywania zawodu. Art. 17 konstytucji RP stanowi jedynie, że samorząd sprawuje pieczę nad należytym wykonywaniem prawniczych profesji. Jeżeli opieka dotyczy szkolenia aplikantów adwokackich, lepszym rozwiązaniem byłaby konkurencja ośrodków szkoleniowych niż ich scentralizowanie połączone z ograniczeniem liczby osób uczących się. Z istnienia opieki samorządu zawodowego wynika też, że osoby pozostające poza jej zinstytucjonalizowanym systemem, są pozbawione praw do wykonywania zawodu, co dotyczy 4/5 absolwentów prawa. Co prawda opieka samorządu zawodowego istnieje, np. we Francji i Wielkiej Brytanii, ale tam nie było reżimów instrumentalnie traktujących prawo, jak to miało i niestety nadal ma miejsce w Polsce. 
Nie znam powodu, aby godzić się na sytuację, w której sędzia po 20 latach pracy zarabia 4 tys. zł, a adwokat z 3-letnim doświadczeniem – 20 tys. zł. Nie można też zapominać, że nadmiar przeszkód w budowaniu kariery zawodowej godzi w życie prywatne prawników. Brak możliwości założenia rodziny i jej utrzymania to przyczyny klęski osobistej oraz frustracji wielu prawników, zarówno pracujących, jak nie pracujących w zawodzie.


ANDRZEJ KRÓLIKOWSKI
(doradca podatkowy, Warszawa)





Nie sądzę

 Gratuluję Józefie Hennelowej znakomitego felietonu „Panie ministrze, panie pośle...” („TP” nr 23/2002). Nie sadzę jednak, że adresat jest wirtualny. To przecież cały obecny rząd z premierem Leszkiem Millerem na czele. Jedno jest pewne: rządzą, jakby żyli w wirtualnym świecie a obywatele byli niepotrzebnym dodatkiem.

ZYGMUNT KOLENDA
(Kraków)






LISTY – prośba o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl