Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Tydzień z „Samoobroną”

Tadeusz Jagodziński z Londynu Złoty jubileusz elżbietański

Jacek Kubiak z Francji Francja: klucz i bat

 

 




  
Tydzień z „Samoobroną”

Najpierw poseł Lepper z towarzyszami w świetle kamer zniszczył cudzą własność, rozbijając transport zboża. Policja nie potrafiła temu zapobiec. Potem parlamentarzyści z „Samoobrony” – też przed kamerami – próbowali sabotować prace Sejmu. Nie używali przy tym dopuszczalnych procedurą forteli (jak kiedyś poseł Manicki z SLD, który stosami poprawek i poprawek do poprawek chciał zablokować reformę podatków rządu Buzka), ale zastosowali na Wiejskiej sprawdzone już – choćby podczas blokady drogi pod Mławą – chwyty. 
Lista odpowiedzialnych za to, że Lepper i kompani mogą w najlepsze robić, co robią, jest długa. Są na niej politycy, którzy zapraszali Leppera na salony (m.in. sam prezydent) lub nawet widzieli w nim partnera politycznego (takie kalkulacje snuło SLD i premier Miller, dziś pozujący na ,,twardziela” wobec drużyny Leppera). I tacy, którzy wprowadzili do polskiej polityki demagogię i ideologiczną argumentację (jak widzące teraz w Lepperze głównego przeciwnika PSL albo Liga Polskich Rodzin). Są na tej liście także ci publicyści i kaznodzieje, którzy zło widzieli w wolnym rynku, w państwie prawa oraz w takich postaciach jak Balcerowicz, Mazowiecki czy Kwaśniewski – a nie w populizmie i anarchii, symbolizowanych przez Leppera, Hojarską czy Wrzodaka. Są dziennikarze, którzy zapraszają Leppara do swoich programów czy na swoje łamy i udzielają mu tam trybuny – bo albo nie chcą kontrować wygłaszanych przez niego bredni, albo, z braku wiedzy i przygotowania, nie potrafią tego robić.
Lecz największą winę ponosi wymiar sprawiedliwości. Dowódcy policji, którzy bali się interweniować podczas burd organizowanych przez „Samoobronę”. Prokuratorzy, którzy nie kwapili się ścigać uczestników nielegalnych akcji. Sędziowie, którzy tolerowali kpiny z sądu, urządzane przez aktywistów tego ugrupowania, wydawali w ich sprawach śmieszne wyroki bądź nie potrafili egzekwować werdyktów. Wreszcie adwokaci, którzy niezgodnie z etyką zawodu pomagali klientom w ośmieszaniu prawa. 
Dziś zaczynają pojawić się pomysły delegalizacji „Samoobrony” jako partii naruszającej ład konstytucyjny. Byłby to tragiczny sygnał kondycji III RP – w demokracji krok taki to ostateczność. Polskie prawo zna ciągle inne instrumenty przeciwko „Samoobronie”. Wystarczy wreszcie ich użyć. Przykład dał wicemarszałek Tusk.

Krzysztof Burnetko







Złoty jubileusz elżbietański

Czy w XXI wieku monarchia jest przeżytkiem? Jeszcze kilkanaście miesięcy temu co trzeci Brytyjczyk skłonny był odpowiedzieć twierdząco i to z emfazą. Ale w czasach regularnie ponawianych sondaży łaska bądź niełaska opinii jest chwiejna. Huczne obchody 50-lecia panowania Elżbiety II dowiodły, że wyspiarski model monarchii konstytucyjnej miewa się nieźle. Liczba zdecydowanych przeciwników korony spadła do ok. 12% i choć milionami ludzi, którzy wylegli na ulice, by wziąć udział w rocznicowych festynach, mogła kierować zwyczajna chęć zabawy (do której każda okazja się nadaje), to w zgodnej opinii obserwatorów przywiązanie do monarchini po raz kolejny wzięło górę. 
W oczach brytyjskiej większości królowa symbolizuje i ucieleśnia historyczną ciągłość, szacunek dla tradycji i nienajłatwiejszą przecież państwową jedność Anglików, Szkotów, Walijczyków i Irlandczyków z Ulsteru. Zmieniali się szefowie rządów (pierwszym premierem Elżbiety II był Churchill...), ale każdy regularnie konsultował się z pałacem Buckingham w sprawach państwowych. 
Rodzina Windsorów pod jej panowaniem przetrwała burze lat 90.; skandale i książęce rozwody, śmierć Diany, ingerencje mediów w prywatność, wreszcie próby reformowania dworskiego image’u. Przyszłość zapewne przyniesie kolejne – m.in. znaczący odsetek poddanych życzyłby sobie zmiany reguł finansowania rodziny królewskiej (czytaj: odciążenia podatników), ale zważywszy na jubileuszowe nastroje żadne ugrupowanie polityczne nie odważy się podnieść tej kwestii na forum parlamentu. Dyskusje na temat systemowych plusów i minusów monarchii ograniczą się więc na Wyspach do medialnych sporów (republikańska mniejszość nie jest bynajmniej milczącą), a tymczasem większości pozostaje przekonanie, że „druga era elżbietańska” jeszcze się nie skończyła. Bo królowa wyraźnie dała do zrozumienia, że abdykować ani myśli. 


Tadeusz Jagodziński z Londynu 







Francja: klucz i bat

Sukces Jean-Marie Le Pena w wyborach prezydenckich przed siedmioma tygodniami, gdy kandydat ekstremalnej prawicy uplasował się na drugiej pozycji w wyścigu do fotela prezydenckiego, okazał się wypadkiem przy pracy. W minioną niedzielę w pierwszej turze wyborów parlamentarnych Front Narodowy Le Pena został odesłany przez wyborców na stare pozycje z wynikiem 11 proc. głosów. Sukces odniosła umiarkowana prawica prezydenta Jacquesa Chiraka i jeśli wyniki pierwszej rundy potwierdzą się w drugiej (16 czerwca), nowa partia prezydencka będzie miała absolutną większość w parlamencie. 
Rekordowo niska frekwencja i tradycyjne już rozdrobnienie głosów spowodowały, że większość kandydatów Frontu Narodowego zostało wyeliminowanych już na starcie. Wybierając kandydatów prawicy i sankcjonując kandydatów lewicy, Francuzi opowiedzieli się przeciw nowej kohabitacji. Socjaliści utrzymali stan posiadania (ok. 26 proc. głosów), ale Komunistyczna Partia Francji zebrała tylko 4,5 proc. głosów, tyle samo co zieloni. Głównymi twórcami sukcesu wyborczego są były premier Alain Juppe, który zjednoczył prawicę w nowej partii prezydenckiej UMP, i mianowany przed miesiącem premier Jean-Pierre Raffarin. 
Propozycja prawicy to umiarkowany, proeuropejski liberalizm z akcentami na troskę o stan bezpieczeństwa obywateli w polityce wewnętrznej i, niestety, kilkoma populistycznymi obietnicami np. obniżka podatków z równoczesnym
zwiększeniem wydatków na policję, opiekę społeczną i edukację. Realizacja
tego programu nie będzie łatwa, a czas nagli. 
Społeczeństwo zaś dało klasie politycznej nauczkę w wyborach prezydenckich, a dziś jako asa w rękawie trzyma Le Pena i jego Front Narodowy. Będzie mogło go znów użyć w wyborach regionalnych w roku 2004. Prawica ma więc w rękach klucz do przyszłości Francji, a obywatele bat w postaci ekstremalnej prawicy. To sytuacja o wiele bardziej komfortowa niż przed wyborami, gdy to bat dzierżył Le Pen.


Jacek Kubiak (Francja)

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl