42 Krakowski Festiwal Filmowy


Prawdy, bujdy, męskie sprawy

ANITA PIOTROWSKA




A więc odbył się – choć właściwie wszystko wskazywało na to, że odbyć się nie powinien. W kuluarach Krakowskiego Festiwalu Filmowego mówiło się o cudzie; na finałowej gali przewodnicząca jury Agnieszka Holland użyła słów znacznie mocniejszych: mówiła o ignorancji i arogancji urzędników, spychających na margines tak ważną – bodaj najważniejszą – filmową imprezę w Polsce i ciągle jeszcze liczącą się na świecie. Jak długo to potrwa? Czy w tak spartańskich warunkach festiwal dożyje zaszczytnej 50-tki? W tym roku telewizja publiczna – główny producent i dystrybutor filmów pokazywanych w konkursie, odmówiła finansowego wsparcia imprezy. Byli, na szczęście prywatni sponsorzy, ale i tak na każdym kroku odczuwało się zaciskanie pasa, choć jednocześnie program festiwalu pękał w szwach. 
Na przekór kryzysowej sytuacji pojawiły się nieznane dotychczas wydarzenia: przegląd filmów internetowych czy warsztaty filmu animowanego dla dzieci. Odbywały się co prawda gdzieś na peryferiach imprezy konkursowej, ale z pewnością udało się im ożywić dotychczasową formułę festiwalu i znacznie odmłodzić jego publiczność. Wydarzeniem była też nagroda Smoka Smoków, którą w tym roku otrzymał sam Werner Herzog. Niestety, autor „Fata morgany” przepadł gdzieś w Nepalu i po nagrodę osobiście się nie stawił. Nie muszę dodawać, jak wielkie znaczenie medialne mogłaby mieć tutaj jego „żywa” obecność. Za to retrospektywa niezwykłych filmów dokumentalnych Herzoga: od „Krainy milczenia i ciemności” po „Julianes Sturz w dżungli” w kameralnej salce kina „Mikro” gromadziła istne tłumy: nie zrażała ani fatalna jakość kopii, ani iście tropikalny klimat. Były też nocne pokazy z cyklu „Muzyka świata”, przeglądy etiud studenckich, czy filmów nagradzanych w dalekim świecie. Jednym słowem – działo się dużo.
Największe emocje wzbudzał rzecz jasna konkurs. I w tym roku tradycji stało się zadość: poziom filmów polskich znacznie przewyższał jakość konkursu międzynarodowego. Dość powiedzieć, że aż dwa filmy polskie: „MĘSKA SPRAWA” Sławomira Fabickiego i „ROZWÓJ” Borysa Lankosza znalazły się w werdykcie jury zagranicznego. Zwyciężył skromny irański film „PARNIAN” – poruszająca dokumentalna opowieść o teherańskim archeologu, którego żona w nieludzkich męczarniach umiera na postępujący zanik mięśni. Bohater filmu żyje w dwóch światach: na co dzień zajmuje się odkrywaniem dawnych cywilizacji, szuka śladów minionego czasu, znaków życia sprzed tysięcy lat, po czym wraca do domu i rozpoczyna dramatyczną walkę z cierpieniem i śmiercią. Piękny, komunijny niemal gest, którym mężczyzna pozwala konającej żonie zaciągnąć się ostatnim papierosem, zapada w pamięć na długo. Lecz nagroda Grand Prix w tym przypadku może zaskakiwać: film przy całym swym natężeniu emocji grzeszy nie do końca przemyślaną kompozycją. A były w konkursie filmy pod tym względem wzorcowe: brytyjsko – ukraiński „DUST” – nostalgiczny portret ostatnich Żydów z dzisiejszej Odessy, czy czeski film „STAROWIERCY” – o żyjącej nad Dunajem rosyjskiej wspólnocie wyznawców dawnego prawosławia. Rasowe dokumenty w starym stylu – mistrzowsko sfotografowane, poetycko zmontowane, wyzwalające magiczną siłę obrazu. Być może czas takich dokumentów już przeminął: przypomnijmy choćby ubiegłorocznego „Misjonarza” Wojciecha Staronia, który przeszedł w krakowskim konkursie prawie niezauważony. Dzisiaj widz oczekuje kina bezpośrednich emocji, chwytającego życie „na gorąco”, czego skrajnie wynaturzonym przykładem są ekshibicjonistyczne produkcje telewizyjne. Precyzja i intelektualny namysł nie są w cenie. 
Najgoręcej dyskutowanym filmem festiwalu był „Rozwój” Borysa Lankosza – laureat obu konkursów (jury międzynarodowe oceniło go nawet o klasę wyżej). Film z jednej strony „stary”, nawiązujący do najświetniejszych tradycji dokumentu artystycznego, ale z drugiej – całkowicie nowatorski, kreujący swoją własną rzeczywistość. Twórcy „Rozwoju” opowiadają o ośrodku dla upośledzonych mężczyzn w Ojcowie, ale nie poprzestają na samej obserwacji. Wszystkimi możliwymi środkami wyrazu: malarskimi zdjęciami Marcina Koszałki, zgrzytającą w uszach muzyką Abla Korzeniowskiego czy „miękkim”, jakby onirycznym montażem, próbują wydobyć osobliwość tego zamkniętego dla nas świata. Osobliwość ta nie oznacza wcale jarmarcznego dziwowiska: w świat pensjonariuszy wchodzimy z wewnętrznymi oporami i lękiem, a także z nieufnością wobec narzuconej nam przez autorów formy, ale wychodzimy z tego świata jakby zarażeni jego tajemnicą. Scena balu sylwestrowego, w której bohaterowie przebrani w śmieszne szpiczaste czapki obtańcowują zaproszone „z zewnątrz” kobiety (czyżby kolejny w polskim kinie „chocholi taniec”?) czy piękna finałowa scena wycieczki nad morze, przywodzą na myśl słowa Michela Foucaulta: być może to właśnie przez obłęd, upośledzenie, inność biegnie droga do prawdziwego człowieczeństwa.
„FILM ŻYCIA – PAWEŁ I EWA” Michała Rogalskiego można by opatrzyć podobnym przesłaniem, choć dzieło to całkowicie odmienne. Oglądając je po raz pierwszy nie mogłam uwierzyć, że zrealizował ten film student łódzkiej szkoły filmowej. Nieśpieszna opowieść o żyjącej na skraju ubóstwa wiejskiej rodzinie z Anina (ona po szkole specjalnej, on rencista, do tego dwoje małych dzieci) zaskakuje dojrzałością spojrzenia. Autor filmu przygląda się swoim bohaterom z bliska, cierpliwie rejestruje ich codzienną walkę o przeżycie, drobne radości i smutki, ale niczego przy tym nie interpretuje, nie podpowiada. Pozwala temu małemu wycinkowi rzeczywistości w pełni zaistnieć. Otrzymujemy w ten sposób wyjątkowo nienachalny obraz ludzi szczęśliwych – pokazanych bez idealizowania i nadmiernej poufałości. Tego subtelnego tonu brakowało mi na przykład w słynnej fabularnej „MĘSKIEJ SPRAWIE”, nominowanej nie tak dawno do Oscara: opowiadając o wrażliwym chłopcu maltretowanym w szkole i w domu, Sławomir Fabicki nakręcił film głęboko przejmujący i niezwykle konsekwentny w metodzie realizacji. Jest w nim jednak pewne przerysowanie i niepotrzebny symboliczny naddatek. Sama historia chłopca wydaje się na tyle posępna i wyraziście zarysowana, że nie wymagała dodatkowych elementów drastycznych, takich jak choćby wątek skazanego na śmierć psa ze schroniska. Sprawiają one, niestety, że ten znakomity film momentami osuwa się w kierunku wysoce artystycznej reklamy społecznej, zrealizowanej w ramach programu walki z przemocą w rodzinie. „Paweł i Ewa” był pięknym filmem o ludziach; „Męska sprawa” to już (tylko?) zacny film o ważkim społecznym problemie.
I tu trzeba podkreślić, że tak zwane wielkie tematy – społeczne, polityczne, dokonujące rozrachunku z historią, choć obficie reprezentowane w konkursie, nie zyskały przychylności jury i próżno szukać ich w którymkolwiek werdykcie. Przepadły chociażby tak znakomite filmy dokumentalne, jak „CENA PRAWDY” Marcina Mamonia i Mariusza Pilisa, odsłaniająca kulisy wojny czeczeńskiej; jak wstrząsająca „SCHIZOFRENIA” Vity Zalakeviciute, powracająca do problemu radzieckich szpitali psychiatrycznych, w których zamykano nieprawomyślnych obywateli; jak niemiecki film „Henker. Der Tod hat ein Gesicht” – o instytucji kata w nowoczesnych społeczeństwach, czy amerykański „Gross Deutschland – USA” traktujący o nazistowskich fascynacjach Amerykanów. Faktem jest, że tego rodzaju filmy często bliższe są formule telewizyjnej. To raczej – by posłużyć się poręcznym rozróżnieniem wziętym z języka angielskiego – pożyteczne „documents”, formy o walorach publicystycznych, a nie szlachetne „documentaries”. 
Filmem próbującym zręcznie wymknąć się temu podziałowi był zwycięzca festiwalu ogólnopolskiego „HIMILSBACH – PRAWDY, BUJDY, CZARNE DZIURY” Stanisława Manturzewskiego i Małgorzaty Łupiny – rodzaj „portretu domniemanego”, w którym mieszają się fakty i anegdoty, powaga i zgrywa, życie i film. Przez ekran przewijają się najróżniejsze postacie z życiorysu Himilsbacha: żona, przyjaciele, koledzy aktorzy i koledzy kamieniarze, a także... bohaterowie jego prozy, wprowadzone do filmu w zainscenizowanych fabularnych etiudach. Każda z nich usiłuje dołożyć do jego biografii jakiś nowy element, nic jednak nie chce ułożyć się w spójną całość. Bogactwo i różnorodność zgromadzonego w filmie materiału jeszcze bardziej umacnia legendy tego najbardziej charakterystycznego w polskim kinie aktora-naturszczyka. Czy jednak ów sympatyczny, wyraźnie zorientowany na „kultowy” odbiór film rzeczywiście zasłużył na aż tak wysokie noty? Podobno jury było w tym względzie całkowicie jednogłośne, widzowie też bili sążniste brawa. Tylko dziennikarze i krytycy jakoś nie mogli wyjść ze zdumienia. W końcu było w czym wybierać.

*

Po zakończeniu festiwalu przychodzi czas na podsumowania. Wysoka jakość polskich filmów świadczy o tym, że warto wspierać gatunek zwany nazbyt skromnie filmem krótkometrażowym (niektóre tytuły miały prawie godzinne projekcje!). Międzynarodowe sukcesy filmów Lankosza czy Fabickiego dowartościowują w świecie marną kondycję naszej produkcji pełnometrażowej i być może przyczynią się do hojniejszego wspierania tego rodzaju niekomercyjnych przedsięwzięć. Muszą także zmienić się warunki selekcji do konkursu międzynarodowego, w którym zdarzają się tytuły znakomite, ale ogólny poziom nieodmiennie od lat kuleje. Skromne fundusze festiwalu skazują selekcjonerów niemal wyłącznie na filmy nadesłane, a że przy obecnych możliwościach technicznych film może zrobić prawie każdy, tytułów przyrasta z roku na rok i wyłuskanie wartościowych rzeczy z nawału filmowo-telewizyjnych półproduktów stanie się wkrótce pracą nieomal syzyfową. Tymczasem w całym cywilizowanym świecie, czyli wszędzie tam, gdzie prowadzi się zdrową politykę kulturalną i popiera ambitne imprezy, selekcje festiwalowe wyglądają inaczej: odbywają się objazdy po znaczących festiwalach, a na nich wybór tego, co najlepsze. Życzmy sobie tego w przyszłym roku. 





Jury Konkursu Międzynarodowego pod przewodnictwem Agnieszki Holland przyznało nagrody:

Grand Prix – Złoty Smok: „Parnian” (Iran), reż. Orod Attarpour

Nagrody Specjalne – Srebrne Smoki: „Męska sprawa” (Polska), reż. Sławomir Fabicki; „Rozwój” (Polska), reż. Borys Lankosz; „The Invasion” (Wielka Brytania), reż. Phil Mulloy


Jury Konkursu Ogólnopolskiego pod przewodnictwem Sławomira Idziaka przyznało nagrody:

Grand Prix – Złoty Lajkonik: „Himilsbach – prawdy, bujdy, czarne dziury”, reż. Stanisław Manturzewski i Małgorzata Łupina

Nagroda Główna – Srebrny Lajkonik: „Film życia – Paweł i Ewa”, reż. Michał Rogalski

Nagroda Specjalna – Brązowy Lajkonik: „Rozwój” reż. Borys Lankosz






AGNIESZKA HOLLAND
podczas ceremonii zamknięcia Festiwalu:


Widzę, że jest tu tak liczna grupa młodych, utalentowanych kolegów,
że byłoby naprawdę hańbą ze strony
i urzędów i tych instytucji, które decydują o istnieniu Krakowskiego Festiwalu, gdyby się okazało, że on „pięćdziesiątki nie dożyje”. Chciałam powiedzieć, że wydaje mi się czymś dość monstrualnym, że Polska Telewizja, która jest producentem większości prezentowanych tu filmów
i ich głównym dystrybutorem, nie uznała za właściwe włączyć się w sposób zarówno programowy,
jak i finansowy w organizację tego festiwalu. Nie mogę sobie tego wytłumaczyć inaczej niż pewnego rodzaju prywatą
i nieodpowiedzialnością urzędników. (...) Ale przecież już wiadomo,
że można [aktywny udział w tegorocznej imprezie wziął Jerzy Kapuściński z programu 2 TVP, organizując codzienne Studio Festiwalowe], że urzędnicy nie muszą być naszymi wrogami i że nie muszą być wrogami polskiej kultury. Wydaje mi się, że możemy się jakoś dogadać. Mam nadzieję, że jeżeli te słowa do nich dotrą, to nie obrażą się, do czego są w tej chwili bardzo skłonni, bo jak się krytykuje urzędników w dzisiejszych czasach, to oni się natychmiast obrażają (są jeszcze bardziej wrażliwi niż artyści, tylko zastanowią się nad tym, czy mogą przyjąć na siebie odpowiedzialność zarżnięcia jednej
z najważniejszych czy – nie najważniejszej polskiej filmowej imprezy, która ma już ponad 40-letnią tradycję. Która przeżyła komunizm
i mam nadzieję, że przeżyje również wolność. Dziękuję.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl