A mój syn


Naturalne granice

JACEK PODSIADŁO



A mój syn jest, niestety, dzieckiem miejskim. Ma prawie siedem lat, ale jeszcze strach pozwolić mu przejść samemu na drugą stronę ulicy. Kiedy na wycieczce do lasu pogryzą go komary, prawie płacze, choć jest robakologiem.
A Wasz felietonista popadł właśnie w Białoruś i w związku z tym chce opowiedzieć o jednym z tych miejsc na ziemi, w których istnienie już się nie wierzy, a wciąż jeszcze się je znajduje. I o ludzkiej potrzebie gościnności. Ale po kolei.
Na pewno macie wyobraźnię i potraficie sobie wyobrazić Dniepr i jego ostry łuk, gdzie woda rozlewa się szeroko tworząc płyciznę przy jednym, a rwącą głębię przy drugim brzegu. Wyobraźcie sobie, że jeden brzeg, „nasz”, zaczyna się łagodnym stokiem szybko przechodzącym w stromiznę, na szczycie której szumią brzozy i milczą sosny. Wyobraźcie sobie też drugi brzeg, „tamten”, siedmiometrowy, niemal pionowy uskok, za którym rozciąga się płaska jak żołnierski dowcip łąka. A dalej, na horyzoncie, widać bloki i fabryczne zabudowania Miasta. Miasto jest ładne i zadbane, ponieważ we wsi odległej o 10 kilometrów urodził się prezydent Łukaszenka i teraz, kiedy jest prezydentem, zadbał o swoje miasto. Ale o Łukaszence możecie od razu zapomnieć. Lepiej wyobraźcie sobie teraz kilka małych łodzi przy naszym brzegu i wędkarzy nieruchomych jak pomniki ludzi. Wyobraźcie sobie postacie brodzące od Miasta przez łąkę z pękatymi reklamówkami, a potem wyczekujące pół godziny lub godzinę na okazję do przeprawy. Po godzinie zaczynają się niecierpliwić i nawoływać: „Sasza! Sasza!”, albo: „Wala! Wala!”, albo po prostu: „Ludzie! Ludzie!”. Wreszcie ktoś litościwie wiosłuje ku nim, najpierw trochę wzdłuż brzegu, żeby wziąć poprawkę na silny nurt, a potem w poprzek Rzeki.
Po południu ruch na Rzece ustaje (po dłuższym pobycie w takim miejscu dziesięć rejsów na dzień naprawdę wydaje się ruchem). Ożywia się za to na tamtym brzegu. Z miasta przyjeżdżają wyglansowane limuzyny, otwierają się ich drzwi i na nasz brzeg dobiegają nieludzkie dźwięki rosyjskiego disco. Wyobraźcie sobie tych chłopaków w t-shirtach i rubaszkach, tombakowe łańcuchy i złote przeboje. Ci nie łowią ryb, wyciągają alkohol i tarzają się w trawie z dziewczynami w celu, który jest nam wiadomy, choć nie mamy lornetki. Po co nam lornetka, skoro staramy się ich nie zauważać? Łatwo sobie wyobrazić, że w ogóle ich nie ma, że to tylko jakiś fantom, urojenie.
Kiedyś chciano zbudować tu most, ale mieszkańcy wsi zdecydowali, że wolą zostać przy swoich łódkach i pokrzykiwaniu. Wolą przeprawiać się do Miasta, niż żeby Miasto przyjechało do nich. Aby dostać się tu przez najbliższy most, trzeba nadłożyć kilkanaście kilometrów. I na sam brzeg nie dojedzie się samochodem, jest tylko ścieżka dla krów i wędkarzy. My nie przyjechaliśmy tu samochodem.
Zawsze jest tak samo. Zjawiamy się we wsi i pytamy, czy można postawić namiot w tym ładnym miejscu. Wiemy, że się zdziwią, że pytamy, bo przecież miejsca na świecie nie brakuje, ale spytać trzeba. Zawsze pierwsze zjawiają się ciekawskie dzieci. Oglądają nas z daleka, potem podchodzą bliżej, wreszcie zaczynamy z nimi rozmawiać. Wiemy, że za godzinę cała wieś będzie wiedziała, że jest nas dwóch, jakie są nasze imiona, że przyjechaliśmy bez powodu, że lubimy się wygłupiać i mamy różne cuda: miniaturową kuchenkę gazową, dyktafon, scyzor z siedemnastoma ostrzami. Najodważniejszy i pierwszy przy nas jest dwunastoletni Sasza. Pieszczotliwiej Sania. Parę kroków za nim tupta ośmioletnia siostrzyczka, Nastia. Kiedy pierwszego wieczoru podczas pierwszego spaceru przez wieś Nastia biegnie za nami nad rzekę, jej babka wylatuje z domu z wielkim krzykiem. Normalna kolej rzeczy. Jeszcze jesteśmy obcy, jeszcze nie wiadomo, że nie jesteśmy pedofilami ani złodziejami, powoli. Nazajutrz rano idziemy do wsi, żeby spróbować kupić mleko i jajka, np. u matki Saszy i Nastii. Ale jest przeddzień święta, Radunicy, czyli dziadów wiosennych, i jajka są odłożone na prezenty dla dzieci, a wszelka żywność na ucztowanie na grobach. „A co ludzie robią podczas tej Radunicy?” „Rano sieją, w południe płaczą, wieczorem skaczą”. Wracamy z pustymi rękami, zawiedzeni i głodni, a wtedy Sasza wybiega z podwórka z reklamówką dobrych rzeczy i mówi: „To od mamy”. Chcemy jej zapłacić, ale wymawia się: „To po drużeski!” Obżeramy się, a potem Sania przewozi nas na drugi brzeg, a potem z powrotem, już z zakupami z Miasta. „Ile miałeś lat, jak pierwszy raz przepłynąłeś Dniepr?” „Sześć”. Fajny chłopak, ale kłamczuszek i samochwała, jak to dziecko. Dzieci nie chcą łakoci, pewnie tak je nauczono. Zamiast tego kolega Saszy, Dima, przychodzi z kolejną reklamówką: „To od mojej babki”. Już cała wieś wie, że rano byliśmy głodni. Żartujemy, że trzeba będzie postawić tablicę: „Przyjmowanie żywności dla Polaków w godz. 10.00 – 14.30”. Z jakiej to okazji, przecież babka nawet nie zna, dopytujemy Dimę. Pręży się i recytuje: „Heta czełowieczeska potreba pryimstwa”. Potem wciskamy mu czekoladę, nie chce, ale w końcu bierze. Rozmawiamy jeszcze chwilę i odchodzi. Potem sprzątamy i znajdujemy czekoladę sprytnie przykrytą gazetą. Potem idziemy do rodziców Saszy i wręczamy im reklamówkę z cukierkami dla dzieci. Potem oni odkrywają pod cukierkami butelkę Tokaju. No to potem przybiega Sasza i mówi: „Mama i tata zapraszają was w gości”. A potem już wszystko normalnie, pijemy do późna samahonkę z butelek po „Fancie”, rozmawiamy i żartujemy, i już wiadomo, że nie jesteśmy pedofilami i że nie będziemy tu nigdy głodni. „Ile lat miał Sasza, kiedy pierwszy raz popłynął sam na drugi brzeg?”, pytam Marinę. „Sześć albo siedem. Sami o tym nie wiedzieliśmy, dopiero ludzie nam powiedzieli: Sprytny wasz Sania, jak się go woła, żeby podpłynął, to pyta: a ile zapłacicie?”. A nazajutrz idziemy razem na cmentarz, gdzie nie zaprasza się obcych, pielgrzymujemy od grobu do grobu, przy każdym trzeba zjeść, a już napić się to koniecznie, ale żeby zapalić, trzeba się trochę oddalić, i jest płacz i śmiech, i podglądamy stare babule, jak trzy razy turlają przez mogiłę jajko w celu, którego nie znamy, a wieczorem, kiedy z tamtego brzegu znikają tombakowe limuzyny, te same babule śpiewają na naszym brzegu białoruskie pieśni przy ognisku. A potem idziemy spać, a rano Marina w eleganckim stroju wiosłuje do pracy na pocztę, ale przedtem przynosi nam słój zupy szczawielowej i pyszne draniki, i wiemy, że pora odjeżdżać, choć się nie chce. I tak jest zawsze. 

Jacek Podsiadło
podsiadlo@atol.com.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl