Amerykanin uczy się świata

Rafał Geremek z Pittsburgha (USA)



Przeciętny Amerykanin mało wie o reszcie świata. Niestety, słabą znajomością geografii oraz geopolityki wykazują się także amerykańscy politycy – a więc ci, którzy kierują „światowym żandarmem”. Po 11 września żandarm nie może pozwolić sobie na luksus egocentryzmu. Ameryka nie ma wyboru, musi uczyć się świata.



Amerykanie sami lubią opowiadać dowcipy o własnej niewiedzy na temat innych kontynentów. Mało ciągnie ich w świat, bo uważają swój kraj za najwspanialszy. Tylko 15 proc. obywateli USA ma paszport! 
Zwykłych ludzi mało obchodzą wieści z zagranicy. Zresztą nie tylko ich. „Jesteśmy skoncentrowani na sobie – przyznawał w „New Republic” prof. Fouad Ajami, dyrektor Studiów Bliskiego Wschodu w John Hopkins University, Amerykanin pochodzenia arabskiego. – Jeżeli nasi mędrcy jeżdżą za granicę, to głównie po to, by naigrawać się z innych, porównując nasze sukcesy z ich niepowodzeniami”. Ajami nie jest odosobniony w swych obserwacjach. Przed dwoma laty Samuel Huntington pisał o „nowym izolacjonizmie”, a wielu znanych dziennikarzy biło na alarm, gdy okazało się, że w mediach ciągle maleje ilość wiadomości z zagranicy. Ale w tym samym czasie Madeleine Albright, sekretarz stanu za kadencji prezydenta Billa Clintona stwierdziła: „Jako naród zaszliśmy wyżej, więc widzimy więcej”.
Wielu intelektualistów wskazuje na kiepską edukację Amerykanów. W szkołach średnich geografię i historię świata podaje się często w jednym daniu pod nazwą „Social Studies”. Taka kompilacja ma pomóc uczniowi lepiej zrozumieć problemy danego kraju. Ale geografia, a czasem i historia wykładane są na ogół w sposób pobieżny i wycinkowy, a nadto zwykle nudny. 
Inni tłumaczą niechęć Amerykanów do wiadomości o świecie ich narodowym charakterem. Ukształtowany miałby być on przez „dobrą geografię”: dwa oceany i dwóch mało kłopotliwych sąsiadów. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych dostrzegają inne części globu dopiero w razie zagrożenia. Często przypomina się też o historii osadników, zwłaszcza tych, którzy przybyli do Ameryki uciekając np. z Europy przed różnego rodzaju prześladowaniami. „Zostawiali za sobą stary świat, o którym najczęściej nie chcieli już nic więcej słyszeć – mówi dr Gary Weaver z American University. – Europa, skąd przybyło ich najwięcej, była dla nich »krainą zła«, w której rządzili niesprawiedliwi królowie i wojowniczy książęta. Ameryka była dla osadników uosobieniem »dobra«, miejscem, gdzie mogli pracować i modlić się, nie obawiając się, co przyniesie kolejny dzień”. Weaver wskazuje też na inny aspekt: amerykański egalitaryzm i antyintelektualizm, który ma ścisły związek z tamtejszym kapitalizmem. Otóż Stany Zjednoczone to kraj, gdzie ludzie imponują innym nie liczbą przeczytanych książek, ale ilością zer na koncie bankowym. W USA trzeba znać perfekcyjnie własny zawód – i nic więcej. Dlatego nikogo tu nie szokuje świetny informatyk, który nie wie, gdzie leży Szwecja.
Problem staje się poważniejszy, gdy dotyczy polityków, zwłaszcza odpowiedzialnych za kontakty z resztą świata. Prezydent George W. Bush wyświadczył wielką przysługę Osamie bin Ladenowi, gdy w drugim przemówieniu po ataku 11 września mówił o „krucjacie przeciw terroryzmowi”, nie zdając sobie sprawy, że Arabom słowo „krucjata” kojarzy się z wojnami krzyżowymi. Potem odrobił jednak przyspieszoną lekcję i podczas modłów w katedrze narodowej stanął u boku duchownych muzułmańskich. Dzisiaj dobrze wie też, jak nazywa się prezydent Pakistanu, a jeszcze rok temu nie miał o tym pojęcia. 
Gdy podczas kampanii wyborczej Bush popełniał gafę za gafą (np. mieszkańców Grecji nazwał „Grecjanami”), jego zwolennicy mówili: prezydent musi mieć wizję, od szczegółów są doradcy. W tym kontekście wywiad doradcy prezydenta ds. międzynarodowych Condoleezy Rice dla „New York Timesa” i „USA Today” mroził krew w żyłach. Rice powiedziała, że „Iran próbuje rozprzestrzenić fundamentalizm wśród talibów” i „idzie w tym ręka w rękę z Pakistanem”. Doradca prezydenta powinna wiedzieć, że Iran jako państwo szyitów jest wrogie Afganistanowi i Pakistanowi, czyli krajom sunnickim. 
Takie wpadki mogły ujść amerykańskim politykom na sucho, bo w tym kraju nieznajomość współczesnego świata nigdy nie była kompromitująca. Paradoksalnie, gafy popełnione przez Busha pomogły mu w dostaniu się do Białego Domu. Według badań Gallupa podczas wyborów prezydenckich w 2000 r. polityka zagraniczna w hierarchii ważności amerykańskich wyborców znalazła się dopiero na 20. miejscu – w kraju, który chce odgrywać rolę jedynego na świecie imperium powinno to dziwić. 
Amerykanie są zaskoczeni, gdy dowiadują się, że ktoś ich nienawidzi. „Postrzegają to najczęściej jako rodzaj irracjonalnej zawiści, szczególnie ze strony biednych narodów” – mówi Greg Victor, szef działu zagranicznego „Pittsburgh Post-Gazette”. W Ameryce często słychać opinie, że „przecież ciągle dożywiamy biedne kraje, wydajemy ogromne pieniądze na pomoc dla nich, więc czego oni jeszcze od nas chcą?”. Amerykanie na ogół nie interesują się, jaką politykę prowadzi ich kraj w różnych rejonach świata. Zwykle są przekonani, że USA po zakończeniu zimnej wojny nie uprawiają brudnej polityki, a tylko popierają demokrację i wolny rynek. Większość Amerykanów po prostu nie wie, że np. w Egipcie czy Arabii Saudyjskiej ich kraj jest postrzegany jako strażnik skorumpowanych dyktatur – to przecież Saudyjczycy i Egipcjanie stanowili większość zamachowców z 11 września.
Tuż przed atakiem na WTC w miesięczniku „Foreign Policy” zanalizowano poglądy Amerykanów na zaangażowanie USA w świecie. Większość zdawała sobie sprawę, że ich kraj nie może zrezygnować z roli mocarstwa. Chcieli jednak, żeby kosztowało to jak najmniej. Przed kilkunastoma miesiącami prof. Ajami pisał: „Uzbrajamy naszych żandarmów, ale sami trzymamy się z daleka [od Kosowa czy Bliskiego Wschodu – R.G.], wykazując małe zainteresowanie dla tych regionów świata, w których rozmieszczone są nasze wojska. W rezultacie tworzymy wygodną drogę ucieczki, aby porzucić narastający ciężar”. 
Trafność tej analizy potwierdzają wypadki w Afganistanie. Komunizm w Afganistanie został pokonany w chwili wycofania się wojsk sowieckich – Ameryka odtrąbiła zwycięstwo i także się wycofała. W 1996 roku władzę – dzięki obojętności Ameryki – zdobyli talibowie, którzy z kolei udzielili schronienia bin Ladenowi. Do 11 września waszyngtońska administracja dzieliła świat na Amerykę i „resztę”. Polityka Georga W. Busha do 11 września to nowy izolacjonizm nazwany eufemistycznie „unilateralizmem” – czyli: robimy wszystko po swojemu. Po ataku na Nowy Jork i Waszyngton Ameryka nie pozostała osamotniona na placu boju tylko dlatego, że rozmiary tragedii były zbyt wielkie, a wiele państw dostrzega w walce z terroryzmem szansę realizacji swoich interesów. Dziś jednak wiadomo już, że Waszyngton musi rozwiązać problemy w najbardziej zapalnych częściach świata bez względu na koszty. Z ostatnich sondaży wynika, że zwykli Amerykanie godzą się na większą militarną i polityczną obecność na świecie. 
Amerykanie lubią mówić, że jak już coś robią, to naprawdę dobrze. Po rozprawie z terroryzmem powinien przyjść czas na autentyczne zbliżenie ze światem. Ameryka ma przecież także inną, daleką od izolacjonizmu tradycję. To właśnie w Stanach Zjednoczonych w czasach Kennedy’ego zorganizowano Korpus Pokoju, organizację złożoną z młodych wolontariuszy, która niesie pomoc ludziom na całym świecie. Wolontariusze ciężko pracują za równowartość miesięcznej pensji w kraju, w którym akurat przebywają. Można ich spotkać na bezdrożach Afryki, Azji, państw latynoskich, w biedniejszych krajach Europy. Ci ludzie dobrze wiedzą, po co stam pojechali. 
Co równie ważne: przy obojętności przeciętnego Amerykanina wobec świata, nikt nie zgromadził takich zasobów wiedzy o innych kulturach jak amerykańskie uniwersytety. Studenci z Ameryki Łacińskiej najwięcej książek z ich części świata mogą znaleźć na uniwersytecie w Pittsburghu, największym skarbcem literatury i historii Wschodniej Europy są biblioteki Uniwersytetu w Illinois. Studenci z Azji jeżdżą na uczelnie kalifornijskie, bo tylko tam znaleźć mogą niektóre materiały dotyczące ich krajów. Uczelnie niemieckie, francuskie czy angielskie – choć są tak bogate, jak amerykańskie – nie mają tylu zbiorów o innych kulturach i narodach.
Być może nadszedł właśnie czas, by Ameryka się otworzyła. Po 11 września w księgarniach zaczęto kupować znacznie więcej map i atlasów. Jeden z księgarzy z centrum Pittsburgha opowiadał, że kilku klientów prosiło, by im pokazał „gdzie jest ten cholerny Afganistan”. Do CIA napłynęła lawina podań o przyjęcie do pracy, na uniwersytetach urywają się telefony od młodych, którzy chcą studiować stosunki międzynarodowe. Coraz częściej słychać, że Ameryka musi wreszcie nauczyć się świata.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl