Żal po Edwardzie Wende

ANDRZEJ DOBOSZ




Zmarły 28 maja br. sędzia Trybunału Stanu, były senator i poseł Edward Wende urodził się w roku 1936. Ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Wrocławskim. Poznałem go w roku 1964 i w ciągu wielu lat był jedynym prawnikiem z mojego pokolenia, którego znałem osobiście. Gdybym miał zacząć studia przed wojną lub zaraz po niej – pozbawiony uzdolnień matematycznych – poszedłbym właśnie na prawo. W roku 1952, ja i cały mój szeroki krąg mieliśmy świadomość wyjątkowo głębokiej deprawacji wymiaru sprawiedliwości, stanowczo odrzucając możliwość uczestniczenia w nim. Ale dla Edwarda Joachima Wende, syna mecenasa Edwarda Karola Wende, taka realistyczna perspektywa nie była do przyjęcia. Pamiętał jak, jako chłopiec, czekał przed gmachem sądu na ojca broniącego chłopa, u którego znaleziono cztery worki nieoddanego państwu zboża, nieoddanego, bo przeznaczonego na zasiew.
„Pytano: Dlaczego bierzesz udział w procesie toruńskim, skoro wiadomo, że to jest wszystko od góry do dołu wyreżyserowane? Kiedy wiadomo, że nad tym czuwa służba bezpieczeństwa z całej Polski, że jesteście inwigilowani, podsłuchiwani, że macie ograniczone możliwości. Po co brać udział w takim teatrze? Jako statysta, czy aktor? Jak się czujesz?
– Ja się czułem jak adwokat. Pan sędzia Artur Kujawa, gdy wstawałem, zakładałem okulary i brałem do ręki Kodeks Postępowania Karnego, na którym on się kompletnie nie znał, robił się czerwony i mówił: Znów nam pan będzie ten kodeks czytał?
– Tak, Wysoki Sądzie, dopóki stoję w todze przed tym Sądem, to będę się posługiwał Kodeksem Postępowania Karnego”.
Zanim jednak włożył togę, upłynęlo sporo czasu od ukończenia studiów. Przez wiele lat odmawiano mu przyjęcia na aplikację adwokacką. Pracował jako kurator zawodowy w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. Zrobił aplikację sędziowską.
Nie były to jednak lata zmarnowane. Wcześnie ożenił się ze swą daleką kuzynką Ewą z domu Wende. Jej żywa inteligencja połączona z nieprzeciętną urodą przyciągały do ich domu gromadę ciekawych osób. Nie umiem już powiedzieć czy Marcina Króla, Ewę Bieńkowską, Marylę Wodzyńską, braci Karpińskich: Jakuba, Wojciecha i Marka, Krzysztofa Michalskiego, Macieja Potępę, Stanisława Cichowicza, Małgorzatę Dziewulską poznałem najpierw na seminariach Leszka Kołakowskiego czy u Wendów. Wszyscy z pewnością spotykaliśmy się tu i tu. Trudno ich pierwsze mieszkanie – mały pokój z kuchnią na parterze, na Akademickiej 3 – nazwać salonem. Było to jednak ważne miejsce wymiany myśli. Romaniści, filozofowie, socjologowie, polonista – uczyliśmy się nawzajem od siebie. Chyba wszyscy bywalcy ich domu zdawali się być bardziej błyskotliwi od Edwarda, jedynego prawnika w tym towarzystwie. Nie spodziewałem się, że stanie się kiedyś znakomitym mówcą. Ale Ewa wybrała właśnie jego. Ciesząc się naszą obecnością, jemu ofiarowała najgłębszą miłość. A on potrafił pod każdym względem sprostać jej uczuciom i wysokim wymaganiom. 
Wendowie byli wówczas – podobnie jak ja – niezmiernie niezamożni. Nie stać nas było na wakacyjne wyjazdy z Warszawy. Latem ruszaliśmy razem nad Wisłę za Wałem Miedzeszyńskim, w której się jeszcze można było kąpać. Czasem do Czerniakowa Karpińskich. I czytaliśmy, gadaliśmy. Czytaliśmy Herberta, „Normy moralne” pani Ossowskiej, ale także „Powinowactwa z wyboru” Goethego. Użyczaliśmy sobie nawzajem pożyczone na krótko tomy i zeszyty „Kultury”. Mój własny egzemplarz „Esejów dla Kassandry” był wielokrotnie przez nich czytany. Zaniosłem im maszynopis „Obecności mitu” Leszka Kołakowskiego, przepisany w 5 kopiach przeze mnie i Elżbietę Pietruską-Madej na silnej maszynie, zanim rzecz się ukazała u Giedroycia. Razem przeżywaliśmy niezapomniane koncerty: Strawińskiego, Dietricha Fischer-Dieskau ze Światosławem Richterem. Kiedyś nie zdobyłem karnetu na „Konfrontacje filmowe”. Oni mieli. W dniu projekcji „Romy” Felliniego ruszyliśmy razem do kina „Skarpa” z Krakowskiego Przedmieścia coraz bardziej zatapiając się w rozmowie. Przed wejściem Ewa i Edward trzymali w rękach swe wyciągnięte karnety. Ewa mówiła, a ja byłem tak zasłuchany, że bileterzy rozsunęli się, nie chcąc przeszkadzać nam w tej rozmowie.
Wreszcie w latach 70-tych udało mu się odbyć aplikację i został wpisany na listę adwokatów. W roku 80-tym mecenas Tadeusz de Virion spytał go, czy podjąłby się współobrony w sprawie KPN-u Leszka Moczulskiego. „Kilkunastu kolegów o to pytałem i wszyscy są dziwnie zajęci. Chciałem zapytać, czy pan też jest zajęty?” Młody adwokat już w średnim wieku natychmiast przyjął propozycję, uważając ją za zaszczyt. Podczas stanu wojennego należał do bardzo nielicznej grupy adwokatów, przeważnie od niego starszych, gotowych z całym przekonaniem bronić więźniów politycznych.
Formacja duchowa, którą wyniósł z domu rodzinnego – niezłomny patriotyzm połączony z powagą w traktowaniu spraw współbrzmiała z formacją intelektualną, którą uzyskał we własnym domu. Był niezmiernie odważny, pilnie czytał akta i starannie, tak jak kiedyś jego dziad pastor Edward Joachim Wende, wybitny kaznodzieja przygotowywał swe kazania, tak on opracowywał swe przemówienia. Pracowitość łączył z polotem cechującym wybitnych obrońców, zdolnością natychmiastowej celnej riposty.
Gdy słynna prokurator Bardonowa, wściekła, że spruł jej akt oskarżenia przypuściła na niego tak wściekły atak, że wywołało to zdziwienie nawet dyspozycyjnej sędziny, która spytała czy mecenas zechce się ustosunkować do tego wystąpienia.
„»Wysoki Sądzie, gwałtowność ataków pani prokurator zmuszałaby i mnie do równie gwałtownej odpowiedzi, ale biorąc pod uwagę dzisiejszy dzień 8 marca, płeć i urodę pani prokurator zmilczę«. Myślałem, że ubecy, siedzący na sali, własne krawaty pozjadają ze śmiechu.”
We wszystkich wspomnieniach przypominano, że bronił wybitnych działaczy opozycji. On sam znacznie chętniej opowiadał o procesach zwykłych, często już zapomnianych działaczy. „Piotr Cichocki był uczniem Liceum Batorego w Warszawie. Chłopiec 16 lutego 1982 roku na dużej przerwie wywiesił ulotki, takie karteczki: 16 luty cisza protestacyjna. To był dzień, w którym mijały trzy miesiące od śmierci górników z „Wujka”. Na wywieszaniu tych karteczek przyłapała go ówczesna dyrektor szkoły pani Garncarzyk. Wezwała do szkoły Służbę Bezpieczeństwa, która przyjechała czarnymi samochodami. Zakuli chłopca w kajdanki na oczach całej szkoły i odwieźli do aresztu. W pierwszej instancji sądził pan sędzia Aleksandrow, który wyłączył jawność rozprawy. Tylko Piotr Cichocki, pani Garncarzyk i ja. Skazał go na sześć miesięcy więzienia. Wyrok został uchylony. Przy ponownym rozpatrywaniu sądziła tę sprawę pani sędzia Wąsik. Dopuściła całą publiczność na salę. Zarzut brzmiał, że on nawoływał do nielegalnego zgromadzenia, które było zabronione Dekretem o Stanie Wojennym. Linia obrony polegała na tym, że szkoła nie może istnieć bez zgromadzenia uczniów. I nie jest to zgromadzenie nielegalne tylko zgromadzenie konieczne. A na dużej przerwie uczniowie niezależnie od intencji, zbierają się dla odpoczynku, tworzą zgromadzenie, ale zgromadzenie dozwolone. Każda lekcja jest też zgromadzeniem uczniów. To były truizmy, które powtarzałem. Wśród przesłuchiwanych świadków oskarżenia była pani Garncarzyk. Odpowiadała na pytania sądu, pytania prokuratora. Miałem przygotowaną listę pytań. Skreślałem te, które już padły, żeby nie przedłużać. Zacząłem pytać, trwało to jakiś czas, może pół godziny. Ona przyzwyczajona do stylu, w jakim sądził Aleksandrow, obruszyła się i powiedziała: proszę Sądu, czy to jest dopuszczalne, żeby obrońca tak mnie męczył? Jestem już zmęczona. Staję tu tyle czasu, a obrońca mnie pyta i pyta. Pani sędzia spojrzała na nią i mówi: Proszę pani, dopóki obrońca zadaje pytania, a Sąd tych pytań nie uchyla, to jest tak, jakby Sąd zadawał pytania. Jeżeli pani jest zmęczona, to zarządzimy przerwę i zgłosi się pani jutro o dziewiątej rano i będzie nadal odpowiadała na pytania obrońcy.
Zapadł w tej sprawie wyrok uniewinniający. Jedyny, jaki uzyskałem podczas stanu wojennego.
Następnego dnia idę do gabinetu pani Wąsik, żeby jej podziękować. Już jej nie ma. Pan sędzia Pawelec, ówczesny prezes Sądu Wojewódzkiego, natychmiast przeniósł ją dyscyplinarnie na boczny tor do Wydziału Egzekucyjnego, gdzie się oblicza grzywny, areszty bez prawa orzekania.”
Główną jednak sprawą w jego praktyce a nawet w całym życiu była przyjaźń z księdzem Jerzym Popiełuszką, rola jego obrońcy i w końcu oskarżyciela posiłkowego w procesie jego morderców. Skoro ocalał świadek, zdecydowano się odnaleźć zwłoki i ujawnić bezpośrednich sprawców. Przygotowano akt oskarżenia na miarę antycznej tragedii, w którym rolę Antygony miał odegrać kapitan Piotrowski, szlachetny rycerz nie mogący znieść brukania ideału przez krzykliwego intryganta. Kapitan rozumiejąc, że jego przełożonych krępują bezduszne reguły prawa postanowił wziąść na swoje barki dokonanie czynu ratującego Państwo. Kat miał przewyższać moralnie ofiarę. Udział oskarżycieli posiłkowych unicestwił całkowicie ten zamysł, mimo że Przewodniczący Sądu Artur Kujawa robił co potrafił, a kapitan ostentacyjnie odmówił wszelkich odpowiedzi na pytania Jana Olszewskiego i Edwarda.
Wende wystąpił właściwie w Toruniu w powójnej roli: oskarżyciela, ale i obrońcy dobrego imienia księdza. I bez udziału pełnomocników rodziny można było sądzić, że na Pietruszce nie kończy się krąg instygatorów. Ale pytania adwokatów pozwoliły uzasadnić takie przypuszczenia, wciąż nie wyjaśnione do końca, skoro podejrzani generałowie na przemian zapadają na zdrowiu.
Kazimierz Witaszewski, też generał, kierownik Wydziału KC, sprawujący nadzór nad sądownictwem wsławił się kiedyś wypowiedzią na jakimś zjeździe prawników: wytłumaczcie mi proszę, jak to możliwe, że prokurator mówi jedną rzecz, potem adwokat, także członek naszej partii mówi coś wręcz przeciwnego, a partyjny sędzia wydaje wyrok niezgodny z opinią prokuratora i adwokata. 
Edward Wende miał bardzo wyraźne poczucie misji adwokata, który musi najpierw podważyć wszystkie słabe strony oskarżenia, zrozumieć obwinionego, dopatrzyć się wszystkich motywów i okoliczności usprawiedliwiających czyn. Wiedział, że adwokat ma bronić przestępców a obrona ludzi całkiem niewinnych w normalnych czasach może być rzadkim i szczęśliwym przypadkiem, a nie regułą, jak kiedyś. Ten instynkt adwokata sprawił nawet, że w rozmowach prywatnych starał się, i nie bez powodzenia, podważać powszechnie przyjęte i zasadne opinie. Miałem jednak wrażenie, że jego doświadczenia obrońcy z czasów stanu wojennego jakoś go zmoralizowały i senator znajdował w sobie coraz mniej upodobania, by bronić gangsterów, oszustów i łobuzów, a z tych sfer dziś najczęściej rekrutują się podsądni. 
W roku 1997 zawiesił praktykę adwokacką zostając posłem zawodowym. Oznaczało to oczywiście świadomą rezygnację z wysokich dochodów. Mam poczucie, że żale i zarzuty, jakie żywimy pod adresem polskiej klasy politycznej w żadnej mierze nie odnosiły się do niego. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl