Komentarze

 


Andrzej Łukowski A może przez morze...

Józefa Hennelowa Co dalej z Cmentarzem Orląt

Artur Klimaszewski Kaszmir: generał na rozdrożu

Krzysztof Burnetko Sąd a granice uczuć religijnych

 

 




  
A może przez morze...


Na ostatnim szczycie Rosja–Unia Europejska Władimir Putin oczom zdumionej publiczności zaprezentował cokolwiek zapomniany styl uprawiania dyplomacji. Swego czasu gensek Nikita Chruszczow walił butem w trybunę podczas sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych, subtelnie wyrażając sprzeciw ZSRR wobec polityki Zachodu. Tym razem prezydent Putin lodowatym głosem „złego śledczego” domagał się od UE gwarancji zniesienia wiz lub utworzenia korytarzy eksterytorialnych dla mieszkańców obwodu kaliningradzkiego. Jego ostre słowa wywołały zdziwienie w zachodnich kręgach politycznych, które już zdołały przyzwyczaić się, że Putin odgrywa rolę „dobrego śledczego”, pragnącego uregulowania stosunków z sąsiadami.
Rosyjskie media rozpętały narodową histerię pod hasłem „nie oddamy ni piędzi ziemi”; a wymóg wizowy uznano wręcz za zamknięcie obwodu we wrogim okrążeniu. Musi to dziwić z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, jeżeli wizy będą tanie, wieloletnie i łatwo dostępne, nie będą utrudnieniem w legalnym ruchu osobowym. Po drugie, nie wytrzymuje krytyki wysuwany przez stronę rosyjską argument, że nowe przepisy związane z przystąpieniem przez Polskę i Litwę do układu z Schengen uniemożliwią kontakty kaliningradczyków z krewnymi mieszkającymi w „wielkiej” Rosji. Przecież do niedawna mieszkańcy twierdzy Kaliningrad nie mogli wyściubić nosa poza swoją miejscowość (zmilitaryzowany region w czasach sowieckich podlegał szczególnym rygorom), stosunki z rodzinami były zatem ściśle reglamentowane przez władze (w rzeczywistości całkowicie ustawały). Dziś natomiast znakomitej większości mieszkańców obwodu zwyczajnie nie stać na dalekie wyprawy w głąb Rosji. Najczęściej powodem „podróży” kaliningradczyków jest albo przygraniczny handel walizkowy albo przemyt na większą już skalę. Nie wolno też zapominać, że obwód to idealny obszar tranzytowy dla nielegalnych imigrantów.
Wobec dziwnej tezy o zamykaniu regionu w „kleszczach” Unii Europejskiej warto przypomnieć, że obwód kaliningradzki nie jest ze wszystkich stron otoczony przez obce państwa: ma wszak dostęp do morza, czyli okno na cały świat. 
I jest też precedens, który pokazuje, że morzem przewozić można bez problemu nie tylko pasażerów czy towary, ale nawet armie pancerne: na początku lat 90., po zjednoczeniu Niemiec, Rosja musiała ewakuować z byłej NRD ponad 350 tys. swych żołnierzy, ich rodziny, kilkadziesiąt tysięcy czołgów i trudną do określenia ilość innego sprzętu wojskowego oraz zapasów. Ponieważ ówczesny rząd Polski, przez którą prowadziła najkrótsza trasa lądowa, postawił szereg warunków, uzależniając od nich zgodę na tranzyt, Rosjanie obrazili się – po czym większość ludzi oraz materiałów przewieźli przez Bałtyk.  

Andrzej Łukowski







Co dalej z Cmentarzem Orląt

Dotąd nie otwarty oficjalnie i uroczyście, choć już dawno odnowiony po 
zniszczeniach komunizmu, ciąży nad nami w Polsce całym bagażem negatywnych odczuć. Rozgoryczeniem, a nawet oburzeniem na radnych lwowskich, nie akceptujących ustaleń polsko-ukraińskich; głębokim resentymentem tkwiącym korzeniami w okrucieństwach II wojny światowej, dostarczających aż nadmiaru argumentów przeciw pojednaniu – ale też niepokojem o perspektywy na przyszłość. Jeśli jednemu słowu na pomnikowej inskrypcji nadaliśmy ze strony polskiej walor nieprzekraczalnej pod żadnym pozorem linii brzegowej, to co dalej? Po stronie ukraińskiej odezwało się wiele głosów mądrych i odpowiedzialnych, padły wezwania do umiaru i dobrej woli. Być może to w reakcji na te głosy radni Lwowa zaproponowali powołanie wspólnego z nami zespołu ustalającego „termin i charakter uroczystego otwarcia cmentarza”. Ale to przecież dopiero nadzieja na rozwiązanie.
Lekcją z dotychczasowych doświadczeń jest dla nas w tej mierze nakaz zastanowienia się raz jeszcze, czy, po pierwsze, należało nagłaśniać kulisy tak trudnych ustaleń, angażując wszystkie możliwe emocje i prestiżowe ambicje. Wszak chodziło o rezultat pozytywny, nie o sensację przetargów. Po drugie i najważniejsze: czy zależy nam tylko na tym, by znowu czczona być mogła bez jakichkolwiek przeszkód pamięć poległych braci, czy też koniecznie akcentować chcemy przewagę własnych racji w tamtej wojnie sprzed osiemdziesięciu kilku lat, stawiając te racje przed oczy dzisiejszych obywateli Lwowa, naszych sąsiadów w niepodległym kraju. Wileńska Rossa, też odnowiona w latach ostatnich, na której spoczywają tak żołnierze Żeligowskiego, jak i chłopcy-akowcy z akcji „Burza” jest świadectwem, że można rozwiązać problem szybko, bezboleśnie i obustronnym zadowoleniu. Może tu, we Lwowie, też potrzebna jest jeszcze czyjaś mądrość, której dotąd zabrakło? 


Józefa Hennelowa







Kaszmir: generał na rozdrożu

Decydując się kilka miesięcy temu na poparcie amerykańskiej „wojny z terroryzmem”, pakistański prezydent Pervez Musharaff postąpił wbrew własnemu, w większości islamskiemu, społeczeństwu – po czym zaczął pojawiać się na salonach Zachodu, zamieniwszy mundur na garnitur. Kiedy w grudniu ub.r. walczący o oderwanie Kaszmiru od Indii islamiści dokonali zamachu na indyjski parlament, Musharaff potępił to jako akt terroru i kazał aresztować wielu rodzimych fundamentalistów. Dziś wszystko wygląda inaczej: w Kaszmirze mnożą się akty terroru, dokonywane przez bojówki przenikające z Pakistanu. Towarzyszy temu niemal codzienna wymiana ognia między artylerią indyjską i pakistańską przez granicę, wzdłuż której rozmieszczono już ponad milion żołnierzy. 
W tej sytuacji Musharaff nie bardzo wie, jak się zachować. Jako były uciekinier z Delhi (w czasie dzielenia dawnej kolonii brytyjskiej w 1947 r. na Indie i Pakistan), nie darzy Indii sympatią także z powodów osobistych. Nie wie, czy zostać w garniturze, czy wrócić do munduru. Pokusa jest wielka: Pakistan przeprowadził właśnie trzy udane próby rakietowe, co daje mu możliwość skutecznego uderzenia atomowego przeciw Indiom. Mogłoby to raz na zawsze „rozwiązać” problem Kaszmiru, o który oba państwa stoczyły już dwie wojny. 
Tymczasem prasa indyjska pełna jest dywagacji o skutkach konfliktu atomowego: 8-12 mln zabitych, miliony rannych. Ale, mimo to, atomowy szał ogarnął wszystkich: indyjscy komentatorzy zastanawiają się głównie, czy Indie będą mieć czas na kontruderzenie, skoro od wystrzelenia rakiety przez Pakistan do osiągnięcia Delhi miną tylko 4 minuty. Pada pytanie „Może lepiej od razu dokonać uderzenia prewencyjnego?” – i traktuje się je poważnie. Ignorancja skutków atomowego konfliktu jest tak niesłychana, że mało kto zastanawia się, iż podobne spekulacje mogą prowadzić także Pakistańczycy – tym bardziej, że indyjska rakieta na dolecenie do Islamabadu potrzebuje ledwie minuty. Jednocześnie gazety indyjskie, w ramach podtrzymywania patriotycznego entuzjazmu, drukują dziesiątki wypowiedzi „prostych mieszkańców Kaszmiru”, którzy zapewniają, że za żadne skarby nie chcą być obywatelami Pakistanu. 
W jaki sposób zostanie rozwiązany konflikt, który w ciągu 12 lat pochłonął już 60 tys. ofiar? W znacznej mierze zależy to nie od Indii, ale od tego, czy Musharaff wybierze mundur, czy pozostanie nadal w garniturze pragmatycznego polityka.


Artur Klimaszewski z Amitsaru (granica indyjsko-pakistańska)







Sąd a granice uczuć religijnych

Wydrukowanie w 1997 r. przez „Trybunę” artykułu, którego autor nazywał Jana Pawła II „prostackim wikarym”, a jego wypowiedzi określał jako „bełkotliwe”, było przejawem dziennikarskiej amatorszczyzny i – łagodnie mówiąc – braku taktu redakcji. Ta zresztą przyznała się do błędu i przeprosiła tych, którzy poczuli się urażeni. Niektórzy spośród nich nie byli jednak usatysfakcjonowani: ks. Zdzisław Peszkowski złożył zawiadomienie o przestępstwie, a potem powództwo cywilne przeciwko pismu. Oczywiście miał do tego prawo. 
Sąd zaś nakazał „Trybunie” przeprosić ks. Peszkowskiego za znieważenie papieża i zapłacić zadośćuczynienie na rzecz Caritasu. W uzasadnieniu werdyktu stwierdził, że opublikowany tekst nie tylko wywołał powszechną reakcję niechęci i zgorszenia, ale też ugodził w świat uczuć religijnych oraz przeżyć wewnętrznych powoda i wielu innych osób. Zdaniem sądu naruszone zostały tym samym ich dobra osobiste, bo Papież jest dla katolików największym autorytetem. 
Taka argumentacja – jeśli głosi ją sąd – jest ryzykowna, bo stwarza pole do nieograniczonych nadinterpretacji. Władza świecka winna mieć świadomość, że ochrona uczuć religijnych obywateli jest czym innym niż obrona dobrego imienia najbardziej nawet szanowanych osób publicznych. 


Krzysztof Burnetko

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl