LISTY





Lek na skrajną prawicę 

 

W tekście Klausa Bachmanna „Nowa integracja w czasach chaosu” („TP” nr 20/2002) o ekstremizmie i populizmie politycznym, zaniepokoiła mnie, przytoczona przez autora jako recepta, opinia Petera Thijssena – specjalisty od zjawiska alienacji politycznej. Brunatnej zarazie miałaby zapobiec integracja skrajnej prawicy w łonie prawicy umiarkowanej. Wydaje mi się, że to recepta niebezpieczna. Spór o to, czy skuteczniejszy od integracji jest bojkot można prowadzić bez końca, jednak zaledwie 2-proc. wzrost popularności Vlaams Blok w Belgii od 1999 r. i niewielki przyrost poparcia dla Le Pena w ostatnich wyborach prezydenckich we Francji, to wymierne skutki bojkotu ze strony umiarkowanych polityków. Gdyby nie to, Le Pen zyskałby o wiele więcej niż 17-18 proc. głosów.
Zwolennikiem integracji skrajnej prawicy jest były podwładny Le Pena – Bruno Mégret, który utworzył MNR – partię bardziej ekstremalną niż Front Narodowy. Jeśli włączy się ona w nurt umiarkowanej prawicy, cieszącej się blisko 50-
-proc. zaufaniem społecznym, możliwa będzie jej infiltracja, przesunięcie dalej na prawo, a w końcu opanowanie. Umiarkowana prawica jest dla Mégreta koniem trojańskim, który ma mu umożliwić zdominowanie sceny politycznej. Integracja, w rozumieniu Bachmanna i Thijssena, jest poza tym niemożliwa, bo wymagałaby przyzwolenia dla przynajmniej części skrajnych poglądów wyznawanych przez „zintegrowanego” ekstremistę. Czyż można być rasistą lub antysemitą tylko częściowo?
W drugiej turze wyborów prezydenckich Francja podzieliła się na część zachodnią, gdzie Chirac zebrał 80-90 proc. głosów, i wschodnią, w której Le Pen otrzymywał nawet 30 proc. głosów. Paryski demograf, matematyk i historyk – Hervé Le Bras zauważa różnicę między obu częściami: cytowane przez Bachmanna zmiany w hierarchii wartości, rozpad wielopokoleniowej rodziny czy sekularyzacja, zaszły dużo wcześniej na wschodzie Francji (w XIX wieku), niż na zachodzie (przed około 20 laty). Dlaczego osoby pamiętające dziadków mieszkających na wsi i rodziców przeprowadzających się do miasta, są głusi na syrenie śpiewy Le Pena, w przeciwieństwie do osób nie pamiętających exodusu? Według Le Brasa ci ostatni bardziej odczuwają, że dotarli do granic swych możliwości rozwojowych i są zablokowani przez system społeczno-polityczny. Jeśli diagnoza jest słuszna, ważnym środkiem zaradczym przeciwko skrajnej prawicy byłoby ułatwienie realizowania aspiracji poprzez edukację pozwalającą zdobyć atrakcyjny zawód. To jednak zadanie na wiele lat, a ekstremę trzeba ograniczać już teraz. Dlatego bojkot należy kontynuować.

JACEK KUBIAK
(Rennes, Francja)




Jak rządził Orbán

Artykuł Janusza A. Majcherka „Między Dunajem a Sekwaną” („TP” nr 19/2002) zawiera szereg, delikatnie mówiąc, nieścisłości. Orbán nie skupił węgierskiej prawicy eliminując konkurentów. Nie dopuścił jedynie do jej rozdrobnienia, nad czym pracowali po zmianie ustroju lewicowi agenci wbudowani w struktury partii. Partię Drobnych Rolników (z którą partia Orbána – Fidesz - Stowarzyszenie Młodych Demokratów, tworzyła koalicyjny rząd w latach 1998-2002) od dziesięciu lat rozbijał jej przywódca Jószef Torgyán wyłączając z jej szeregów wartościowych ludzi. Węgierskie Stowarzyszenie Chrześcijańsko-Demokratyczne zawiązało przed wyborami koalicję z Fideszem i przez to Młodzi Demokraci przyjęli w programie obronę wartości chrześcijańskich. Węgierskie Forum Demokratyczne przyłączyło się do tej koalicji i nie rozmyło się w jej strukturach, natomiast József Antal wzbogacił politykę Fideszu o koncepcje konserwatywne. Oprócz nich (nie licząc skrajnie prawicowej partii Istvána Csurki, która nie przekroczyła w wyborach 5-proc. progu) nie ma na Węgrzech innych liczących się sił prawicowych. Za sprawą Orbána te ugrupowania znalazły się w parlamencie i zachowały polityczną tożsamość. W Europie Środkowej to zdarzenie bez precedensu, jak i to, że po czterech latach sprawowania władzy partia prawicowa nie rozpadła się, ale umocniła pozycję. 
Pomyłką jest stwierdzenie, że Orbán podporządkował sobie media. Na Węgrzech jest zaledwie jeden dziennik („Magyar Nemzet”), który można nazwać prawicowym. To, że publiczna telewizja i radio przedstawiają racje prawicy nie oznacza, że ignorują opinie drugiej strony. Media w 80 proc. są w rękach międzynarodowych koncernów, które od czasu dojścia Orbána do władzy, prowadzą kampanię przeciwko jego osobie, rodzinie i polityce.
Dlaczego po 40 latach internacjonalistycznego bełkotu problemem ma być to, że ktoś jest dumny z ojczyzny i narodu? Dlaczego Fidesz zbiera cięgi za politykę wspierania Węgrów żyjących na obczyźnie? Orbán, inaczej niż podał autor, nigdy nie ogłosił się „premierem wszystkich Węgrów”, tylko nałożył obowiązek, zgodnie z pkt. 6. konstytucji węgierskiej, na każdy rząd, by zajmował się interesami rodaków za granicą. Jaki będzie los tych ludzi, jeśli nie pomoże im rząd? Ani Orbán, ani żaden inny polityk, nie zażądał odszkodowań dla Węgrów z krajów ościennych. Premier, cytując słowa Jana Pawła II, stwierdził jedynie, że każdy naród ma prawo budować swoją przyszłość. Mniejszość węgierska stanowi część narodu węgierskiego, a udzielona jej pomoc (gwarantowana przez „Kartę Węgra”) jest próbą uzupełnienia tego, czego kraje sąsiednie albo nie mogą, albo nie chcą dać. Nigdy też premier, czy jego rząd, nie zastanawiali się nad statusem ziem, które Węgry utraciły po I wojnie światowej. Wręcz przeciwnie, uczynili wszystko, by umocnić więzi z krajami ościennymi.
Nieprawdą jest, że po ustanowieniu „Karty”, Węgry popadły w konflikt z sąsiadami. Poza Rumunią i Słowacją, Jugosławia, Chorwacja, Słowenia i Ukraina przyjęły ją przychylnie. A węgierska mniejszość w Austrii nawet jej nie potrzebowała. Po zawarciu porozumienia pomiędzy premierami Orbánem i Nastase, rząd rumuński nie zgłasza pretensji przeciwko „Karcie Węgra”. Problem czyni z niej Słowacja, gdzie najsilniej postępuje asymilacja ludności węgierskiej, co zahamowałyby przywileje „Karty”.
Opinię, że Fidesz doprowadził do podziału społeczeństwa stworzyła postkomunistyczna opozycja. Dlaczego problemem jest przeciwstawienie wartości patriotyczno-narodowych nijakości? W czasie czterech lat rządów Młodych Demokratów wyrosło alternatywne społeczeństwo, które skonsolidowało się nie wokół politycznych ideologii, ale wartości narodowych, i stanowi siłę, której nie można lekceważyć. Przed drugą turą wyborów odbyła się przed parlamentem demonstracja popierająca Orbána i jego politykę, w której wzięło udział prawie dwa miliony ludzi. Ostatnie lata rozwinęły kraj gospodarczo i intelektualnie, dlaczego nazywa się ten okres niebezpiecznym i autodestrukcyjnym?
Zarzuca się Orbánowi, że występując przeciwko dekretom Benesza z 1945 r. rozbił współpracę w Europie Środkowej. Jak można jednym wystąpieniem rozbić współpracę czterech krajów? Współpracę Grupy Wyszehradzkiej, osłabionej polityką czeskiego premiera Klausa, odnowił w 1998 r. właśnie Orbán. Wypowiadając się na temat dekretów podczas spotkania w parlamencie europejskim, premier powiedział, że Węgry nie uważają dekretów za dobre (na ich mocy 700 tys. czechosłowackich Węgrów pozbawiono mienia, obywatelstwa i praw). Wyraził też nadzieję, że takie dokumenty nie będą obowiązywać w UE. Jeśli nie zrozumiano wypowiedzi, dlaczego nie próbowano tego wyjaśnić? Czyżby lepsza od dialogu była histeria?

EWA MONOSTORI
(Węgry)





Zbrodnie i cierpienia

Sporo pisze się i mówi o wypędzonych Niemcach („TP” nr 10 i 22/2002), może warto przypomnieć pewne fakty. Prawie 80 proc. Niemców opuściło Polskę w wielkiej ucieczce na przełomie lat 1944/45. Reszta Niemców wyjeżdżała od 1945 do 1948 r. po zawarciu traktatu wielkich mocarstw. Byli więc wysiedlani, a nie wypędzani. Oczywiście Niemcy opuszczający Polskę po 9 maja 1945 r. nie odjeżdżali salonkami, jednak Polaków z Kresów też nie wożono takimi środkami lokomocji na ziemie zachodnie. Jesienią 1939 r. to Niemcy wypędzili Polaków z kolonizowanej Wielkopolski i Pomorza, publicznie mordując na rynkach miast, o czym mówią tablice w Kościanie, Śremie, Gostyniu i innych.
Jest w Słupsku pewien proboszcz czyniący słuszne starania (które trzeba wesprzeć) dla trwałego upamiętnienia ofiar zatopionego przy polskim wybrzeżu m/s Wilhelm Gustloff. Niedawno TV Discovery pokazała chrzest i wodowanie tego statku z namaszczeniem Adolfa Hitlera. Niemieckie zbrodnie i niemieckie cierpienia to fakty. Pierwszych nie wolno zasłaniać innymi.

ANDRZEJ HEYDEL
(Poznań)




Tylko źle?

Mieszkam we Wrocławiu od 1946 r. (od tego czasu jestem też czytelniczką „TP”) i uważam siebie za wrocławiankę, choć nie tu się urodziłam. Dziękuję za tyle miejsca poświęconego mojemu miastu w „TP” nr 22/2002. Zgłaszam jednak zdecydowany sprzeciw wobec obrazu wyłaniającego się z artykułu Jędrzeja Morawieckiego „Palę Wrocław”. Z radością przyglądałam się, jak moje miasto w ostatnich latach piękniało w oczach, co nie oznacza, że wszystko mi się podobało i podoba. Zgromadzenie jednak tak wielu opinii negatywnych na każdy bez wyjątku temat, twierdzenie, że oddają one oblicze miasta oraz opatrzenie cudzysłowem słowa „sukces” – jest przesadą. Pisząc, że „Rynek jest jedynym wyznacznikiem wrocławskiej tożsamości”, opis zachowania się (w domyśle wszystkich, czy przynajmniej większości) wrocławian w czasie powodzi, przytaczanie ujemnych zjawisk, związanych z kryzysem w całym kraju, i przypisywanie ich w specjalny sposób Wrocławowi, stworzyły fałszywy obraz miasta. Nie równoważy go wypowiedź Normana Daviesa (trudno byłoby mu przecież źle mówić o mieście, któremu poświęcił ostatnią książkę) ani trzy krótkie wypowiedzi zaangażowanych wrocławian. Artykuł ten wyrządza krzywdę kochanemu przeze mnie miastu i mam o to żal. 

EWA UNGER
(Wrocław)




Oświatowy bożek

Łatwo zauważyć, że edukacja zmierza w kierunku wypracowania w uczniach umiejętności rozwiązywania testów (mniej ważny staje się rozwój intelektualny.) Nauczyciele uczą „pod testy”, bo efekty ich pracy często oceniane są wyłącznie na podstawie wyników testu – współczesnego oświatowego bożka. Wiadomo, że w każdej klasie jest grupa uczniów, którzy chcą osiągnąć edukacyjny sukces. Pozostali uczniowie są statystami. Jak ma pracować nauczyciel, aby nie skrzywdzić tych pierwszych i nie zatracić statystów? Odpowiedź, w języku ministerialnym, brzmi: realizować program nauczania tak, aby każdy uczeń osiągnął pozytywny wynik w czasie testów. Jak jednak porównać (i ocenić) pracę nauczyciela w renomowanym, zajmującym wysoką pozycję w rankingu szkół, liceum z pracą jego kolegi w przeciętnym, małomiasteczkowym? Obaj pracują rzetelnie, tylko że obiektywne wyniki ich pracy są różne, bo często wiedza i umiejętności ucznia u progu „renomowanego” liceum są porównywalne z umiejętnościami ucznia kończącego liceum „przeciętne”.
W szkole ważne jest to, co dzieje się w trakcie realizacji programu nauczania. Proces dydaktyczny (i wychowawczy) przebiega prawidłowo, gdy każdy uczeń jest w stanie odkryć i rozeznać swoje możliwości intelektualne, a rozwijając je przeżyć coś w rodzaju „intelektualnej przygody”. Wówczas testy nie będą celem, a jedynie jednym ze środków do niego prowadzącym. Czy jest to myślenie utopijne i dydaktyczne chciejstwo? Odpowiadając, pomyślmy o ostatnich tragicznych wypadkach w erfurckim gimnazjum.


ANDRZEJ OSTROWSKI
emerytowany nauczyciel
(Bolesławiec, woj. dolnośląskie)


P.S. W rządowym „Raporcie Otwarcia”, sporządzonym na początku rządów obecnej koalicji, znalazłem stwierdzenie: „W ostatnich latach system kształcenia nauczycieli w szkołach wyższych i kolegiach nauczycielskich dryfował bez powiązania z potrzebami systemu oświatowego”. Jak na razie nie dostrzegam żadnych działań rządu, które miałyby zlikwidować ową nieprzystawalność. Być może od nowego roku szkolnego i akademickiego rząd zechce wykorzystać powołania nauczycielskie (na które nie ma wpływu) doskonaląc system kształcenia nauczycieli (na który ma wpływ).



Więcej optymizmu...

W interesującej rozmowie, jaką Barbara N. Łopieńska przeprowadziła z Piotrem Sommerem („Tkać i pruć”, „TP” nr 16/2002), znalazłem takie oto stwierdzenie redaktora naczelnego „Literatury na Świecie”: „My może w ogóle się przewrócimy, bo pracujemy na stykach możliwości, a Ministerstwo Kultury obcięło właśnie naszemu wydawcy poważną część dotacji. Wydawca, czyli Biblioteka Narodowa, redukuje z kolei nas. W ustach aspiracje »europejskie«, a w praktyce chyba jednak brak przywiązania do nielicznych instytucji kulturalnych, które od lat są rzeczywistym pomostem międzynarodowo-kulturalnym”.
Nie jest dla mnie jasne, czy kąśliwość ostatniego zdania odnosi się do Ministerstwa Kultury, czy również do mnie – dyrektora BN i wydawcy tzw. czasopism patronackich. Tak czy inaczej – wyjaśniam. Jesienią 1998 r. współuczestniczyłem, jako podsekretarz stanu przy minister Izabeli Cywińskiej, w ustanawianiu kategorii: czasopisma patronackie. Dzięki temu „Dialog”, „Literatura na Świecie”, „Nowe Książki”, „Ruch Muzyczny”, „Twórczość”, a od dwóch lat i „Nowaja Polsza”, nigdy nie były zagrożone. Parę lat temu współdecydowałem z moim kolejnym szefem, ministrem Kazimierzem Dejmkiem, w zleceniu BN funkcji wydawcy czasopism patronackich. Dzięki temu redaktorzy naczelni tych tytułów nie muszą kłopotać się o finansowe minimum minimorum na wydawanie czasopism, ponieważ odpowiednia kwota znajduje się w budżecie wydawcy.
Zapaść budżetu państwa dotknęła także Bibliotekę Narodową. Lojalność wobec kierownictwa Ministerstwa Kultury oraz nić partnerstwa, jaka mnie łączy z przełożonymi, upoważniają mnie do oświadczenia, że tak minister Andrzej Celiński, jak jego zastępca Rafał Skąpski dokładają starań, aby BN otrzymywała godziwe dotacje. Dają jednak tyle, ile mogą, czyli – mniej niż w roku ubiegłym.
Po różnych przymiarkach i rozmowie w Ministerstwie Kultury uznałem, że moim głównym obowiązkiem jest przeprowadzenie BN przez ten rok z jak najmniejszymi stratami. Gdybym zapewnił czasopismom patronackim dotację na poziomie wydatków ubiegłego roku, musiałbym ograbić Bibliotekę aż po granice nieodpowiedzialności. Nigdy tego nie zrobię, ponieważ jestem odpowiedzialny za całą BN, a nie tylko za czasopisma patronackie. Czasopisma patronackie są narodowymi instytucjami kultury i jestem dumny, że mogę być ich wydawcą. Nie mogę jednak np. zawiesić wydawania bibliografii zawartości czasopism, czy zamknąć czytelnie na parę miesięcy.
Piotr Sommer narzeka: „Nie mamy etatu dla hispanisty ani dla slawisty, ani skandynawisty, ani choćby dla jednego redaktora, który zajmowałby się literaturami języków kulturowo odleglejszych, więc robi się to pismo z wielkim trudem”. Jeśli nie otrzymam specjalnej dotacji z Ministerstwa Kultury dla „Literatury na Świecie”, nie widzę szans na spełnienie tych marzeń. Musi wystarczyć to, co jest: 7,6 etatu oraz grono współpracowników opłacanych na zasadzie umowy o dzieło. Zapewniam natomiast, że planuję przekazać w tym roku „Literaturze na Świecie” kwotę, która wystarczy na utrzymanie redakcji i wydanie zaległego zeszytu grudniowego oraz czterech łączonych tomów za rok bieżący. Mam też podstawy przypuszczać, że w roku przyszłym „Literatura na Świecie” będzie ukazywać się co najmniej jako dwumiesięcznik.
Więcej optymizmu, Piotrze Redaktorze. Czy wolno mi oczekiwać od poety, humanisty i redaktora współczucia z wydawcą w tym trudnym roku?


MICHAŁ JAGIEŁŁO
dyrektor Biblioteki Narodowej






LISTY – prośba o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl