Indie są wielkie. I Pakistan też.

Artur Klimaszewski z pogranicza indyjsko-pakistańskiego




Cisza nie trwała długo: Hindusi i Pakistańczycy znowu gromadzą wojska wzdłuż liczącej półtora tysiąca kilometrów granicy, w obu krajach rozkręca się propaganda wojenna, a zabiegi dyplomatyczne świata, w tym Rosjan i Amerykanów, nie przynoszą efektu. A przecież kiedy w grudniu ubiegłego roku islamskie bojówki zaatakowały parlament w Delhi, Indie i Pakistan po raz kolejny stanęły na krawędzi wojny, tym razem atomowej, to dzięki zabiegom dyplomatycznym udało się zapobiec konfrontacji. Jak widać, na krótko.



Delhi, pół roku po tamtym ataku. Kluczowe punkty miasta chronione są przez posterunki policji i wojska, obłożone workami z piaskiem. Znużeni upałem żołnierze drzemią, oparci o pistolety maszynowe lub stare karabiny; niektórzy zamiast porządnych butów noszą chińskie tenisówki. 
W jednym z licznych w Delhi kompleksów świątynnych odbywa się święto jednego z bóstw hinduskiego panteonu, szacowanego na 330 milionów bogów i bogiń. W cieniu 20-metrowego posągu Hanumana, przywódcy armii małp z eposu Ramajana, rozłożył się kolejny posterunek. Widząc zbliżającą się taksówkę (większość pojazdów stanowią tutaj riksze i rowery), żołnierze ożywiają się i zatrzymują nas. Nie spodziewali się Europejczyka, zaczynają przepraszać, lecz gdy widzą aparat – chyba głównie po to, aby zachować twarz – wskazują na posterunki i z poważną miną mówią: „no pictures”. I chowają się za workami, dającymi namiastkę bezpieczeństwa. 
Przed świątynią tłum: setki ludzi, obwieszonych wieńcami kwiatów i ofiarnymi owocami, tłoczy się przed wejściem. Przyczyną jest kontrola, której poddawani są wszyscy wchodzący. Policjant w asyście żołnierza zagląda do każdej torby, później trzeba jeszcze przejść przez archaiczne drewniane bramki, wykrywacze metalu. 
Zbliża się moja kolej. Policjant nie bardzo wie, jak zareagować, więc sam otwieram torbę. Potem zdziwiony przechodzę przez bramkę – mimo że mam ze sobą mnóstwo metalowych przedmiotów, wykrywacz nie wydaje żadnego dźwięku. Okazuje się, że bramka nie działa i pełni raczej funkcję rekwizytu, podkreślającego powagę sytuacji. 
W świątyni tłum zmierza ku kaplicom, gdzie składane są dary. Między ludźmi przeciskają się patrole, złożone z policjantek. Jedna przysiada się i próbuje rozmawiać łamanym angielskim. Tłumaczy, że obecność policji w świątyni to przez napięcie z Pakistanem: muzułmanie mogą dokonać zamachu na hindusów. Policjantka podkreśla z przekonaniem: „Wszystko będzie OK, bo to my mamy rację”. Zapewne po drugiej stronie granicy mówią to samo.

„ONI NAS NIENAWIDZĄ”

Agra, dwie godziny jazdy pociągiem od Delhi, słynie z jednego z najwspanialszych zabytków Indii: Tadż Mahal. To również ogromna baza indyjskich wojsk powietrznodesantowych. Riksza mija ciągnące się kilometrami koszary. Tutaj właśnie odbywają się wspólne manewry indyjsko-amerykańskie. Prasa pisała, że w związku z 48--stopniowym upałem żołnierze amerykańscy otrzymali zakaz opuszczania budynków między 10 a 16. Trudno oprzeć się wrażeniu, że takie manewry były głównie demonstracją poparcia USA dla indyjskiej odmiany „wojny z terrorem” w Kaszmirze. Amerykańscy żołnierze są teraz i w Indiach, i w Pakistanie – może to obniży ciśnienie? 
Ale najbliższe dni pokazują, że rachuby takie zawodzą. Wieczorem przygnębiające wrażenie robi ciemny zarys Tadż Mahal. Kompleks nie jest oświetlony, „żeby terroryści nie zniszczyli tej pięknej budowli” – tłumaczy następnego dnia wartownik przy bramie. Pytam, kogo ma na myśli. „Oczywiście islamistów, sponsorowanych przez Pakistan” – pada jakby wyuczona odpowiedź. Okazuję zdziwienie, dlaczego „islamscy terroryści” mieliby zburzyć, jakby nie było islamski obiekt, w którym przecież mieszczą się meczety? „Ich nienawiść do naszego kraju jest tak wielka, że mogą zniszczyć zabytek tylko dlatego, że Indie zarabiają na nim pieniądze” – żołnierz poprawia na ramieniu karabin, być może pamiętający czasy uzyskania przez Indie niepodległości.

„SPOKOJNIE, MAMY BOMBĘ”

Pociąg mknie szybko przez pustynne tereny Radżastanu. Ten bodaj najbardziej egzotyczny region Indii graniczy z Pakistanem, dalej granica ciągnie się przez Pendżab, aż po Kaszmir. Do przedziału dosiadają się dwaj mężczyźni, zagadują. Widząc moją nieufność – w Indiach taka rozmowa zwykle kończy się ofertą sprzedaży czegokolwiek – wyciągają legitymacje wojskowe. Są podoficerami, wracają z – niewykorzystanych – przepustek do jednostki stacjonującej na granicy: z urlopu zostali wezwani w trybie pilnym. 
Opowiadają o ciężkiej służbie na pustyni, w polowych warunkach (jakby na potwierdzenie ich słów przez okno wpadają podmuchy gorącego wiatru), ale – zaznaczają – to ich obowiązek wobec ojczyzny, są więc dumni. „Tym razem z nimi skończymy!” – mówią. Udaję, że nie wiem, o co chodzi. „Nie wiesz? Będziemy walczyć z Pakistanem, który zagraża naszej ojczyźnie”. Ale jak chcą „skończyć” z Pakistańczykami? „Jak nas zaatakują, odpowiemy atakiem i skończymy z nimi w dwa tygodnie”. A jeśli tamci okażą się silniejsi? Spoglądają na mnie z politowaniem: „Nic się nie martw, mamy bombę atomową”.
Duma bijąca z tych słów jest wprost nie do opisania. Skąd ten kult bomby atomowej, panujący zresztą po obu stronach granicy? Dwa ubogie kraje, których obywatele żyją za kilka, kilkanaście dolarów miesięcznie, wydają miliony dolarów na program atomowy. Każdy postęp w tej dziedzinie jest witany owacyjnie i wyzyskiwany propagandowo. Ale czy wychudzony i pokasłujący rikszarz, który wiózł mnie ulicami, jest dumny z bycia obywatelem „atomowego mocarstwa”? Czy dumne są dzieci żebrzące o jedną rupię (to mniej niż 10 groszy) na ulicach każdego indyjskiego miasta?
Tymczasem żołnierze kontynuują swoje rozważania: „Nie, Pakistan nie może wygrać. Nas jest więcej, nasza armia jest lepsza, a poza tym mamy rację, bo to oni odłączyli się od Wielkich Indii i teraz nam zazdroszczą”. Po raz kolejny przekonanie o racji i wielkości Indii. Trudno zrozumieć taki patriotyzm, przechodzący już w nacjonalizm. Choć tutaj na każdym kroku napotyka się hasła, przypominające o powinnościach obywatela wobec kraju. „Indie są jedne”, „Kaszmir na zawsze indyjski”, „Bądź dumny z bycia Hindusem” – takie hasła spotyka się na każdym dworcu kolejowym. Wymalowane jaskrawymi kolorami w języku regionalnym oraz po angielsku, w rozmiarach uniemożliwiających ich przeoczenie. Dla mnie, pamiętającego podobnie eksponowane hasła o współpracy polsko-radzieckiej, są one śmieszne. Ale nie dla Hindusów, o czym świadczą choćby slogany, powtarzające się raz po raz w rozmowach. 
Wracamy do tematu bomby atomowej: pytam żołnierzy, czy zdają sobie sprawę z konsekwencji użycia tej broni? Amerykanie szacują, że w razie wymiany uderzeń zginie 8–12 milionów ludzi, a rannych nie będą w stanie pomieścić szpitale wszystkich krajów regionu. Lekka konsternacja: „My tego nie chcemy, ale jak oni zaczną, to... Bo wiesz, Indie są wielkie...” – powtarzają niczym buddyjską mantrę.

RAMESHA MARZENIA O DOMU 

Jaisalmer, pustynia Thar, prawie na pakistańskiej granicy. Autobus mija długie kolumny wojska, lawety z czołgami i transporterami (radzieckiej konstrukcji). Jedna, druga, trzecia... Przy siódmej kolumnie przestaję liczyć. Na pustyni co chwila wojskowe namioty, okopane stanowiska artylerii. Wśród nielicznych drzew drzemią przykryte siatkami maskującymi czołgi i ciężarówki. Między namiotami suszy się bielizna, dymią kuchnie polowe i ogniska. 
Postój, wysiadam z autobusu. Gorący wiatr przykleja koszulę do pleców, upał staje się nie do wytrzymania. Na parkingu stoją jeszcze dwie ciężarówki, z jednej dochodzi beczenie owiec, pilnowanych przez dwóch żołnierzy, którzy nie bardzo wiedzą, jak dać sobie radę ze zwierzakami, cisnącymi się za odrobiną powietrza. Druga ciężarówka ciągnie lawetę, a na niej most pontonowy. Podchodzę: most pontonowy na pustyni? Żołnierze uśmiechają się przyjaźnie, gestykulując proszą o papierosa, palimy więc, a ja próbuję się dowiedzieć, po co ten most. Najbliższa rzeka to Indus, daleko, już na terytorium Pakistanu... Nagle pojawia się oficer w mundurze o dawnym kroju brytyjskim. Gniewne spojrzenie, krótka komenda i żołnierze biegną do ciężarówki, która po chwili niknie w tumanach pustynnego pyłu.
Jaisalmer był niegdyś bogatym miastem, dzięki biegnącemu opodal szlakowi handlowemu. Później podupadł i teraz żyje z turystyki. No i z żołnierzy, licznie stacjonujących w okolicy. Dziś sobota i wielu z nich przyjechało do miasta. Chodzą grupami, w zakurzonych mundurach i rozczłapanych butach. Na ciężarówki ładują zakupione zwierzęta. Po obu stronach granicy rozlokowano ponad milion wojska, więc wiele wiosek i miast podreperuje swoje budżety, sprzedając im żywność.
Ramesh mieszka w Jaisalmerze od niedawna. Rozmawiamy w jego sklepiku z tkaninami, popijając tradycyjny indyjski ciaj. Ramesh przyjechał z Kaszmiru, bo – jak mówi – nie mógł tam zapewnić bezpieczeństwa rodzinie. „Moja wieś często była ostrzeliwana, nie miałem pewności, czy następny pocisk wystrzelony z naszej lub ich strony nie rozwali mojego domu – wspomina. – To nie jest życie. Na dodatek zaczęły działać różne grupy, które chcą przyłączenia Kaszmiru do Pakistanu, i z drugiej strony grupy hinduskie, przeciwne temu pomysłowi. A ja chcę po prostu żyć. Nie chcę któregoś dnia obudzić się w Gudżaracie”. To aluzja do trwających od kilku miesięcy zamieszek hindusko-muzułmańskich w indyjskim stanie Gudżarat, w których zginęło około tysiąca osób. „Nie interesuje mnie polityka – powtarza Ramesh – wystarczy mi dom i rodzina. Jedyną moją polityką jest zapewnienie przyszłości córce”.
W tej chwili w drzwiach staje 16-letnia dziewczyna, ubrana w niebieską sukienkę i zarzucony na szyję biały szal, typowy mundurek szkolny. Wita się pięknym uśmiechem i znika w głębi sklepu. Ramesh nie kryje dumy. „Wkrótce pójdzie na studia i muszę myśleć o tym, żeby mogła je skończyć” – podkreśla. Dopijam ciaj i wychodzę. Jedna myśl nie daje mi spokoju: czy po tym, co widziałem w okolicy, Ramesh wybrał dobre miejsce na rozpoczynanie nowego życia?

„INDIE, NASZA OJCZYZNA”

Kolejny etap, dalej na północ. Pomimo czterech autobusów w dziennym rozkładzie jazdy, jako cudzoziemcowi wolno mi jechać tylko nocnym. Trasa biegnie zbyt blisko granicy i takie jest zarządzenie policji. 
Amritsar, stan Pendżab. Stąd jest już tylko 20 kilometrów do granicy. W czasie dzielenia dawnej kolonii brytyjskiej na Indie i Pakistan w 1947 r. Pendżab przekrojono, terytorialnie i materialnie: znaczna część regionu leży teraz po stronie pakistańskiej. 
Pendżab, wraz ze świętym dla Hindusów miastem Amritsar, to również największe skupisko Sikhów. Jest to jedna z najbardziej wojowniczych grup społeczeństwa indyjskiego. To spośród nich Brytyjczycy formowali wiele oddziałów, walczących na frontach II wojny światowej. To właśnie oni podnieśli w latach 80. rewoltę, której krwawe stłumienie doprowadziło do zabójstwa Indiry Ghandi. 
Mimo swojej historii i temperamentu, Sikhowie zdają się być jednak znacznie bardziej stonowani w swoich wypowiedziach, dotyczących ewentualnej wojny. Rozmawiając z ludźmi ani razu nie usłyszałem niczego o użyciu bomby atomowej. Wojna, jeśli wybuchnie, będzie smutną koniecznością, zaznaczali, i może ta rezerwa bierze się z faktu zamieszkiwania na pierwszej linii frontu? Z drugiej jednak strony, to właśnie tutaj co wieczór odbywają się swego rodzaju igrzyska: podczas zmiany wart na punkcie granicznym zjeżdżają się setki ludzi, aby kibicować swojej armii i wygwizdywać przeciwną.
Zostaję zaproszony do spędzenia kilku dni w sikhijskiej wiosce. Po drodze znowu mijamy bazy wojskowe, z wieżyczek sterczą karabiny maszynowe. W Pendżabie każdy, nawet najmniejszy mostek jest chroniony z obu stron przez wojsko i policję. Poza miastem życie wygląda inaczej. Właśnie trwają zbiory i na polach panuje gorączkowe ożywienie. 
Wioska Abusaid. Pośród domów wznosi się pomarańczowy maszt w kształcie włóczni, z którego głośników kilka razy dziennie płynie modlitwa. Dalej widać krzyż maleńkiego kościółka, a pomiędzy nimi meczet. Wprawdzie wszyscy tutejsi muzułmanie opuścili wieś po 1947 r., lecz katolicy i Sikhowie wspólnie dbają o ten meczet, „bo to też świątynia boska”. 
Te dwie społeczności, hinduska i katolicka, żyją tutaj w zgodzie, wzajemnie sobie pomagając. Wspólnie również popierają ewentualną wojnę z Pakistanem. „Indie to nasza ojczyzna i bez względu na to, że stanowimy mniejszość, jesteśmy razem” – słyszę z ust młodego katolika, wspieranego przez jego przyjaciela Sikha. 
Wspólnie oprowadzają mnie po wiosce. Tuż obok kościółka okopała się artyleria. Działa przykryte siatką maskującą, pilnowane są przez żołnierzy w zbudowanych ze słomy budkach. Dziwne wrażenie: mocarstwo atomowe, które każe swoim żołnierzom pełnić straż w tak prymitywnych warunkach. Nie mamy jednak czasu na zastanowienie i pytania, bo jeden z żołnierzy wymierza w naszą stronę broń i gniewnie nakazuje odejść. Działa przyjechały tutaj zaraz po grudniowych wypadkach w Delhi i, jak powiedziano mieszkańcom, „zostaną tak długo, jak to będzie konieczne”. 
Nad Abusaid zapada zmierzch. Z sikhijskiego masztu płynie modlitwa o pomyślną noc dla mieszkańców wioski. Z niepokojem spoglądam w kierunku stanowisk artylerii. Na szczęście ciągle jeszcze milczą.

Artur Klimaszewski 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl