Przyszłość należy do narzędzi przekazu informacji oraz ludzi oceniających, czym warto się interesować


Szum doskonały

O zaletach i wadach internetu z prof. Ryszardem Tadeusiewiczem, rektorem Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, rozmawia Piotr Legutko





PIOTR LEGUTKO: – Kilka lat temu jako pierwszy użył Pan metafory smogu informacyjnego na określenie tego, co wypełnia internet. Czy metafora przestała być aktualna?
RYSZARD TADEUSIEWICZ: – Przeciwnie: lawinowo rośnie liczba źródeł informacji, ale ich wartość jest często żadna. Smog jest produktem prymitywnego procesu spalania byle czego, byle gdzie i byle jak. Przez analogię, duszący nadmiar informacji paraliżuje rozwój i wykorzystanie technik informatycznych.
Smog jest mieszaniną mgły i dymu, tego ostatniego wciąż przybywa. Czy racjonalne są próby ograniczania wolności w internecie w imię informacyjnej ekologii?
– Elementy porządku prawnego w internecie są niezbędne. Wielu ludzi prowadzi tam działalność gospodarczą, która musi być powiązana z regulacjami prawnymi, bo tylko wtedy jest bezpieczna. W przezwyciężaniu antywychowawczych i ogłupiających elementów smogu informacyjnego uregulowania kodyfikacyjne będą jednak nieskuteczne. Nawet jeśli pojawi się kodeks, szybko znajdą się tacy, którzy, mieszcząc się w normach kodeksu, będą postępować destrukcyjnie. Przypomina to problem z narkotykami: żeby określić, co jest karalne, trzeba wyliczyć środki odurzające. Wyobraźnia i możliwości chemików są jednak ogromne i ciągle pojawiają się substancje, których nie ma na liście.
Chemika ogranicza jednak natura. Zdolny informatyk może tworzyć dowolne byty, dlatego w świecie informatycznym, gdzie nie obowiązują żadne prawa, łącznie z prawami fizyki, o wiele łatwiej wykreować nową formę zła. 
– Musimy się poddać?
– Potrzebujemy przekształceń nie w internecie, tylko w świadomości jego użytkownika. Filtry selekcyjne muszą być budowane w umysłach – to jedno z największych wyzwań edukacji. Nasz umysł, niestety, nie jest tak sprawny, by sam wytwarzał antyinternetowe przeciwciała. Szkoły muszą zagospodarować przestrzeń stworzoną przez multimedia, bo nie chodzi tu tylko o internet. Jedynie tak można przygotować ludzi do skutecznego działania w nowym otoczeniu informacyjnym, gdzie problemem staje się nadmiar wiadomości, a atrakcyjna oferta multimedialna często jest pusta treściowo. 
Internet jest w prawie każdej szkole od gimnazjum wzwyż – jesteśmy z tego niezmiernie dumni. Okazuje się jednak, że wrzuciliśmy młodzież do wody, nim nauczyliśmy ją pływać...?
– Młodzież ochoczo wskakuje do tej wody na własną rękę i radzi sobie w niej sprawniej od nauczycieli. Problem nie leży w umiejętności pływania, ale w wyborze kierunku. Młodzi ludzie nie potrafią oceniać wiadomości, określać kryteriów selekcji czy zasad składania z informacji całości. Pilnie potrzebują kogoś, kto wesprze i doradzi. Ale jak mistrzowie mają dotrzymać kroku już chyba nawet nie pokoleniu X, ale Y? Ci, którzy mogliby to robić ze względu na doświadczenie życiowe i wiedzę ogólną, nie nadążają za postępem technicznym.
Tymczasem nauka informatyki sprowadza się do ćwiczenia sprawności technicznej, czyli uczenia młodych tego, co potrafią robić lepiej od nas.
– Sedno problemu tkwi jeszcze głębiej. Kilka lat temu zajmowałem się kształceniem nauczycieli informatyki. Chodziło wówczas o przekonanie nauczycieli, że nie taki komputer straszny i można go wykorzystywać w nauczaniu matematyki, fizyki czy historii. Postęp techniczny jest jednak tak dynamiczny, że nauczyciele nie są w stanie za nim nadążyć. Pojawiły się za to pilne potrzeby edukacyjne i wychowawcze związane z funkcjonowaniem w świecie wszechobecnych mediów oraz umiejętnością dobierania informacji zgodnych z zamierzonym planem edukacyjnym. Brakuje koncepcji kształcenia nauczycieli pod kątem pełnienia roli przewodników medialnych. Winę ponoszą wyższe uczelnie. Tradycyjne kształcenie nauczycieli uwzględnia co najwyżej nauczanie programowania i obsługi programów. Nie uczy się aktywnego i sceptycznego stosunku do wszystkiego, co znajduje się w przestrzeni informacyjnej. 
Zwłaszcza, że można uczyć się sprawniej. Internet jest nie tylko atrakcyjniejszy dla młodych ludzi, ale lepiej odwzorowuje strukturę wiedzy.
– Być może dzięki internetowi wyzwolimy się od myślenia linearnego, wymuszanego przez pismo, które jest sekwencją słów. Naturalną formą działania umysłu, odkrywania prawdy i eksplorowania świata, jest wielowymiarowość. Kiedy myślimy swobodnie, na przykład śniąc, potrafimy łączyć odległe fakty na zasadzie skojarzeń nielinearnych, ale kiedy staramy się to opowiedzieć czy zapisać, gubimy wielowymiarowość ustawiając wszystko w sekwencje. Internet wyzwoli nasze myślenie od ograniczeń, ale uzyskana wolność powinna nas również ku czemuś otworzyć. Nam brakuje jednak drogowskazów i zamiast budować wielowymiarową mądrość, budujemy wielowymiarowy chaos – nie lepszy od braku wiedzy.
Dlaczego jeden z kluczowych problemów cywilizacyjnych wciąż nie jest przedmiotem specjalnej troski naukowców?
– Niewiele osób dostrzega, że jest to problem badawczy, choć internetu dotyczy wiele oficjalnych dokumentów: dyrektywa Rady Europy, szereg raportów, także prezydentów USA – Clintona i Gore’a. Politycy podkreślają, że przyszły świat zdominuje wiedza i jej posiadanie będzie czynnikiem wartościującym, jak ziemia w feudalizmie, czy później kapitał. Jeżeli chcemy, by wiedza stała się czynnikiem hierarchizującym, tworzącym nową arystokrację i proletariat, stosunek ludzi do mediów, ich podatność na manipulację, stopień umiejętności zachowania własnego sądu wobec różnych zjawisk – mają znaczenie kluczowe. Zadaniem nauki jest zbadanie tego pola minowego, na które za chwilę wkroczą społeczeństwa. 
Pan próbował już badać to pole, sprawdzając skutki posługiwania się przez studentów internetem. Jakie były wyniki?
– Udało się pokazać liczne różnice, nawet w systemie wartości, między osobami emocjonalnie związanymi z internetem i posługującymi się nim, a tymi, które go nie używają, choć mogą to robić bez ograniczeń. To już nie jest wróżenie z fusów, tylko fakty naukowo stwierdzone: zarysowały się statystycznie istotne różnice w relacjach do pewnych wartości. Internauci stawiają na piedestale fachowość. Są przez to wyalienowani, bo fachowość jest cechą indywidualną, stawianą przez nich ponad wartościami społecznymi, jak rodzina, czy uniwersalnymi, jak uczciwość. Osoby nie faworyzujące internetu, bardziej cenią właśnie wartości tradycyjne i uniwersalne. 
– Jest to skutek czy przyczyna fascynacji internetem? 
– Tego nie wiemy. Każde badanie statystyczne jest fotografią rzeczywistości, jednak prawie nigdy nie pozwala uchwycić związków o charakterze przyczynowym. Próbujemy śledzić dalsze losy badanych, być może na tej podstawie uda nam się powiedzieć coś więcej. Na razie wiemy, że albo ludzie o takim systemie wartości garną się do internetu, albo często przebywając w sieci nabywają takich właśnie cech.
W najnowszej książce „Społeczność internetu” napisał Pan, że upowszechnienie edytorów tekstowych jest największą klęską systemów gromadzenia i rozpowszechniania myśli ludzkiej.
– Przekazywanie mądrości zawsze miało charakter kolektywny. Autor napisał książkę, ale zanim dotarła do czytelnika przechodziła przez korektę, recenzję – była opracowywana. Błędy miały mniej szans przedostać się do odbiorcy. Internet stworzył sytuację, w której jakiś self made man porozumiewa się z czytelnikiem pomijając takie bariery weryfikacyjno-pomocnicze. Każdy dobry autor ceni swojego redaktora, nawet jeśli się na niego zżyma, podobnie jest z recenzentami, którzy nadają pracy dodatkową wartość. Klęską okazało się to, że zamiast produkować za pomocą doskonałych mediów doskonalszą wiedzę, wytwarzamy doskonale wyglądający szum. W tym tkwi źródło zagrożenia.
Czy także dla redaktorów, dziennikarzy i innych pośredników w udostępnianiu wiedzy oraz informacji?
– Nawet w banku druga kasjerka ponownie przelicza to, co już liczyła pierwsza. Informacja też powinna przechodzić, co najmniej jedną, weryfikację. Redaktor, dziennikarz jest reprezentantem interesu czytelnika, z rozwlekłej wypowiedzi wydobywa kwintesencję, oddzielając ziarno od plew. Byłoby fatalnie, gdybyśmy zawierzyli schematowi myślowemu podpowiadającemu nam, że skoro pewne rzeczy można robić automatycznie, np.: korektę ortograficzną czy formatowanie tekstu, redaktor jest zbędny. W internecie powinien pojawić się system referencyjny. Teraz są tylko wyszukiwarki, czyli sieci wyciągające z wody wszystko, co nie przelatuje przez ustawiony rozmiar oczka. Przyszłość będzie należała do narzędzi i, co ważne, do ludzi, którzy będą kiperami informacji. Będą smakować i oceniać: co warte jest przeczytania.
Internet jest nie tylko obiegiem informacji, ale także obszarem cybernetycznej maskarady, chyba równie słabo zbadanym. Czy nie stoimy przed progiem masowej emigracji wirtualnej? Czy udawanie kogoś innego, przebywanie w innych światach nie stanie się lekiem na zło, jak kiedyś emigracja wewnętrzna? 
– W obecnym internecie można wcielać się w różne role, ale tylko w wersji tekstowej posługując się pseudonimem czy nieprawdziwą charakterystyką. Jest to wciąż zabawa w liściki, kolejna odmiana flirtu salonowego, polegająca na tworzeniu innej rzeczywistości za pomocą tekstów. Prawdziwym niebezpieczeństwem, czyhającym za rogiem, jest technologia pozwalająca wcielać się, niezwykle zmysłowo, w nowe postacie. I to dosłownie! Poprzez odpowiednie wyposażenie, gadżety i czujniki.
– Znowu niebezpieczeństwo?! A może fascynująca przygoda?
– Uzależnieni od internetu są już teraz. Co się stanie, gdy to medium zacznie z nami interferować nie tekstem, ale obrazem i to nie płaskim, a przestrzennym, w którym się uczestniczy? Gdy pojawi się sensoryczne sprzężenie zwrotne, możliwość dotykania w cyberprzestrzeni, odczuwania bytów kreowanych cyfrowo, smakowania ich? Przy takich pokusach, zagrożenie roztopienia się w innych postaciach, utraty tożsamości staje się realne. W wirtualnym świecie ograniczenia cielesności nie mają żadnego znaczenia. Można być supermanem czy smokiem. Można cyfrową postacią sterować, wykonywać gesty, które widzi się w trójwymiarowej przestrzeni. Co więcej, można wchodzić w interakcje ze znajdującymi się tam obiektami czy innymi ludźmi.
Już teraz dla potrzeb chirurgów wykonujących operacje na odległość, produkuje się specjalne rękawice z czujnikami, które przenoszą ruchy ręki chirurga na ruchy robota faktycznie wykonującego zabieg. Jest w tym także element sprzężenia zwrotnego. Jeśli narzędzie, którym robot tnie tkankę napotka na opór, chirurg poczuje to na własnej ręce. Na razie to technika służąca celom telemedycznym. Rozwój techniki polega jednak na tym, żeby coś, co opracowano dla wąskiej grupy specjalistów szybko się upowszechniło, jeśli tylko rynek tym się zainteresuje. Ta technologia wejdzie do naszych domów i stanie się elementem rzeczywistości. 
Technika zawsze była dobrym sługą, ale złym panem. Od nas zależy, czy poddamy się jej, czy ona podporządkuje się nam i stanie się jednym z instrumentów zgłębiania wiedzy o świecie. Nie każdy może przecież pojechać do Luwru, a już niedługo dzięki internetowi każdy będzie mógł zwiedzić to muzeum w sposób łudząco podobny do realnego. Otwierają się przed nami nowe światy. Czy znajdziemy w sobie tyle samozaparcia, by oprzeć się syreniemu śpiewowi internetu?


Prof. Ryszard Tadeusiewicz – informatyk, automatyk i biocybernetyk, rektor Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, przewodniczący Konferencji Rektorów Polskich Uczelni Technicznych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl