16 czerwca Jan Paweł II kanonizuje ojca Pio


Mistyka i pop-kultura

Wojciech Kudyba



Choć żył w ukryciu, stał się jedną z najbardziej znanych postaci współczesnego Kościoła. Jest bohaterem fotograficznych albumów, filmów, jego charakterystyczna sylwetka zdobi okładki tysięcy książek (których łączny nakład sięga dziś kilku milionów egzemplarzy), spogląda z obrazków, figur, pomników, bilboardów. Za niewielkie pieniądze można kupić breloczek do kluczy z wizerunkiem Padre Pio, kubek, talerzyk, nocną lampkę. Z roku na rok kapucyni z San Giovanni Rotondo coraz częściej musieli tłumaczyć ekipom dziennikarzy, że zbolały i zmęczony brat Pio nie jest hollywoodzką gwiazdą. Rozpalony wzrok tłumów mówił co innego. Jeszcze za swego życia Padre stał się w jakiejś mierze produktem kultury masowej. Wiedział o tym. Nie mógł nie słyszeć głosów sprzedawców na dziedzińcu klasztornym. – „Kto chce kupić ojca Pio? – Dwa liry?”. Bracia kapucyni notują, iż któregoś dnia uśmiechnął się i patrząc na krucyfiks powiedział ściszonym głosem: „Jezu wybacz nam! Jak wielka jest różnica między mną a Tobą: Ty zostałeś sprzedany, a mnie kupują!”
 
Spektakularne nawrócenia

Być może nie mogło być inaczej. Jego postać wychodziła naprzeciw jednej z najistotniejszych potrzeb pop-kultury – potrzeby cudowności i sensacji. Nawet najbardziej sceptyczna i rygorystyczna biografia Błogosławionego nie może pominąć pewnych zdumiewających faktów. Nie chodzi tylko o stygmaty. Zdarza się, że Padre miewa tak wysoką gorączkę, iż pękają termometry. Bywa, że rozumie treść tekstu pisanego w nieznanym mu języku. Istnieją świadectwa dotyczące bilokacji. Z roku na rok coraz więcej ludzi prosi Ojca Pio o modlitwę w rozmaitych intencjach, zdarza się bowiem, że właśnie po jego modlitwach stan wielu chorych poprawia się, a niektórzy doznają całkowitego uzdrowienia. Stopniowo mury kościółka w San Giovanni Rotondo stają się niemymi świadkami nieoczekiwanych, spektakularnych nawróceń: wśród tych, którzy tu właśnie dostąpili łaski wiary są masoni, bogate i wpływowe damy, gwiazdy ekranu, estrady, pisarze, lekarze, naukowcy. Być może jedną z największych tajemnic ojca Pio jest właśnie ta: ów szorstki, choć nie pozbawiony humoru mnich przemieniał serca klerków. Dla wielu stał się duchowym przewodnikiem... 
Dotykamy tu jednego z mniej znanych aspektów jego działalności. Ojciec Pio pełnił stałą duchową opiekę nad kilkudziesięcioma osobami. W latach 1910–1922 – zatem do dnia, w którym, posłuszny wobec dekretu Świętego Oficjum, przerwał wszelką korespondencję – pisał do swoich podopiecznych wzruszające i mądre listy. Epistolario – które wciąż czeka na dobre polskie tłumaczenie – obejmuje niemal pięć tysięcy stron i odsłania zupełnie inny obraz stygmatyka, niż ten, do którego przywykliśmy. Tu mógł być naprawdę sobą. Z dala od fleszy i tłumu ciekawskich, w pięknym stylu pisał nie tylko o swych niezwykłych doświadczeniach mistycznych, ale też o poczuciu opuszczenia i samotności, o wątpliwościach i lękach, o duchowej walce. A przy tym pocieszał, doradzał, podnosił na duchu, wskazywał drogę do wewnętrznego spokoju, zalecał wyciszenie, medytację. Swoją rolę pojmował właśnie jako ductio – prowadzenie, antycypując w jakiś sposób współczesne poszukiwania modelu kapłana – duchowego mistrza.

Walka o dusze

Po 1935 r. rolę tę wypełnia przede wszystkim w konfesjonale. Spowiada od rana do wieczora. Bracia wprowadzają rygorystyczny system rezerwacji, by umożliwić wszystkim przystąpienie do sakramentu, stąd też możliwe są precyzyjne obliczenia. Padre spowiada rocznie ok. 15000 kobiet i ok.10000 mężczyzn. Oznacza to, że w ciągu 52 lat swej kapłańskiej posługi wyspowiadał ok. 780 000 kobiet i 520000 mężczyzn. Choć nowsze, poważniejsze opracowania rzucają wiele nowego światła na tajemnicę jego osobliwej pedagogii, niepodobna zaprzeczyć: był szorstki i wybuchowy. Współbraciom kapucynom zalecał cierpliwość i wyrozumiałość wobec penitentów, sam jednak bywał gwałtowny, zdarzało się, że nie udzielał rozgrzeszenia. Ojciec Tarcisio opowiada, jak któregoś dnia ojciec Pio odmówił spowiedzi jednemu z proszących, mówiąc: „Idź, uporządkuj swoje sprawy, zmień życie, a potem przyjdź, to cię wyspowiadam”. Zapytany, czy nie niepokoi się o los owego człowieka, miał odpowiedzieć: „Synu mój, tutaj tylko strona zewnętrzna przyjęła inną formę. Wnętrze nic a nic się nie poruszyło. Poza tym, gdybyś wiedział, jak cierpi moje serce, zanim sprawię przykrość jakiemuś bratu! Ale jeżeli nie zrobię tak, nie nawrócą się do Boga” (cyt. za: „Przesłanie Ojca Pio z Pietrelciny dla ludzi naszych czasów”, Kraków 1999, s.91). Chciał, by spowiedź traktowano serio – jako początek nowej drogi życiowej, jako uznanie własnej słabości, które otwiera nas na działanie przebaczającej Miłości Boga. Trudno nie dostrzec w tym wszystkim wyzwania rzuconego naszym czasom – naznaczonym procesami zanikania poczucia winy i kryzysem sakramentu pokuty...
Choć zatem – zwłaszcza w upowszechnianym wizerunku – Padre Pio wydaje się postacią z głębi średniowiecza, nie można go zrozumieć bez wiedzy o zasadniczych dla XX wieku procesach. Dopiero na ich tle zaczynamy pojmować sens znaków, które nosił na swym ciele. W epoce głoszącej śmierć Boga lub przynajmniej niedostępność Jezusa – który miał się okazać wyłącznie projekcją świadomości, „Chrystusem wiary” – w czasach New Age, gdy niektórzy dostrzegają w postaci Syna Bożego kolejną wersję mitu solarnego, stygmaty Błogosławionego kapucyna na powrót kierują wzrok ku historycznej postaci umęczonego Jezusa, na nowo czynią ją w jakiś sposób „widzialną”, bliską. Wobec wciąż ponawianych pytań o tożsamość kapłana czy też po prostu o tożsamość chrześcijanina, rany ojca Pio wskazują wyraźny kierunek możliwych odpowiedzi. Kapłan (a może każdy chrześcijanin?) jest w jakimś sensie żywą ikoną Wcielonego Boga. „A jeśli wcale / nie miałeś pisać wierszy? / Jeśli jak Ojciec Pio / miałeś być żywą metaforą Chrystusa?” – pyta w jednym ze swych ostatnich wierszy Zbigniew Jankowski. Przypomina się tęsknota Czesława Miłosza z wiersza Veni Creator – pragnienie spotkania człowieka, który mógłby stać się dla nas znakiem Boga.
 
Stygmaty to nie ordery

Uderzała też jego posługa ołtarza. W zapiskach kapłanów, którzy byli świadkami sprawowanej przezeń Eucharystii, powtarza się znamienne zapewnienie: „już nigdy nie będę odprawiał Mszy Świętej tak, jak dawniej...”. Nie chodziło tylko o to, że Padre celebrował słowa, gesty i Eucharystia mocno się przedłużała, ale o wyczuwalną atmosferę skupionej adoracji Wcielonego Boga, podobną do tej, która towarzyszy dziś liturgii Wspólnot Jerozolimskich i wielu innych awangardowych ruchów chrześcijaństwa. Msza była dla stygmatyka mistycznym zjednoczeniem z Paschalnym Jezusem. Duchowość ojca Pio jest przede wszystkim duchowością eucharystyczną, niosącą jakiś rodzaj odpowiedzi wobec współczesnych pytań o sens daru i ofiary. „To nie są ordery” – mówił o swych ranach. Właśnie dlatego, że bolały, mogły być czymś innym: mogły mówić o tym, że istnieje miłość zdolna do ofiary, zdolna do oddania za kogoś życia. I że tak naprawdę tylko ona zwycięża.

Prekursor medycyny integralnej

Stary, trapiony nieustannymi chorobami, zdumiewa rozmachem pomysłów i inicjatyw. Powołuje do życia Grupy Modlitewne, które z czasem staną się ośrodkiem duchowego odrodzenia dla wielu świeckich chrześcijan, zajmą się działalnością charytatywną, będą wspierały rozmaite duszpasterskie inicjatywy Kościoła. Nadzoruje budowę szpitala, który dziś jest polikliniką oferującą 1200 łóżek w 60-ciu oddziałach. Był w jakimś sensie prekursorem współczesnej medycyny integralnej – leczącej nie tylko fizyczne, ale i duchowe choroby ludzkie. To dlatego klinikę nazwał domem. Jej pracownikom zostawił niezwykły testament: „Jesteście lekarzami i posiadacie misję leczenia chorych. Jeśli jednak do łoża chorego nie przyniesiecie miłości, wasze lekarstwa nie na wiele się zdadzą” (cyt za: „Błogosławiony Ojciec Pio z Pietrelciny, Żywy obraz Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego”, tłum. o. G. Majka, Kraków 2000, s. 113). Wydaje się, że znak, jakim jest dla naszej epoki, wciąż jeszcze czeka na odczytanie.

Wojciech Kudyba (ur. 1965 r.) jest doktorem nauk humanistycznych KUL, pracuje jako wykładowca w Podhalańskiej Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Nowym Targu. Mieszka w Nowym Sączu. Publikował m.in. w miesięcznikach: „W drodze” i „Znak”. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl