Paweł i Anna

Alina Merdas RSCJ




13 maja minęła pierwsza rocznica śmierci Pawła Hertza, a kilka dni wcześniej – szesnaście lat od śmierci Anny Kamieńskiej. W sobotę rano, 10 maja 1986 roku, poczuła się źle, więc zadzwoniła do syna Janka, który natychmiast przyjechał i autem zawiózł ją do szpitala. Tam EKG niczego nie wykazało, ale skarżyła się na bóle koło mostka, zapowiedź zawału, który przyszedł w południe. Kilkugodzinna reanimacja nie udała się, Anna odeszła do Boga, którego „znalazła, gdy szukała Umarłego” – jak wyznaje w swym „Notatniku”.
Myślę, że Paweł Hertz nie szukał, tylko niestrudzenie szedł... W związku z tą pierwszą rocznicą zorganizowano spotkania jemu poświęcone czy zadedykowane, wmurowano tablicę na domu, w którym mieszkał, napisano artykuły. Zastanowił mnie fakt, że żadna z tych bardzo pięknych wypowiedzi, próbujących ukazać osobowość Pawła Hertza, nie dotknęła sprawy jego chrztu. Chrzest ten miał miejsce w roku 1978 albo 1979, bo pamiętam, jak czasem w czasie spotkań w duszpasterstwie środowisk twórczych Paweł, zabierając głos, zaczynał: „Ja jako katechumen” – w każdym razie przed rokiem 80. i ówczesną falą powrotu intelektualistów do Kościoła. Sakramentu tego udzielił mu o. Jacek Salij, ojcem chrzestnym był ks. Janusz Pasierb, a Paweł przyjął imię „Jan” i był odtąd Janem-Pawłem. Może wiedzieli o tym tylko wtajemniczeni, ale podczas Mszy w duszpasterstwie przystępował do Komunii św. i każdy mógł to zobaczyć. Paweł przychodził tam, jak mówił, „jako posłuszna owca”, ale wolał chodzić do św. Aleksandra. 
O tego typu sprawach mówiło się podczas naszych „kwartetów biblijnych”, jak określa to Marian Bizan, który namówił mnie do napisania tej wypowiedzi (sam pisze poważną do „Zeszytów Literackich”). Określenie „kwartet” nie jest ścisłe, bo piąty był ks. Wiesław Niewęgłowski, a spotykaliśmy się mniej więcej co miesiąc aż do śmierci Anny na tzw. partage d’Čvangile, na wspólną refleksję nad wybraną perykopą ewangeliczną. Ostatnie spotkanie, na dwa tygodnie przed śmiercią Anny, wyjątkowo poświęciliśmy temu fragmentowi Apokalipsy, w którym św. Jan mówi o niebie nowym i o ziemi nowej, bo te pierwsze już przeminęły...
Jeden z prelegentów wspomnianego spotkania rocznicowego, przedstawiciel pokolenia „pampersów”, podkreślał wagę, jaką miała dla Pawła rozmowa indywidualna. Myślę, że Paweł miał poczucie odpowiedzialności za przyszłość polskiej kultury i chętnie poświęcał swój czas młodemu pokoleniu jej twórców. Ale najbardziej cenił rozmowę w kilkuosobowym gronie, prawdziwe dzielenie się swymi poglądami i przemyśleniami na bardzo różne tematy; wypowiadanie się, uważne słuchanie, podejmowanie myśli drugich, co, gdy tematem było przesłanie Ewangelii, osiągało swój szczyt. Zdawało się, że czas stoi w miejscu, że istnieją tylko rozmawiający i prowadzony przez nich autentyczny dialog, nie mający nic wspólnego z dyskusją, a tym bardziej z polemiką. A kiedy taki dialog dotyczy Pisma Świętego, nabiera nie przeczuwanej głębi i buduje równie nie przeczuwane więzi osobowe.
Nie znałam Pawła dawniej. Anna twierdziła, że od czasu chrztu niezwykle złagodniał. Sama podziwiałam szerokość spojrzenia, otwarcie na człowieka i wielką tolerancję. Myślę, iż sam fakt, że ten, jak powiedziano, „najbardziej wykształcony Polak” w wieku 60 lat wybrał Chrystusa i Jego Kościół, musi zastanawiać i budzić refleksje.
Po roku 89. Paweł wystąpił z PEN-Clubu, bo, jak twierdził, „przestał wierzyć w życie związkowe”. A może zaczął już naśladować pociągający go przykład ciotki z Prousta, która najpierw przestała wyjeżdżać z miasta, potem wychodzić z domu i wreszcie opuszczać swój pokój? Mówił, że nie boi się śmierci, tylko umierania. Zmarł we śnie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl