Votum separatum

Panie ministrze, panie pośle...

JÓZEFA HENNELOWA



Nie określam dokładniej adresata – jest on trochę wirtualny. Może to być minister skarbu, ministrowie finansów, gospodarki, a może sam wicepremier od tychże spraw. Może to być poseł z tej czy z tamtej partii, tyle że zgodnie wydający okrzyki jednobrzmiące na temat, o którym mój z kolei wirtualny autor korespondencji nie może mówić inaczej niż jako o sprawie najbardziej osobistej. Dla uproszczenia będę się zresztą posługiwać dalej pierwszą osobą liczby pojedynczej, ponieważ utożsamiam się ze wszystkim, co mój autor listu ma do powiedzenia.
Od miesięcy, panie ministrze, panie pośle, słucham waszych zatroskanych głosów na temat złotówki – tej samej, która i dla mnie. emeryta, jest jedynym źródłem utrzymania. Waszym zdaniem jest ona „za mocna”, bo obca waluta powinna kosztować drożej niż kosztuje. To, co dla szarego człowieka jest przedmiotem dumy – po niesławnej epoce, kiedy ludowa złotówka nie znaczyła nic i w żadnym banku nie można było pokazać się z nią nie narażając się na wyśmianie – jest dla mojego rządu czymś jak kamień obrazy. Ta sama złotówka powinna też być waszym zdaniem łatwiej dostępna dla tych, co chcą ją uzyskać sięgając po oszczędności innych – bo to oznacza kredyt. Ci sięgający powinni otrzymywać ją z mniejszymi obciążeniami, a to znaczy, że ci, co (dla nich?) oszczędzali powinni ponieść większe koszty swojej gospodarności ( przy okazji informuję, że w ostatnim miesiącu moje oprocentowywane co miesiąc konto bankowe – uciułane kilka tysięcy złotych – przyniosło procentu trzydzieści pięć PLN z groszami, od czego odliczono podatek w wysokości siedmiu złotych z groszami – to wszystko, przypominam, z emerytury, która i tak co miesiąc jest opodatkowana, a uskładana została z czterdziestu kilku lat pracy co miesiąc opodatkowywanej również). Ba, słyszę nie tylko, że – obniżana wciąż – stopa procentowa nadal jest „za wysoka” (co by znaczyło, że może najlepiej żeby w ogóle pożyczki moich pieniędzy przez biorców opłacane nie były?), ale że należałoby „dla ratowania gospodarki” sięgnąć po rezerwy centralnego banku, które „nie wiadomo po co” leżą odłogiem – choć nawet prosty obywatel jak ja wie, że te rezerwy to gwarancja wartości tych właśnie pieniędzy, które ja i podobni mnie dostają do ręki. Słyszę wreszcie, że owe „stopy” są o wiele ważniejsze niż inflacja – one powinny spadać, a inflacja może sobie wzrosnąć; że pierwsze ważne a drugie nieważne. I niestety tylko temu, że żyję dość długo, zawdzięczam ciarki idące mi po plecach ilekroć któryś z panów ministrów albo posłów wyraża takie opinie – ponieważ aż za dobrze pamiętam, co oznaczały wszystkie rosnące inflacje – wartość z największym trudem uciułanych pieniędzy potrafiła znikać jak śnieg w ciepłym deszczu.
A to jeszcze nie wszystko: żądając, zapowiadając, a wreszcie niestety i realizując te wszystkie wasze pomysłowe operacje, staracie się nadto, panowie, żeby broń Boże nie było w Polsce za tanio. Co chwila podnosi się krzyk, że za tania w Polsce jest żywność – choć równocześnie tyle dzieci przychodzi do szkoły bez śniadania, co by znaczyło, że i na taką żywność ich rodziców nie stać. Ba, lada moment skończą się promocje w wielkich sklepach, zakazane prze sejm, chociaż dla tak wielu ludzi (do wyboru: emerytów albo rodzin wielodzietnych) liczy się każde kilkanaście złotych zaoszczędzonych przy zakupach). Ma być drożej – oto idea. Lada moment grozi likwidacja sklepów z tanią odzieżą – znowu dla tych samych grup ludzi jedyna możliwość, by przy swoich marnych dochodach nie musieć wyglądać jak żebracy. Czy mam dalej mnożyć przykłady?
Tymczasem, z takim zapałem ingerując w funkcjonowanie naszych indywidualnych budżetów, zdajecie się panowie nie dostrzegać zjawiska, które w społecznej egzystencji pełnić zaczęło rolę coraz ważniejszą i akurat jest źródłem optymizmu. A zjawisko to nazywa się uczenie: społeczna redystrybucja dochodu. To nasz, mój i setek tysięcy podobnych do mnie udział w celach społecznych, na które centralne rozdzielnictwo państwowe nie jest w stanie obiecać ani złotówki więcej (albo zgoła nic). To nasze pieniądze, te z trudem zaoszczędzone z okrawanych przez podatki dochodów i emerytur, te uciułane na polach jeszcze tanich zjawisk gospodarczych, które usiłujecie wyplenić, żywią i podtrzymują setki działań opiekuńczych, leczniczych, stypendialnych, kulturalnych wreszcie. Przecież to widać gołym okiem: te apele o pomoc, od których roją się szpalty wszystkich właściwie gazet. I rzadsze od nich, ale za to jakże dramatyczne i wzruszające podziękowania. To adresowane jest nie do was, lecz do pieniędzy obywatelskich, tych, których jeszcze nie zdążyły zagarnąć rosnące podatki i których jeszcze nie pożarła inflacja, o której wzbudzeniu wyrażacie się z takim lekceważeniem.
W ostatnim sprawozdaniu bankowym stwierdziłam po raz pierwszy od dłuższego czasu saldo z lekka ujemne. Mimo wysiłków, oszczędzania, obliczania się na każdym kroku. Każdy z nas jest przecież losowo zagrożony i każdy wpaść może każdej chwili w dziurę pochłaniającą wszystko, co miał – choćby w ciężkiej chorobie. Ale co zrobić, gdy dziurę te zdają się z całkowitą beztroską kopać ci akurat, którzy odpowiadają za drogę przed nami wszystkimi – coraz bardziej wyboista będzie czy coraz gładsza?
Z należnym poważaniem w imieniu wirtualnego autora listu

Józefa Hennelowa 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl