Słowa jak dawniej, sensy całkiem nowe

ANDRZEJ DOBOSZ




Przed laty wszystkie chyba tygodniki miały rubrykę Camera Obscura, w której wytykano konkurencji gafy, błędy rzeczowe. W jednym z pism dział ten miał wyrozumiałą łacińską nazwę: Błądzić jest rzeczą ludzką. Dziś – z jednym tylko wyjątkiem, nikt już nie zwraca w prasie uwagi na popisy fałszywej erudycji. Cytuje się jedynie z satysfakcją opinie politycznie niepoprawne. Camera Obscura przetrwała jeszcze w wydawanej co dwa miesiące krakowskiej „Dekadzie Literackiej”. Błędy gramatyczne, łacińskie i polskie, fałszywe atrybucje niezawodnie wyłapuje autor podpisujący się (hm).
Ostatnio jednak hm przeczytał pewną dotyczącą literatury książkę wydawnictwa „Prószyński i Ska” i znajdując w niej dwadzieścia siedem błędów rzeczowych i osiem wysoce wątpliwych opinii, uznał, że sprawa przekracza rozmiary Camery i ogłosił osobny artykuł podpisany nazwiskiem: Henryk Markiewicz. Daleko mi do wiedzy profesora i gdybym miał ową książkę w ręku, zauważyłbym w niej nie więcej niż dziesięć jaskrawych pomyłek. Ale te dziesięć obudziłoby moją czujność. Jest niepojęte, że redaktor wydawnictwa mógł nie zauważyć przynajmniej 5 byków, no chociaż 2. Czy ktoś taki może być nazwany redaktorem?
Gdy 12 maja 1827 pan Blotton z Algate nazwał szanownego pana Samuela Pickwicka blagierem i nie zamierzał cofnąć tego wyrażenia, przewodniczący posiedzenia przytomnie spytał, czy wyrażenie, które mu się wyrwało, użył w znaczeniu, jakie mu się pospolicie nadaje?
Pan Blotton nie wahał się odpowiedzieć, że nie i, że użył tego wyrażenia w znaczeniu czysto pickwickowskim. Tak więc i my musimy redaktorów wspomnianej książki nazywać redaktorami jedynie w znaczeniu czysto pickwickowskim.
Wkrótce profesora Markiewicza spotkała przygoda nieporównanie gorsza. Oto w miesięczniku „Midrasz” z maja ukazała się rozmowa z pisarzem Aleksandrem Ziemnym, na tyle ciekawa, że przeczytałem ją w całości. Ziemny opowiada o swojej wieloletniej przyjaźni z profesorem Markiewiczem, którego podziwia. „Ma olbrzymią, liczącą ponad 1500 tomów bibliotekę”. Otóż w roku 1998 biblioteka ta liczyła 40 tysięcy tomów. W ciągu czterech lat coś tam pewnie jeszcze przybyło, skoro ilekroć spotykam profesora na Sławkowskiej, zawsze ma ze sobą jakąś nową książkę. Czy można zrobić bibliofilowi większą krzywdę niż zredukować jego bibliotekę do jednej dwudziestej siódmej części? Redaktor pisma czyta spokojnie, że półtora tysiąca tomów stanowi olbrzymią bibliotekę i bez wahania puszcza rzecz do druku. 
Ja byłem już po studiach, gdy moja biblioteczka przekroczyła tę liczbę tomów, ale księgozbiory moich trochę starszych przyjaciół Andrzeja Biernackiego i Jerzego Timoszewicza już w latach studenckich miały ponad półtora tysiąca pozycji. Tak więc pisma redaguje się dziś w znaczeniu pickwickowskim. 
Pani minister Barbara Piwnik w rozmowie z Agnieszką Kublik i Moniką Olejnik („Gazeta Wyborcza” 27.05.02) powiada: „Kochane panie, wiecie jaka to ciężka praca pozowanie do zdjęć?” 
Ładnie to się zestawia z tym, co dalej mówi w tej samej rozmowie: „Nie chcę zabawiać opinii publicznej efektownymi powiedzeniami branymi z powietrza. Prawo jest sferą logicznego myślenia i żelaznej dyscypliny słowa”. Dobrym przykładem logicznego myślenia i mówienia oraz żelaznej dyscypliny słowa jest odpowiedź, że prokurator Kaucz „stracił posadę, bo wokół prokuratury wytworzył się zamęt”. Również na temat honoru pani minister wypowiada się w sensie czysto pickwickowskim. Pojęcie sensu czysto pickwickowskiego narodziło się przy okazji „Badań spekulatywnych stawów hampsteadzkich oraz niektórych spostrzeżeń nad teorią skakania żab”. Przyswoiwszy je sobie przed dziesiątkami lat nie spodziewałem się, że będzie praktykowane także w gmachach, na których fasadzie wykuto maksymę: Sprawiedliwość ostoją Rzeczypospolitej. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24 (2762), 16 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl