Dwanaście koszy ułomków


Grzech zaniedbania

KS. STANISŁAW MUSIAŁ SJ




Tego jeszcze brakowało! Łzy w „prezencie” na moje urodziny. W przeddzień mego święta przyszła do mnie nieznajoma młoda kobieta, cała we łzach. Nie wiedziała nic o mojej rocznicy. Czysty przypadek? Nie! Bo „przypadki” to incognito Boże. Trzymała w ręku 11. tegoroczny numer „TP”. Od razu domyśliłem się, co ją do mnie sprowadziło. Opublikowałem w tym numerze mały tekst przeciw aborcji, pt. „Miecz Damoklesa”. Wyznała mi, ciągle płacząc, że ma ciężki grzech przeciw życiu na sumieniu i po przeczytaniu mojego tekstu nie może znaleźć sobie spokoju. Wywiązała się długa rozmowa. Co ją pchnęło do aborcji? Egoizm? Chęć zaoszczędzenia dziecku przyszłych cierpień (badanie prenatalne miało wykazać, że dziecko urodziłoby się najprawdopodobniej jako niepełnosprawne)? Niewiedza, że chodzi tutaj o istotę ludzką? Niech prawdę pokryje płaszcz miłosierdzia i milczenia. Na zakończenie powiedziałem mojej rozmówczyni: „Siostro, nie jesteś morderczynią! To prawda, zgrzeszyła Pani ciężko przeciw życiu, ale nie jest Pani morderczynią. My wszyscy grzeszymy przeciw życiu. Każdy inaczej. W różnoraki sposób. Różnorako ciężko. Nikt wobec życia nie jest bez winy”.
Odbyłem przed nieznajomą „spowiedź” z mego zasadniczego „grzechu” przeciw życiu (proszę nie oczekiwać na tym miejscu ani budujących, ani skandalicznych wynurzeń). Trochę, by ją pocieszyć, ale i także, by jej pokazać, jak nasza sytuacja jest podobna, choć diametralnie różna. Od pewnego czasu melduje się u mnie regularnie przedziwne poczucie winy – że nie „otworzyłem” świata żadnej nowej istocie ludzkiej. Gdybym był niewierzącym, to nie robiłbym sobie z tego tytułu większych wyrzutów sumienia. Trudno, powiedziałbym sobie. Nie dałem życia nikomu, to wielka szkoda. Ale szkoda ograniczona w czasie. Bo i tak nasze życie – postrzegane tutaj moimi oczyma jako „niewierzącego” – zapala się i gaśnie jak świeca. Przeżywamy je „od do”, jak meteoryty, ukazujące się „znikąd” i zapadające w „nikąd”. Uważam się jednak za człowieka wierzącego (choć tak naprawdę udaje mi się nim być i „przeżywać” siebie jako takim tylko od czasu do czasu, „błyskowo”, jak aparat fotograficzny w akcji). Jako wierzący powinienem wiedzieć, że każde życie znajduje swe dopełnienie w wieczności, w Bogu i jako takie będzie przemierzaniem bez końca niepojętych Szczęśliwości Bożych. Czy wolno „pozbawić” kogoś udziału w szczęśliwości wiecznej przez to, że nie da mu się życia? (Czy można mówić o prawie do istnienia?) Zdaję sobie sprawę, że można by to rozumowanie posunąć aż do absurdu: iż powinno się dawać życie ludzkie, w porę i nie w porę, wedle biologicznych możliwości – byleby tylko „zapełnić” Niebo szczęśliwymi istotami. Przyznam się, że nie mam gotowego argumentu, by tę makabryczną logikę zastopować.
Starcza erotyka? Poszukiwanie utraconych szans? Uszczknięcie przez szybę wyobraźni zakazanego owocu? Nie! Moje przeżywanie „grzechu zaniedbania” w wymienionej materii jest prawdziwym bólem, rzeczywistą bezradnością intelektualną, by uporać się z tym problemem. Moja wyobraźnia uaktywnia się. Zaczyna mi dostarczać obrazów z krainy możliwości. Może któreś z moich dzieci, gdybym je był spłodził, byłoby bardzo szczęśliwe w życiu albo nieszczęśliwe i przeklinające tych, którzy wydali je na świat. Może któreś byłoby wyjątkowo uzdolnione albo upośledzone umysłowo czy niepełnosprawne fizycznie. A może któreś zostałoby księdzem lub siostrą zakonną albo wyrosłoby na świętego/świętą lub przestępcę/przestępczynię. Nie wiem. Jedno wiem na pewno, że wszystkie – jak każda istota ludzka – byłyby powołane do szczęścia wiecznego. Teraz wiem: nie będzie dla nich ani szczęśliwych, ani nieszczęśliwych dni na tym świecie, ani wiekuistej szczęśliwości czy nieszczęśliwości, bo nie zaistniały w ogóle. Z „winy”? Dyscypliny kościelnej? Moich ślubów zakonnych? Z mego zakochania się w Chrystusie? A może całkiem po prostu z „winy” mego wygodnictwa, właściwego celibatariuszom (z przerażeniem stwierdziłem kiedyś, że po 5 godzinach pilnowania 4-letniego synka u moich znajomych czułem się tak zmęczony, że przez całą resztę dnia, choć wolny, nie byłem zdolny do jakiejkolwiek pracy). 
Mówiłem nieznajomej, która przyszła do mnie z „Tygodnikiem” w ręku, także o innych grzechach przeciw życiu popełnianych przez nas, przez wszystkich ludzi: przez świętych i nie-świętych, przez papieży, biskupów, księży, zakonników i zakonnice, i ludzi świeckich. Różnorako i w różnym stopniu. Bo – by podać choćby kilka przykładów – fakt, że średnia wieku mieszkańców niektórych krajów wynosi 40 lat, nie płynie z tego, iż „tak im jest pisane u góry”, tylko – obok innych powodów – również i z racji bezczynności nas, sytych obywateli „krajów zachodnich” wobec niesprawiedliwości, jaka panuje pomiędzy krajami bogatymi i biednymi. Albo: nie tak dawno, nie kto inny tylko kardynał Joseph Ratzinger, stróż prawowierności w Kościele, zwracał uwagę, że Kościół jakby jeszcze nie dostrzegł problemu przeludnienia w świecie, zwłaszcza w niektórych krajach. A ilu świętych, których czcimy dzisiaj na ołtarzach, czy też ludzi Kościoła miało odwagę dostrzec, by nie powiedzieć już „napiętnować”, niesprawiedliwość społeczną. Papież Leon XIII ze swoją encykliką „Rerum Novarum” (1891) – pierwszą encykliką papieską o tematyce społecznej – spóźnił się w stosunku do Manifestu Komunistycznego o 43 lata.
Katalog grzechów przeciw życiu jest tak „bogaty”, jak samo życie we wszystkich swoich przejawach. I każdy z nas pisze swoją własną długą listę grzechów przeciw życiu, także – a może przede wszystkim – grzechów zaniedbania. Nie wolno nam rzucać kamieniem na nikogo. By nie stanął przy nas Chrystus i nie zaczął pisać palcem na piasku naszego życia naszych własnych grzechów.


Wybór artykułów ks. Stanisława Musiała, publikowanych w „TP” pt. „Dwanaście koszy ułomków”, ukazał się w Wydawnictwie Literackim.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl