30. rocznica śmierci Antoniego Kępińskiego


Nieśmiertelny znak

Zdzisław Jan Ryn



Postać Kępińskiego z wolna przechodzi do panteonu najwybitniejszych przedstawicieli polskiej psychiatrii. Obecne pokolenie lekarzy zna go jedynie z publikacji, zwłaszcza do dzisiaj wznawianych książek. Nie żyje już wielu jego najbliższych współpracowników, a nawet uczniów. A przecież Antoni Kępiński wciąż pozostaje wzorem – jak się wyraził ks. Józef Tischner – heroicznego myślenia o człowieku.



Jestem głęboko wdzięczny losowi, że pozwolił mi „terminować” u boku Mistrza Antoniego. Chociaż na studiach słuchałem jeszcze wykładów prof. Eugeniusza Brzezickiego, egzamin z psychiatrii zdawałem u docenta Kępińskiego. Wówczas tytuł docenta miał swoją wagę i prestiż; kiedy na krótko przed śmiercią Kępiński otrzymał wreszcie profesurę, niełatwo było nam zrezygnować z nazywania go „Docentem”. Może to i dobrze, że nie doczekał czasów, kiedy ten tytuł stał się obiektem kabaretowych żartów, a niektórych nawet krępował.

„Widział swoją przyszłość”

Kępiński urodził się na Kresach, w Stanisławowskiem, w listopadzie 1918 roku. Mało znany jest epizod z jego najwcześniejszego dzieciństwa, kiedy pozostając pod opieką ukraińskiej niańki, wpadł w ręce napastników tropiących Polaków. Maleństwo wymieniono za dwóch oficerów ukraińskich, wziętych do niewoli przez wojsko polskie. Niańka odnalazła rodziców w Bielsku. Dzieciństwo i pierwsze lata szkolne chłopiec spędził w Nowym Sączu, gdzie jego ojciec Tadeusz objął stanowisko starosty.
W 1928 roku rodzina przeniosła się do Krakowa. Osiem lat później Antoni Kępiński zdał maturę w Gimnazjum im. Bartłomieja Nowodworskiego. Za pilność, zdyscyplinowanie, wybitne wyniki w nauce, jak również za walory charakteru, otrzymał szczerozłoty pierścień z wyrytym herbem Nowodworskiego „Nałęcz” i napisem: „Gimnazjum Nowodworskiego wzorowemu uczniowi”; przed wojną wyróżnienie takie otrzymało tylko dwóch maturzystów. Dziś jedna z sal lekcyjnych w „Nowodworku” nosi imię Kępińskiego.
Z tego okresu pochodzi barwne wspomnienie Karola Wojtyły. Obaj – Kępiński i Wojtyła – byli prezesami Sodalicji Mariańskiej: pierwszy w „Nowodworku”, drugi w liceum wadowickim. Pewnego czerwcowego wieczora spotkali się przypadkowo na dworcu w Krakowie: obaj jechali na zjazd Sodalicji do Poznania. Całonocną podróż przegadali, zajadając przy tym czereśnie. „Nie miałem wątpliwości, że Kępiński już wówczas znacznie jaśniej widział swoją przyszłość niż ja” – wspominał po latach abp Wojtyła. Znajomość ta – i dyskretna współpraca – trwały aż do śmierci Kępińskiego.
Przyszły autor „Lęku” rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim UJ. „Na trzecim roku medycyny – opowiadał jego przyjaciel, Stanisław Kłodziński – zdarzył się poważny i tragiczny przypadek. To był 1938 rok. »Bratniaki« były opanowane przez elementy narodowe. Dawali się we znaki studentom-Żydom i tym, którzy mieli poglądy lewicowe. Czerwone czapki studenckie były czynnikiem drażniącym. Otóż kiedy Kępiński przechodził przez Plac Matejki, został napadnięty przez pikietę »socjalistów«, młodych zresztą, którzy tylko na podstawie noszonej przez niego czerwonej czapki napadli go. Kazali mu tę czapkę zdjąć i rzucić na ziemię. On tego nie zrobił, powiedział, że czapka jest honorem studenta i on się medycyny nie wyrzeka. Został dotkliwie pobity i przez jakiś czas nie mógł nawet chodzić na studia – przypuszczam, że nie na skutek pobicia, tylko nie mogło mu się pomieścić w głowie, że został skrzywdzony przez tych, których bronił. I myślę, że ten okres życia zadecydował o tym, że właśnie wybrał psychiatrię”.

Obozowa trauma

Wybuch II wojny światowej przerwał Kępińskiemu studia. Ochotniczo wstąpił do wojska, ale wkrótce trafił do niewoli i obozu internowanych na Węgrzech. Patriotyczne uniesienie doznało nowego rozczarowania na ziemi francuskiej, a jego kulminacją był pobyt w obozie koncentracyjnym w Miranda de Ebro w Hiszpanii. Kępiński niechętnie mówił o sobie, więc niewielu z nas wiedziało o jego obozowej przeszłości. Byli więźniowie Auschwitz-Birkenau, którym poświęcił znaczną część zawodowego życia, utożsamiali go z bracią obozową: nie wyobrażali sobie, aby ktoś, kto nie był w obozie, mógł tak wnikliwie opisywać przeżycia obozowe i ich odległe skutki...
Ten najbardziej tragiczny okres życia Kępińskiego można odtworzyć ze szczegółami na podstawie 127 listów i kart pocztowych, które mimo cenzury dotarły do jego rodziców w Krakowie. Listy te odnaleziono po śmierci Profesora w paczuszce przewiązanej wstążką, przechowywanej w koszyku, na którym sypiał jego ulubiony kot „Antoś”. Zapisane w nich zostało, choć w sposób zakamuflowany, dwu i pół-letnie pasmo udręk, represji, szykan i poniżania, a nade wszystko głodu fizycznego i głodu wolności.
Z tego doświadczenia wywiodły się zainteresowania naukowe Kępińskiego, dotyczące patologii wojny i obozów koncentracyjnych. To dzięki niemu krakowska Klinika Psychiatryczna – w której pracował od 1947 r. – stała się jedną z nielicznych w Polsce placówek, w której byli więźniowie mogli znaleźć nie tylko pomoc lekarską, ale przede wszystkim psychiczne wsparcie. Inicjatywa Kępińskiego, podjęta wspólnie ze Stanisławem Kłodzińskim, byłym więźniem Oświęcimia, przerodziła się w wieloletni program badań nad skutkami traumy obozowej. Zaowocował on m.in. 31 tomami „Przeglądu Lekarskiego – Oświęcim”, uznawanego dzisiaj za najpoważniejsze źródło wiedzy o patologii Holocaustu. Warto przypomnieć, że to zbiorowe dzieło lekarzy i psychologów, ale także byłych więźniów, uzyskało dwukrotnie nominację do Pokojowej Nagrody Nobla.

Psychiatria dialogu

Z szeregu wspomnień o Kępińskim można złożyć następujący jego portret: „Wysoki, przystojny, szczupły, uśmiechnięty... Lubił ubierać się niewyszukanie... Unikał twardych kołnierzyków z krawatem... Fryzurę nosił krótką, gładką. Głos miał niski, spokojny. W kieszeni miał fajeczkę, starał się do niej o tytoń angielski; palił go w chwilach spokojnych, pod wpływem dobrego humoru. Lubił gromadzić świątki i rzeźby miniaturowe. Inwentarzyka dopełniała płaska, metalowa, srebrna, elegancka »prohibitka«. Zabierał ją np. na obrony prac doktorskich, żeby kapką whisky w nakrętce uspokoić doktoranta ulegającego tremie i obawie. W brydżu rozgrywał świetnie, ale trudno go było namówić do gry. Również nie lubił tańczyć. Samochodu nie miał... Chodził w sandałach, jak świecki święty. Z nim trudno było – jak to się mówi – pójść na wódkę, on musiał płacić”.
Do kliniki przychodził zwykle najwcześniej, koło siódmej rano. Punktualność, systematyczność, spójność między tym, co się mówi, i tym, co robi, a przede wszystkim odpowiedzialność za chorego – to były jego cechy zniewalające. Jako nauczyciel oddziaływał poprzez przykład. Wymagając od siebie, pokazywał, że tego samego oczekuje od współpracowników.
Nie rozstawał się z małymi notesami, w których zapisywał wypowiedzi chorych, własne obserwacje i przemyślenia czy uwagi kolegów. Zgromadziła się tych notesów cała waliza. Przez lata zespół kliniki spotykał się codziennie w południe na nieformalnych zebraniach w kameralnej bibliotece w przyziemiu budynku. Tematem spotkań była najczęściej prezentacja tzw. trudnych przypadków, połączona ze spotkaniem z chorym. Była to najlepsza szkoła psychiatrii. Kępiński uważał, że psychiatrii można się nauczyć jedynie w kontakcie z chorym, w dialogu z nim. Nie potrafił zrozumieć, jak pacjent może znudzić psychiatrę. Denerwował się, gdy mówiono o kimś, że to „banalny przypadek”. Kiedy studenci znużeni słuchaniem chorego prosili o spotkanie z następnym pacjentem, oburzał się: „Człowiek wam się znudził!”
Nie lubił psychiatrii „delikatesowej”, na jaką z natury rzeczy skazana była klinika uniwersytecka. Od lekarzy dyżurnych, przyjmujących chorych do kliniki, wymagał jednakowego traktowania każdego, niezależnie od statusu społecznego czy wykształcenia. Współpracowników dzielił nie według stopni naukowych, ale według postawy i stosunku do chorych. Reagował zdecydowanie, kiedy cele naukowe zaczynały dominować nad bezpośrednim dobrem chorego. Nie lubił zebrań administracyjnych, czas na nie poświęcany uważał za stracony. Nie pełnił też żadnych funkcji; kierownictwo kliniki objął dopiero na wyraźne polecenie rektora Akademii Medycznej.
„Sam nie robił nic, aby się wybić – wspominał jego następca na katedrze, prof. Adam Szymusik – wręcz odwrotnie: jakby był zawstydzony tą sytuacją, usuwał się w cień, na pierwszy plan wysuwając innych. Zwykle był tolerancyjny dla wszystkich, pobłażliwy i wyrozumiały dla różnych słabostek. (...) Nie znosił jednak manipulacji, fałszywych postaw, zawsze stawał w obronie tych, którzy się skarżyli, chociaż nie zawsze mieli rację. Unikał wszelkiej ceremonialności i oficjalności. Wielokrotnie, jakby przypadkiem, pojawiał się w klinice, kiedy ktoś miał swój pierwszy dyżur”. Nie traktował wszystkich jednakowo. Przeciwnie: wyróżniał i wspierał tych, którzy byli słabi; bardziej lubił tych, których inni nie lubili, kochał niekochanych.
Koncepcja psychiatrii aksjologicznej Kępińskiego zrodziła się w naturalny sposób z wyznawanej przez niego hierarchii wartości. Jej praktycznym wyrazem było dążenie do doskonałości, a maksymą postępowania wobec bliźniego były „wiara, nadzieja i miłość”.
Nie bez powodu sięgał Kępiński do Pisma Świętego jako Księgi Ksiąg, ale też jako – jak czasem mawiał – najlepszego podręcznika psychiatrii. „Ci, którzy go dobrze znali – napisał jeden z jego uczniów, Andrzej Jakubik – pamiętają, że był przepojony pierwiastkiem religijności, czyli posiadał coś w rodzaju immanentnej potrzeby wiary religijnej”. Swe uczucia religijne traktował jednak jako wartość prywatną i intymną.

Wobec chorych

Piątki przeznaczał na przyjmowanie chorych spoza kliniki, w większości byłych pacjentów. Przed „piwniczką Kępińskiego” od świtu gromadziły się rzesze ludzi. „Ten malutki pokoik w piwnicy – opowiadał jeden z pacjentów – to okienko poniżej poziomu chodnika tworzyło specyficzny nastrój. W fotelu siedział Docent, palce miał założone na policzek, brodę opartą na ręku – i słuchał. Słuchał, słuchał i sam niewiele mówił. Ale to, co mówiliśmy, to było pełne... szoku. Siadam przy Kępińskim i opowiadam o swoich spostrzeżeniach... W pewnym momencie pyta mnie Docent: jak wyglądają te Pańskie zjawiska na ulicach? Więc ja mówię: wysuwanie języków, złośliwe śmiechy, znaki rękami... – I to tak wszędzie, gdzie Pan chodzi? – Wszędzie! – Niech się Pan ubiera, idziemy na Rynek. Wziął mnie pod rękę, przeszliśmy miasto, okrążyliśmy Rynek. Dostrzegałem te swoje »złudzenia«, może w mniejszym stopniu, może dlatego, że nadający widzieli, że nie jestem sam, a może dlatego, że uspokajała mnie obecność Docenta Kępińskiego”.
Swą postawę wobec chorych wyraził w prostym, choć może kontrowersyjnym aforyzmie: „Pacjent ma zawsze rację”. Oddziaływał leczniczo przede wszystkim słowem i umiejętnością empatii – wczucia się w stan psychiczny drugiej osoby. Jako jeden z pionierów psychoterapii w Polsce, sformułował jej zasady i przestrzegał przed przyjmowaniem błędnych postaw: „błędu »naukowej obiektywności«, błędu »maski« i błędu »moralnej oceny«”. „Stosunek jego do pacjenta był cudowny – wspomina inny chory. – Siebie umniejszał, a nas wywyższał. Bo przypisywał sobie przeciętność, niezaradność, niezręczność, a nam siłę, sprawność, inteligencję i dobroć. Starał się dostrzec w nas, co dobre i piękne – i pięknieliśmy we własnych oczach, nabieraliśmy do siebie szacunku, nieraz po raz pierwszy w życiu akceptowaliśmy siebie... Był równorzędnym partnerem tych »podróży w głąb mojej duszy«. Ja czułem się jego przewodnikiem, bo to było moje wnętrze, nie jego. Poruszaliśmy się, jakby to była wyprawa grotołazów do niezbadanego, podziemnego labiryntu. Ja szedłem pierwszy i mówiłem, co widzę. Jednocześnie czułem się asekurowany przez postępującego za mną krok za krokiem profesora”.
W stosunku do chorych był życzliwy, akceptujący i – wdzięczny. Czasem mówił, że nie wiadomo, kto osiąga większe korzyści z psychoterapii: pacjent czy lekarz. Z przekonaniem powtarzał, że to nie pacjenci winni mu płacić, lecz on pacjentom – gdyż się od nich uczy. Zdarzało się, że do swej „prywatnej praktyki” po prostu dopłacał: biednym chorym dawał pieniądze na leki lub jedzenie.
Afirmował człowieka takim, jakim był: „wszystko, co dotyczy człowieka nie jest dobre czy złe, ani mądre czy głupie, ani piękne czy brzydkie – jest tylko ludzkie”. Człowiek stanowił dla niego wartość najważniejszą i bezwzględną.

Wobec choroby

Latem 1969 r. Kępińskiego zaczęły męczyć bóle kręgosłupa. W ciągu następnych miesięcy jego stan stale się pogarszał. „Z wakacji [1970 roku] wróciliśmy do Krakowa – wspominała jego żona, Jadwiga – i tu dowiedziałam się strasznej diagnozy, łudziłam się, że to pomyłka... Nastąpiło pęknięcie kręgu w kręgosłupie, a więc przez 3 miesiące łóżeczko gipsowe. Nie wrócił już do domu, tylko w Klinice Psychiatrycznej koledzy przygotowali mu jego pokój, w którym leżał i kierował kliniką. Pewnego dnia siostra Janina Zającowa przyniosła pięknie wykrochmalony kitel i powiedziała: »Panie docencie, robimy wizytę«. Ubrałam męża w kitel, słabiutkiego w tym gorsecie, dotykał tego kitla swymi pięknymi rękoma i dumny wszedł na oddział. I to mu dało szalone zadowolenie...”
Kępińskiemu dokuczały nerki, przyjęto go więc na pewien czas do Kliniki Nefrologicznej pod opiekę prof. Zygmunta Hanickiego. „Rychło okazało się – wspominał prof. Hanicki – że proces chorobowy nerek jest wtórny do procesu zasadniczego [stwierdzono u Kępińskiego obecność szpiczaka mnogiego, nowotwora układu krwionośnego – red.], który już wtedy równał się wyrokowi śmierci. Jestem przekonany, że profesor Kępiński szybko zorientował się, że choroba jest nieuleczalna. Doszło między nami do jakiegoś niepisanego porozumienia, że na temat prognozy nie będziemy w ogóle mówi沔. 
Od pierwszego dnia pobytu na nefrologii przystąpił do niezwykle intensywnej pracy. „Ta praca nasiliła się szczególnie w momencie, kiedy na trzynaście miesięcy przed śmiercią byliśmy zmuszeni zastosować leczenie hemodializą, tj. sztuczną nerką – wspominał prof. Hanicki. Czas „stracony” na dializy Kępiński nadrabiał, wstając o trzeciej nad ranem i przystępując do pisania. „Można powiedzieć, że cały testament jego życia został zamknięty w tym, co stworzył w klinice w ciągu tych kilkunastu miesięcy. To było coś zupełnie przeciwnego prawidłom biologicznym. Mimo że szalenie cierpiał, nadal chciał nieść pomoc swoim pacjentom.
Choroba, która bez litości niszczyła mu szpik, kości i nerwy, która głęboko zaburzyła jego metabolizm, nie zaburzyła metabolizmu jego mózgu. Przeciwnie, wyostrzyła zdolność percepcji, kojarzenia, syntezy; otwarła najszerzej pamięć, odkryła najgłębsze pokłady doświadczeń...”.
W największych cierpieniach Kępiński pisał „Schizofrenię”. „Budzony bólami wstawał o północy, zawijał się w koc, pił kawę i do piątej, szóstej rano pisał... Miał biedaczek bardzo obolałe ręce; w klawisze mógł uderzać po rozmasowaniu palców, natomiast pióra nie mógł utrzymać”.
Śmiertelna choroba przykuła Kępińskiego na ponad dwa lata do łóżka; ponad rok powtarzano dializy. „Ordynator wywiesił na drzwiach kartkę: »Ludzie, zlitujcie się! Stan ciężki!« Ale codziennie przewalały się tutaj tłumy gości. Nawet w chorobie był magnesem. Przyciągał ludzi nie tylko altruizmem, ale także tym – jak potwierdza większość gości – że wychodzili stąd uspokojeni”. W pamięci profesora Hanickiego zachował się obraz Kępińskiego przyjmującego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, „chyba tylko dlatego, żeby panu ministrowi nie sprawić przykrości. Powiedział wtedy: panie ministrze, może pan kłuć, ja mam gorset, mnie to nie boli...”
„Pierwszą poranną godzinę spędzaliśmy razem – opowiadał prof. Hanicki. – Potężnie fałszując, śpiewaliśmy »Kiedy ranne wstają zorze«, karmiliśmy jego kota, snuliśmy plany... Byliśmy świadomi śmierci, dlatego ceniliśmy wartość życia, choć nieuchronnie było go coraz mniej”.
Podczas ostatnich miesięcy choroby pełniliśmy dyżury lekarskie przy naszym Profesorze. Tak się złożyło, że mnie przypadł dyżur krytycznej nocy z 7 na 8 czerwca. W długim monologu agonii przewinęły się sprzeczności, jakie nurtowały Kępińskiego: wątek dobra i zła, miłości i nienawiści, Polaków i Niemców. Po dłuższej chwili milczenia, przed oddaniem ostatniego tchnienia, Kępiński powiedział: „Jestem gotów do przejścia na drugą stronę życia”.

Heroiczne wyzwanie

Jeśli zastanowić się, jaki ślad pozostawił Kępiński swoim życiem i dziełem, to wskazać trzeba przede wszystkim fakt, że stworzył wzór osobowy, model lekarza idealnego, którego dewizą był szacunek do chorego. We współczesnym świecie, nękanym dramatycznymi konfliktami i kontrastami, pokazał, że możliwa jest postawa Samarytanina. Postawa ta wynikała z wyznawanej przez Kępińskiego deontologii, w której związek lekarza i chorego oparty jest na miłości terapeutycznej, a wartości moralne są absolutne i ponadczasowe, gdyż wynikają z naturalnego porządku moralnego.
Rozwijając koncepcję psychiatrii aksjologicznej, spowodował powstanie głodu wartości także poza psychiatrią, w życiu społecznym. Zabiegał o godne warunki życia i leczenia dla psychicznie chorych, upominał się o ich prawa i godne traktowanie. W opinii Andrzeja Kokoszki, książki Kępińskiego uchroniły Polskę przed szkodliwym wpływem antypsychiatrii, a więc przed przeistoczeniem „więźniów szpitali psychiatrycznych w bezdomnych więźniów ulicy. Uczynił on znacznie więcej, gdyż pokazał, jak można połączyć podejście medyczne z humanistycznym, jak w praktyce pogodzić naukową wiedzę i ludzkie rozumienie chorego, jak leczyć, a zarazem z godnością traktować pacjenta”.
Poglądy Kępińskiego mogą się dzisiaj wydawać anachroniczne, nawet utopijne. Kępiński był świadom, że upowszechnienie takiego modelu bycia lekarzem, jaki sam reprezentował, jest mało prawdopodobne. Jego miłość do chorych graniczyła z postawą heroiczną.
W obliczu zbliżającej się śmierci napisał: „Bez śmierci życie straciłoby sens, swoje dynamiczne napięcie, stałoby się jakąś bezkształtną, czterowymiarową plazmą. Świadomość śmierci jest związana z egzystencją ludzką. Umiera człowiek, ale zostaje po nim słowo, specyficzny dla niego gest, klimat uczuciowy, który wokół siebie roztaczał, a więc jego jakby symbole, które zostały swego czasu rzucone w świat otaczający i w tym świecie się zatrzymały, podczas gdy ciało przestało istnieć. (...) I ten znak rzucony otoczeniu staje się nieśmiertelny”. 


Autor jest psychiatrą, pracuje w Instytucie Psychiatrii Collegium Medicum UJ i Instytucie Rehabilitacji AWF w Krakowie. Współpracuje z Papieską Radą Duszpasterstwa Służby Zdrowia. Uczeń Antoniego Kępińskiego, edytor jego listów i wyboru myśli „Autoportret człowieka”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl