Sojusz wiedziony na pokuszenie

WOJCIECH PIĘCIAK



„Pocerowana pończocha jest lepsza niż podarta, ale nie świadomość” – pisał młody Hegel w czasach, gdy mężczyźni nosili jeszcze tę część garderoby. Czy rzeczywiście? Pomyślne losy polskich postkomunistów zdają się zadawać kłam twórcy dialektyki: SLD nie ma w sferze idei i kultury niemal nic do zaproponowania, a jest sprawniejszy od innych formacji w sprawowaniu władzy. Ale choć „podarta” świadomość nie przeszkadza Sojuszowi, może być problemem dla państwa
i społeczeństwa.



Kłopoty SLD z ideami widzą niektórzy postkomuniści. Na przykład ostatni premier PRL Mieczysław F. Rakowski, obecnie redaktor naczelny socjaldemokratycznego pisma „Dziś”, który w rozważaniach nad bezideowością w polityce („Trybuna” z 17 maja) stwierdza, że dzisiejsi politycy postrzegani są jako na wskroś pragmatyczni, wyżej niż ideowość ceniący sprawność rządzenia i „umiejętność (...) rozgrywania ludzi, zarówno swoich przeciwników, jak i zwolenników”. Czasem wędrują „od jednej partii do drugiej” za karierą i pieniędzmi; są zorientowani na media i wolą nikomu się nie narazić, dlatego poświęcają „szczerość oraz wyznawane wartości”, unikając debat na tematy ze sfery idei. 
Do swej formacji Rakowski adresuje gorzkie słowa: „Polityk okresu transformacji ustrojowej rezygnuje z inicjowania publicznych dyskusji o problemach wychodzących poza krąg doraźnych spraw. Na kongresach i konwencjach partie z reguły zajmują się grą wyborczą (...). Bywa oczywiście i tak, że przez wąski pragmatyzm przebijają się pytania godne uwagi. Np. jeden z przywódców SLD Krzysztof Janik na ostatniej konwencji tej partii m.in. stawiał pytanie, czym lewica różni się od prawicy? Na pytaniu się skończyło. A przecież jest ono bardzo ważne i na czasie”.

BEZ KULTUROWYCH ASPIRACJI

Mieczysław F. Rakowski zastrzega zarazem, że pragmatyzm nie musi być cyniczny: w końcu walka z bezrobociem to również walka o „wielką wartość nie tylko materialną, ale i moralną, jaką jest praca”.
Fakt, praca jest wartością. Ale „walka z bezrobociem” to cel, do którego można dążyć na wiele sposobów – i tu zaczyna się spór o model państwa, czyli także o idee. Można wydawać pieniądze na roboty publiczne, jak robił bezskutecznie w byłej NRD rząd Kohla, albo liberalizować rynek pracy, co uczynił w Hiszpanii rząd Aznara (bezrobocie spadło o połowę). To ostatnie zamierzał także rząd Millera, ale częściowo się wycofał pod naciskiem OPZZ. Na przykładzie bezrobocia widać, że spór nie musi przebiegać wedle tradycyjnego schematu lewica–prawica i nie jest on abstrakcją dla oderwanych od codzienności intelektualistów.
Demokracja to przecież otwarty konflikt nie tylko interesów, ale też idei (nie ideologii!). Spór nie tylko o podział pieniędzy, ale też o proponowany obywatelom model: państwa, gospodarki, społeczeństwa. Czy tymczasem SLD jest „bez kulturowych aspiracji”? – pyta retorycznie publicysta „Trybuny” Jerzy Niesiobędzki, postulując, by Sojusz odwołał się do „kulturowego etosu lewicy obcego komunistycznemu totalizmowi”, bo na razie „ograniczanie się eseldowskich liderów do spojrzenia czysto pragmatycznego zaciemnia horyzont” („Aneks”, dodatek „Trybuny”, z 17 maja). Autor łączy to z wezwaniem, by Sojusz wykorzystał szansę „kulturowego stymulowania społeczno-cywilizacyjnych przemian”, czyli by wsparł finansowo bliskie mu inicjatywy – jak kiedyś dotowany tygodnik „Wiadomości Kulturalne”, który upadł, gdy SLD stracił władzę w 1997 r. 
Po półrocznych rządach Sojuszu trudno dopatrzyć się jakiegoś spójnego myślenia. To raczej wypadkowa kilku czynników: wskazań sondaży (podejmowanie decyzji pod kątem sympatii wyborców), reagowania na sytuację (konsolidacja finansów publicznych), nacisków lobbies, których w Sojuszu jest wiele – nauczyciele z ZNP, OPZZ, b. funkcjonariusze SB, środowiska gospodarcze itd. Bardziej tu chyba, a nie w refleksie starej mentalności, szukać wypada – podobnie jak w przypadku AWS – skłonności do „kapitalizmu politycznego” i zachowania obecności państwa w gospodarce. 
Ale rządzenie bez idei, bez wyobraźni sięgającej poza następne wybory, nie uczyni państwa nowocześniejszym. Wejście do Unii jako idea to za mało, Unia to „tylko” narzędzie.

POLSKIE „NOŻYCE”

Polską politykę ostatnich 13 lat cechuje na pozór paradoksalne zjawisko „nożyc”. Oto w sferze sprawowania władzy, socjotechniki i organizacji partie „na prawo od SLD” do dziś nie osiągnęły stabilności i są symbolem skłócenia (AWS) lub braku skuteczności (UW). Nowe zaś twory (PO i PiS), jeśli nawet będą stabilne, są zbyt słabe, by sięgnąć po władzę – nie tworzy się rządu, mając 10 proc. poparcia. Inaczej Sojusz: on prezentuje się jako zdyscyplinowany aparat, który nawet tracąc władzę (1997 r.), nominalnie zyskał milion nowych wyborców. 
Równocześnie, jeśli spojrzeć na zaplecze intelektualne, okaże się, że to formacje „na prawo od SLD” mogą się pochwalić bogactwem zarówno ludzi, jak idei. Gdyby ktoś zechciał śledzić wydawnictwa książkowe, periodyki, działalność różnych fundacji i stowarzyszeń, czy wreszcie pisma nie związane z SLD, na łamach których komentuje się to, co w sferze polityki, filozofii, historii bądź gospodarki dzieje się ważnego w świecie, nie starczyłoby mu zapewne czasu ani pieniędzy. Inaczej jest po stronie SLD: tu rozciąga się intelektualna pustynia, a wyjątki raczej potwierdzają regułę. Nawet gdy „Aneks” (dodatek „Trybuny”) lub „Dziś” włączają się w aktualne dyskusje, kłopoty komunikacyjne zaczynają się często już na poziomie ich języka, przypominającego język nauk politycznych w PRL, dla młodego odbiorcy niezrozumiałego.
Ale nieprzystawalność zaplecza intelektualnego do umiejętności rządzenia, paradoksalna jest tylko pozornie. Kultura polityczna (nie chodzi tu o dobre obyczaje) i świadomość obywatelska elit Sojuszu jest na ogół niska. Nie powinno to dziwić. Obecni liderzy SLD w życie publiczne PRL wchodzili w latach 70. lub 80., gdy podobno nawet w PZPR mało kto wierzył jeszcze w ideologię. Uczyli się głównie czystej techniki władzy: jak się „organizować”, jak się utrzymać, „wycinając” konkurencyjne frakcje, „rozgrywając” różne grupy itd. 
Tamta socjalizacja polityczna skutkuje dziś wewnętrzną dyscypliną w SLD (której tak brakowało w AWS), elastycznością oraz działającymi w Sojuszu oraz na styku polityki i gospodarki więzami koleżeńskimi – dawni działacze SZSP i ZSMP rządzą teraz większością sektorów życia publicznego i wspierają się wzajemnie. 
O ile ludzie z „ostatniego rzutu” PZPR dobrze funkcjonowali w strukturach władzy PRL, w instytucjach demokratycznych działają często w sposób specyficzny: formalno-prawnie bez zarzutu, ale faktycznie tak, że wchodząc do nich i zdobywając w nich pozycję, jakiej nie mieli w latach 1993-97 – bo już bez zahamowań psychicznych – tworzą tam „patronat” partyjny (służba cywilna, media publiczne, sfery gospodarki zależne od Skarbu Państwa, samorządy to przykłady najbardziej widoczne; dziś SLD próbuje też kontrolować rozwój mediów prywatnych). 
Tymczasem demokracja to nie tylko ustrój, procedury wyborcze i prawo, ale także system instytucji i ich zakorzenienie oraz kultura polityczna. Pokolonialne kraje Afryki przepisywały konstytucję USA, partyjni bonzowie z posowieckich krajów Azji tworzyli partie, które nazwali demokratycznymi, na Ukrainie i Białorusi formalnie istnieją ustroje podobne do polskiego – i niewiele z tego wynika.

SONDAŻE I STRATEGIA 

W tamtych czasach, za „późnego Gierka” i potem, PZPR była już „partią władzy”, której celem była nie obrona ideologii (jak w NRD czy Czechosłowacji), lecz zapewnienie jako takiego spokoju społecznego. Efektem było nie dogmatyczne, ale elastyczne reagowanie ówczesnej władzy na sytuację społeczną, z przerwą na „dokręcanie śruby” w stanie wojennym.
Ludzie, którzy wstępowali wtedy do PZPR, w większości nie robili tego z przekonania. Byli oportunistami, których istotną cechą charakteru było także to, że – jak dobry policyjny negocjator – nigdy nie mówili „nie”, a wobec nacisku ustępowali, mniej lub bardziej. 
Współczesna wersja tamtej strategii to „rządzenie według sondaży”. Politycy SLD przywiązują do nich ogromną wagę. Widać to nie tylko w różnych działaniach rządu, ale także w ich uzasadnianiu, np. likwidowanie kas chorych z argumentem, że „większość ludzi ma ich dość”. Na tym tle funkcjonuje też populizm SLD: dostosowywanie polityki do oczekiwań wyborców oraz nacisków lobbies (np. zachowanie archaicznego szkolnictwa – technika i zawodówki – pod naciskiem ZNP, broniącego swych członków-nauczycieli przed reformą). 
Przejmowanie na powrót przez państwo Stoczni Szczecińskiej jest niebezpieczne nie tylko dlatego, że stanowi wyłom w strategii prywatyzacyjnej – podobne ruchy wykonywał w ostatnich latach wobec padających firm np. rząd Niemiec. Decyzja ta może wywołać silniejszy nacisk na rząd, by interweniował w podobny sposób w kolejnych zakładach. Czy SLD powie twardo „nie”?
„Rządzenie wedle sondaży” wpływa także na strategię polityczną Sojuszu. Gdy okazuje się, że na spadku popularności rządu zyskują nie PO, PiS i opozycja pozaparlamentarna (UW i Ruch Społeczny), ale „Samoobrona”, w kąt poszło przypominanie zmęczonemu recesją społeczeństwu, że rząd Buzka był zbiorowiskiem kryminalistów, a opozycja, która niedawno rządziła, nie ma moralnego prawa do oceniania SLD. Dziś głównym wrogiem Sojuszu jest Lepper.

ONI, CZYLI „WRÓG”

Dla demokracji problematyczna może być nie tylko „partia ideologii”, która ze swej wizji świata chciałaby uczynić normę, ale także ograniczająca się do socjotechniki haseł „partia władzy”, bez idei i wizji państwa. Oczywiście, SLD nie chce likwidować demokracji. Ale demokracja może mieć różny kształt. Może być demokracją jednej partii dominującej, w której formalnie wszystko wydaje się w porządku. W istocie jednak partia rządząca robi wszystko, by zapewnić sobie strukturalną dominację we wszelkich sferach życia, kontrolując także aktywność prywatną, powiązaną przecież z publiczną (prywatne media, gospodarka, samorząd). 
W takim systemie odmawia się opozycji prawa pełnoprawnego udziału w polityce. Retoryka Millera z ostatnich miesięcy to niemal lustrzane odbicie schematu, jakim posługiwała się część prawicy w latach 90.: odmawiała ona wszystkim poza sobą prawa do przymiotnika „patriotyczny”, aspirując do wyłączności na reprezentowanie społeczeństwa. Premiera wspiera Mieczysław F. Rakowski, zastanawiając się w „Trybunie”, czy społeczeństwo nie powinno zostać przeproszone przez „winnych” zmian w gospodarce po 1989 r.
Czasem można odnieść wrażenie, że dla niektórych polityków SLD opozycja to nie partner, z którym się spiera, a czasem współpracuje, ale „wróg”, „szkodnik”, którego należy zwalczyć. Taki język, rodem z PRL, pobrzmiewa w wypowiedziach liderów Sojuszu i sympatyzujących z nim publicystów. Kiedy opozycja krytykowała ministra zdrowia, komentator „Trybuny” (z 14 maja) stwierdzał, że „prawica traktuje go [min. Łapińskiego] obyczajem karczmy i bazaru”.
Widać nawet pokusę, aby konflikty z opozycją deprecjonować jako „partyjniactwo”, a opozycję jako „chuliganów” albo nawet zagrożenie. Pouczająca jest lektura kolumny opinii w „Trybunie”, zawierającej także głosy czytelników. Dominują tam ostatnio utyskiwania, że w Polsce w ogóle istnieje coś takiego jak opozycja: premier pracuje jak wół, cóż, gdy szkodniki rzucają kłody. „Jak można mieć zaufanie do Sejmu, w którym znalazło się aż 125 posłów głosujących za wotum nieufności dla ministra zdrowia” – pyta czytelnik z Warszawy, tęskniący widać za czasami, gdy w Sejmie wszyscy byli „za”. „Ciągle myli się w środkach masowego przekazu politykę z partyjniactwem” – wtóruje inny („Trybuna” z 14 maja). „Trzeba wyjaśniać, czym grozi dojście do władzy w samorządach członków PO, PiS, Samoobrony, UW, LPR, RS” – wzywa rząd kolejny czytelnik („Trybuna” z 29-30 maja). 

CZY HEGEL MIAŁ RACJĘ

Takie opinie pojawiają się niemal codziennie, dobrane przecież świadomie przez redaktorów. Może nieświadomych, że demokracja potrzebuje tyle konfliktu, ile to konieczne oraz tyle konsensu, ile to możliwe, a konflikty to stan w demokracji normalny. Można zrozumieć, że społeczeństwo „w tzw. wolnej Polsce” (takie określenie pada w komentarzu „Trybuny” z 29-30 maja) jest zmęczone politycznymi sporami i podziałami partyjnymi. Trudno nawet, by było inaczej, skoro zjawisko to obecne jest też na Zachodzie, ostatnio coraz silniejsze. 
Ale też na Zachodzie nikomu, poza politykami skrajnymi, nie przyszłoby do głowy, aby w imię umacniania swej władzy niszczyć – w Polsce tworzącą się dopiero – demokratyczną świadomość w społeczeństwie. 
Mówiąc językiem Hegla: fakt, że świadomość „wąsko pragmatycznych” polityków SLD jest tak bardzo „pocerowana”, był do niedawna głównie problemem ich samych. Teraz to problem nas wszystkich.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl