R O Z M O W Y


Jesteśmy departamentem marketingu

zapis spotkania pełnomocnika rządu ds. informowania o UE Sławomira Wiatra z redakcją „Tygodnika Powszechnego”




TP: – Czy nie sądzi Pan, że powołanie specjalnej instytucji pełnomocnika rządu ds. informowania o Unii Europejskiej – kiedy istnieje już Urząd Komitetu Integracji Europejskiej pani Danuty Hübner – to mnożenie kosztów i bytów oraz prosta droga do konfliktów kompetencyjnych? Przerabialiśmy to – i to także w dziedzinie polityki integracyjnej – za rządów AWS.
Sławomir Wiatr: – Co do kosztów, to bez osobnej instytucji szanse na zdobycie pieniędzy na propagowanie integracji byłyby o wiele mniejsze. Po prostu: fakt, że mój urząd podlega bezpośrednio premierowi daje mi mocniejszą pozycję w rozmowach z tymi, których chcę zaprosić do współpracy w naszej kampanii informacyjnej. Poniekąd jest to też odpowiedź na zarzut o konkurujących z sobą bytach: gdyby istniał tylko UKIE, to do prezesa poważnej firmy z propozycją wspomożenia kampanii europejskiej nie szłaby przecież sama szefowa, czyli pani minister, bo ona ma mnóstwo innych zadań, ale któryś z jej urzędników. Dziś po prośbie chodzę ja – a mogę przedstawiać się jako pełnomocnik samego premiera. 
Co zaś do roli UKIE jako promotora Unii: otóż urząd ten aktywnie działa już kilka lat, jednakże jego efekty w informowaniu Polaków o UE i w przekonywaniu ich do integracji okazały się niewystarczające. Nic dziwnego, że rząd uznał za stosowane powołać do tego specjalną instytucję.
Więcej: świadomie ustalono, że powinniśmy przyjąć formułę nie tyle urzędu, co szczególnego rodzaju departamentu marketingu. W efekcie pracuje u nas więcej socjologów, copywriterów i innych fachowców od promocji niż urzędników. Bo naszym głównym celem jest skłonienie Polaków, by w referendum o przystąpieniu Polski do Unii zakreślili „tak”. Stąd też w pierwszym rzędzie chcemy trafić do tych, którzy wciąż nie wiedzą, jak zagłosować. Nie interesują nas, mówiąc brutalnie, ci, którzy już dziś są zwolennikami integracji – a więc czytelnicy „Polityki” czy „Tygodnika Powszechnego”. Tak samo nie sądzę, by w tak krótkim czasie, jaki został do referendum, można było przekonać do zmiany poglądów obecnych zagorzałych przeciwników Unii z kręgu „Samooobrony” czy spośród prenumeratorów „Naszego Dziennika”. 
Nastawiamy się – mówią symbolami – na czytelników „Na żywo” i „Super Expressu”, czyli ludzi, którzy nadal nie są zdecydowani. Oczywiście jest to bardzo zróżnicowana grupa – i tym trudniej stworzyć skuteczną strategię promocyjną, określić zestawy chwytliwych argumentów czy wymyślić już same grepsy reklamowe. Dlatego naszą pracę zaczęliśmy od studiów nad wzorami konsumpcji i zdolności percepcji tekstu wśród Polaków.
Pana usytuowanie – właśnie jako człowieka premiera – może mieć jeszcze jeden negatywny skutek: ludzie mogą traktować Pana nie tyle jako fachowca, który ma promować Unię Europejską, co jako polityka, który ma uratować ekipę Millera. Takie skojarzenie jest tym silniejsze, że premier powtarza, iż w razie przegranej w referendum poda się do dymisji. Z drugiej strony, kiedy idzie Pan do biznesmenów i prosi o wsparcie kampanii proeuropejskiej, przedstawiając się jako człowiek szefa rządu, pojawiają się podejrzenia, że oni nie dadzą pieniędzy, jeśli nie dostaną czegoś w zamian. Dziś nie ma nic za darmo. Jest za to kapitalizm polityczny i różne postacie korupcji.
– Zdobywać pieniądze tą drogą muszę, bo parlament wyznaczył mi nadzwyczaj skromny, jak na takie zadanie, budżet – ledwie 3 mln. Tyle mam w kasie, a z takim budżetem można liczyć tylko na Opatrzność. Zwłaszcza, że w sytuacji, gdy tak niewielki odsetek Polaków czyta gazety, musimy naszą kampanię prowadzić głównie przez telewizję – a w niej wszelkie reklamy są dużo droższe.
Okazuje się jednak, że można stworzyć tani media-plan. To że telegazety wszystkich stacji komercyjnych zamieszczają dziś nasz serwis o Unii, a TVN zgodziła się nawet za darmo nadawać nasze spoty promocyjne, jest efektem takiego chodzenia po prośbie. 
Z kolei w przekonaniu do podobnego gestu TVP pomogło mi to, że przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Juliusz Braun uznał propagowanie integracji za element misji telewizji publicznej. 
Chwali Pan stacje komercyjne za obywatelską postawę, a tymczasem SLD lansuje pomysł zmian ustawowych, które mogą dotkliwie osłabić właśnie prywatne media.
– Te pomysły moich kolegów z rządu faktycznie mi nie pomagały w kontaktach z komercyjnymi nadawcami. Mogłem się jednak podeprzeć stanowiskiem Pałacu Prezydenckiego, który też jest przeciwny uderzeniu w prywatne media. Szczęśliwie też już dziś jest jasne, że projekt ten nie będzie uchwalony w pierwotnym kształcie. 
Jesteśmy też świadkami innego zjawiska: oto rząd głosi hasła o przygotowywaniu kraju do integracji, a tymczasem toleruje negatywną selekcję urzędników państwowych. Rada Służby Cywilnej alarmuje, że ministerstwa nie chcą ostatnio zatrudniać absolwentów Krajowej Szkoły Administracji Publicznej – uczelni mającej już spory dorobek w przygotowywaniu kadr urzędniczych m.in. pod kątem współpracy z instytucjami Unii Europejskiej. 
– Znam te fakty. Praktyka odsuwania absolwentów KSAP nie jest mądra, bo to rzeczywiście dobra szkoła. Kształci profesjonalistów, a tylko przygotowane kadry mogą wprowadzić Polskę w sieć urzędów Unii. 
Wreszcie: kiedy przeciwnicy integracji jako argumentu używają kwestii jej kosztów, Pana urząd powinien dbać o nienaganną pod tym względem reputację niczym, nie przymierzając, żona Cezara. Tymczasem opozycja zarzuca Panu, że kontrakt na produkcję filmów informacyjnych o UE, które mają być pokazywane w ramach rządowej kampanii przed referendum wygrała Agencja Z&T, powiązana z rzecznikiem rządu i bliska SLD. Niektórzy twierdzą nawet, że przy przetargu złamano ustawę o zamówieniach publicznych.
– Nie złamano żadnej ustawy. Wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Wyjaśniałem to już wielokrotnie – także posłom z komisji europejskiej Sejmu. Wniosek z zamieszania, które sprowokowało swoją nierzetelną publikacją „Życie” jest dla mnie taki, że musimy być bardziej ostrożni w dobieraniu partnerów naszych działań. Tym bardziej, że – jak się okazuje – ważna jest nie tylko troska o grosz publiczny, lecz także to, kto go na realizację zadań otrzymuje.
Czy jednak zrezygnowanie w kampanii z odpierania zarzutów, jakie wysuwają wobec integracji jej najzagorzalsi przeciwnicy, nie jest taktyką samobójczą – także w kontekście referendum? Stopień determinacji przeciwników UE rośnie – dziś przedstawiają oni dyskusję już w kategoriach boju o imponderabilia, a to jest w Polsce chwytliwe.
– Przeciwnicy Unii stają się coraz bardziej agresywni i nieprzejednani, ponieważ wzrasta ostatnio liczba zwolenników naszego wejścia do UE. Przeciwnicy jakby tracili grunt pod nogami. 
Zresztą przeciwników Unii można podzielić na trzy grupy. 
Pierwsza to fundamentaliści. Symbolicznym jest tu antyunijny plakat rozpowszechniany przez Ligę Polskich Rodzin, wedle którego integracja jest V rozbiorem Polski, a zwolennicy Unii Europejskiej to zdrajcy. Takiego myślenia nie sposób zmienić żadnymi argumentami. Na szczęście siła rażenia tego krzyku wydaje się ograniczona. 
Grupą drugą są eurosceptycy. Przykładem może być poseł Mojzesowicz z „Samooobrony”, który w kółko wylicza, ile na wstąpieniu do Unii stracą producenci rolni. Rzeczywiście: niewykluczone, że ta grupa będzie miała trudniejszą sytuację – tyle że jest rzeczą rządu temu przeciwdziałać. I to wcale nie poprzez usztywnienie stanowiska w rozmowach z Unią, bo strategia tzw. twardych negocjacji to bzdura, ale przez stworzenie w kraju mechanizmów zapewniających naszym chłopom lepszy start do konkurencji z rolnikami unijnymi. Sposobem może być na przykład utrzymanie niskich kosztów siły roboczej na polskiej wsi. Kłopot w tym, że resort rolnictwa dopiero nad takimi gwarancjami pracuje. 
Jest wreszcie i trzecia grupa przeciwników Unii – to eurokunktatorzy. Otóż podczas ostatnich wyborów parlamentarnych ludzie głosowali kierując się m.in. wiedzą, które z ugrupowań są za integracją, a które przeciw. Minęło jednak parę miesięcy i powstała sytuacja paradoksalna: badania socjologów dowodzą, że spośród elektoratów partii zasiadających w parlamencie najbardziej proeuropejscy są zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości, a tymczasem kierownictwo PiS zaczęło się dystansować wobec integracji. Rozmawiałem niedawno z Jarosławem Kaczyńskim i nie boję się, że gdyby został on premierem, to zmieniłby polską politykę zagraniczną na antyeuropejską. Bałbym się takiej zmiany, gdyby premierem został taki czy inny Lepper. I Kaczyński też się tego boi. On i eurokunktatorzy uznali, że elektorat przeciwny Unii może się powiększać – uznali więc, że trzeba przejąć część antyunijnej frazeologii i w ten sposób spacyfikować przynajmniej niektórych potencjalnych zwolenników Leppera i mu podobnych. Kaczyński mówi: nawet jeśli wygramy w referendum i Polska znajdzie się w Unii, to przez parę następnych lat wahadło społecznych nastrojów siłą rzeczy przechyli się na stronę przeciwników. A to jest, jego zdaniem, najgroźniejsze. 
A co do taktyki dyskusji z przeciwnikami Unii: swego czasu dostałem list od Romana Giertycha z LPR, w którym proponował mi spotkanie. Odmówiłem. 
Dlaczego?
– Bo godząc się sprowadziłbym się do roli trampoliny posła Giertycha. On chce wykreować się na wodza wszystkich, którzy mają jakiekolwiek wątpliwości wobec Unii Europejskiej. Chce też sprowadzić dyskusję do sporu: euroentuzjaści kontra europrzeciwnicy. Tymczasem Giertych nie ma żadnego monopolu na reprezentowanie jednej ze stron, a sprawa jest dużo bardziej złożona. Nie mówiąc już, że póki ktoś wobec osób o innych poglądach w tej sprawie używa epitetu „zdrajcy”, uznaje ich za sojuszników Stalina i Hitlera i oskarża o przykładanie ręki do V rozbioru Polski, to nie ma powodu siadać z nim do stołu. Nie można dopuścić, by to radykałowie narzucili reguły dyskusji w tak poważnej kwestii, tylko dlatego, że używają zagrywek chwytliwych dla niektórych mediów. 
Ciekawe skądinąd, że w propagowaniu integracji na dobrą sprawę zaangażował się tylko rząd, Unia Wolności i niektóre organizacje pozarządowe. Nawet Platforma Obywatelska nie wykazuje tak naprawdę wielkiej determinacji: deklaruje oczywiście, że jest „za”, ale nawet nie wykreowała spośród swoich liderów nikogo, kogo można by uznać za symbol prointegracyjnej orientacji tej partii. W Unii takimi symbolami są Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek – kogo można tak kojarzyć w Platformie? 
– Nie boi się więc Pan o wynik referendum?
– Nie – wygramy je, choć pewnie tylko nieznacznie. Stosunek głosów nie będzie wynosił 80 do 20, ale raczej 55 do 45. A gdyby referendum zakończyło się porażką, to byłaby klęska Polski, a nie tylko SLD, Unii Wolności Platformy Obywatelskiej i wielu NGO’s.
Czy jednak telewizyjne spoty nie kojarzą się Panu ze zwykłą propagandą? To nie jest żadna informacja...
– Kojarzą. Tyle że w tak krótkim czasie, jaki został nam do referendum nie sposób nauczyć 38 milionów obywateli, czym jest i jak działa Unia Europejska. Zwłaszcza, że do podjęcia wysiłku poszukiwania informacji gotowych jest ledwie 5 do 7 proc. z nich.
To zresztą nie tylko nasz problem. Minister ds. europejskich Wielkiej Brytanii powiedział mi niedawno, że co czwarty jego rodak jest przekonany, iż członkiem Unii Europejskiej są też Stany Zjednoczone. A przecież Brytyjczycy – już jako członek Unii – mieli lata całe na edukację swych obywateli.
W tej sytuacji pozostaje jedno: trzeba wmówić ludziom, że są o Unii poinformowani. To dlatego tak ważne jest stworzenie rozmaitych źródeł wiedzy o jej instytucjach, zasadach funkcjonowania itp. – na różnym poziomie, o zróżnicowanym profilu i stopniu szczegółowości. Chodzi o przekonanie Polaków, że łatwo mogą zdobyć na temat Unii wszelkie potrzebne im informacje.
Może jednak w takim razie błędem była propozycja, by decyzję parlamentu o integracji uzależnić od wyników referendum wśród obywateli? Może gabinet Leszka Millera powinien zdystansować się od tej publicznej obietnicy premiera Jerzego Buzka?
– Z pomysłem referendum pierwszy wystąpił Aleksander Kwaśniewski... Teraz na odwoływanie referendum jest już za późno. Problemem jest jednak niejasność przepisów o ważności referendum. Wedle prawników – m.in. prof. Gebethnera – w sytuacji, gdy referendum wygrają zwolennicy integracji, ale frekwencja nie przekroczy 50 proc., to o przystąpieniu Polski do Unii może wprawdzie zdecydować Zgromadzenie Narodowe, tyle że dopiero ponownie wybranego Sejmu i Senatu. A zmienić tego zapisu się nie da, bo natychmiast pojawiłyby się oskarżenia o manipulacje. Premier zwierzył mi się ostatnio przy piwie, że wprawdzie wierzy w zwycięstwo zwolenników integracji w referendum, ale obawia się, że przeciwnicy mogą w końcu wezwać ludzi do pozostania w domu i w ten sposób sprowokować zamieszanie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl