Sojusz z Rosją

Z prof. Zbigniewem Brzezińskim  
rozmawia Mateusz Flak





Mateusz Flak: – 28 maja szefowie państw NATO i prezydent Rosji podpisali w Rzymie deklarację o nowej współpracy Sojuszu z Moskwą, która obejmie szeroki zakres problemów – od walki z terroryzmem przez operacje pokojowe po udzielanie pomocy w czasie katastrof i klęsk żywiołowych. Rosja w ramach nowej Rady będzie miała głos we wszystkich kwestiach dotyczących NATO, ale bez prawa weta. Mimo to nasuwa się pytanie-obawa: czy układ z Moskwą nie jest zbyt daleko idący?
Zbigniew Brzeziński: – Przede wszystkim wiele zależy od tego, jak nowa Rada będzie funkcjonować i do jakiego stopnia Rosjanie będą w niej czynnie działać. Doświadczenia z pracy poprzedniej Rady wskazują, że Rosjanom trudno się dopasować do kolektywnego systemu współpracy, w którym członkowie NATO współdziałają w oparciu o zasadę jednomyślności. Dostosowanie się do warunków tak ścisłej współpracy będzie wymagało od Rosji dużego wysiłku organizacyjnego i koncepcyjnego. 
Wiem, że istnieją w Polsce obawy, iż współpraca Rosja-NATO może postępować za daleko i za szybko. Należy się jednak zastanowić nad odwrotną, hipotetyczną sytuacją: załóżmy, że Pakt Północnoatlantycki upadł, Stany Zjednoczone przegrały Zimną Wojnę i są teraz dopuszczane, na zasadzie przyczepki, do współudziału w jakiejś radzie Paktu Warszawskiego. Czy świat oceniłby to jako sukces dyplomatyczny USA czy może jako eleganckie, ale konieczne dostosowanie się do sytuacji strategicznej? 
Większość Rosjan, mimo zaufania jakim obdarzają prezydenta Putina, jest przeciwna zbliżeniu z NATO. Czy nie ma niebezpieczeństwa, że w przypadku zatargu czy zwykłej niezgody Rosja znowu „obrazi się” i zerwie współpracę z Zachodem?
– Tego oczywiście nie można wykluczyć, ale jeżeli to nastąpi, to jedynie ze szkodą dla Rosji. Biorąc pod uwagę sytuację geopolityczną tego kraju, w interesie narodu rosyjskiego i przyszłości jego państwa – a w szczególności w interesie utrzymania jego stanu posiadania terytorialnego – jest pogłębianie współpracy z Zachodem. Wystarczy spojrzeć na mapę, by zdać sobie sprawę ze stopnia zagrożenia geopolitycznego w jakim Rosja się znajduje: grozi jej poważny konflikt ze światem muzułmańskim na południu i silny nacisk ze strony potężniejszych gospodarczo Chin. 
Takie są motywacje strony rosyjskiej, a co kierowało prezydentem Bushem oraz krajami europejskimi przy podpisywaniu Rzymskiej Deklaracji? Komu najbardziej w tym gronie zależy na ścisłej współpracy z Moskwą?
– Sądzę, że zadecydował tu po prostu zdrowy rozsądek. Jeżeli Rosja jest gotowa kojarzyć się ze strukturami euroatlantyckimi, i to na warunkach wspólnoty euroatlantyckiej, to odrzucanie tej możliwości nie ma sensu. Rzeczą najważniejszą jest utrzymanie wspólnych wartości i nie rozluźnianie integracji USA z Zachodem. W interesie państw zachodnich leży też wciąganie Rosji w strefę wpływów Zachodu, a szczególnie w strefę wpływów USA. 
Jest dla mnie znamienne, że jedna z deklaracji podpisanych podczas niedawnej wizyty prezydenta Busha w Rosji stwierdza jednoznacznie, że Stany Zjednoczone i Rosja będą współpracować i przyczyniać się do utrzymania niezależności nowych państw Azji Środkowej oraz będą zmierzać do rozwiązania poszczególnych problemów na Kaukazie, a jednocześnie szanować integralność terytorialną i suwerenność Gruzji. Taka deklaracja rosyjsko-amerykańska świadczy o tym, że Rosja uznaje Amerykę za partnera, którego obecność w strefie wpływów zastrzeżonej dotąd wyłącznie dla Rosjan jest uzasadniona.
Przy okazji wizyty Busha w Rosji pojawiły się w Polsce opinie, że Amerykanie wolą rozmowy dwustronne niż współpracę w szerszym gronie, np. w ramach NATO i że taka postawa może doprowadzić do marginalizacji Europy Środkowej i zagrażać Ukrainie...
– To przeczulenie. Dialog amerykańsko-europejski toczy się od lat i będzie się toczyć nadal. Dialog amerykańsko-rosyjski jest zrozumiały z różnych względów, szczególnie z powodu znaczenia broni strategicznej, której Rosja posiada więcej niż Europa. Nie zgadzam się też z opinią o marginalizacji – ciężar gatunkowy Polski się nie zmienił. Polska nie jest postrzegana jako przedmurze świata zachodniego dzielące go od Rosji. Polska jest krajem, który ma uzasadnione wpływy regionalne, jest pełnoprawnym członkiem Sojuszu, bliskim i cenionym partnerem USA, ale to nie oznacza, że z tych powodów Ameryka powinna powstrzymywać się od pogłębiania relacji z Rosją. 
Widać gołym okiem, że Stany Zjednoczone swoim potencjałem odstają od reszty sojuszników z NATO, że nowi członkowie nie spełniają wszystkich wymogów, a przyszłe powiększenie sojuszu o siedem kolejnych państw na pewno go nie wzmocni.
– Stany Zjednoczone od wielu lat są potęgą globalną, a Sojusz to organizacja regionalna i nawet w przeszłości istniały istotne różnice między potencjałem militarnym Ameryki a poszczególnymi członkami NATO. Ze względów technologicznych i w wyniku upadku Związku Radzieckiego globalne znaczenie militarne USA jeszcze się zwiększyło. To naturalny wynik obiektywnej sytuacji. Jeżeli w związku z tym istnieją pewne bolączki europejskie, to nic nie stoi na przeszkodzie zwiększeniu europejskich budżetów wojskowych i w ten sposób potencjału wojskowego Europy. 
Jaka jest zatem przyszłość NATO? Dominujące w nim Stany Zjednoczone prowadzą wojnę z terrorem raczej samotnie, ewentualnie zawierając sojusze z poszczególnym krajami. Czy nie mają więc racji ci, którzy twierdzą, że NATO przekształci się w organizację już tylko polityczną, a nie wojskową? Czym będzie się wtedy różnić od ONZ czy OBWE, co będzie uzasadniać jego dalsze istnienie?
– Te wątpliwości świadczą o niezrozumieniu istoty Sojuszu Północnoatlantyckiego. On nie został stworzony np. w celu prowadzenia wojny w Afganistanie. NATO miało zapewnić długofalową stabilność geopolityczną przede wszystkim w samej Europie. Tę funkcję Sojusz nadal spełnia, jest ona wciąż bardzo istotna. Ci, którzy dowodzą, że Sojusz staje się niepotrzebny, powinni odpowiedzieć na pytanie co by nastąpiło, gdyby NATO zostało rozwiązane i Amerykanie wycofaliby się z Europy. Taki krok pociągnąłby za sobą bardzo dynamiczne i niebezpieczne konsekwencje. 
A wracając do Afganistanu, to trzeba pamiętać, że stacjonuje tam obecnie więcej wojsk z innych krajów NATO niż z samych Stanów Zjednoczonych.
W tej chwili uwagę świata przyciąga przede wszystkim sytuacja na pograniczu indyjsko-pakistańskim oraz wydarzenia na Bliskim Wschodzie. Jak powinna wyglądać polityka zagraniczna USA odnośnie tych regionów?
– Możliwość wojny atomowej między Indiami a Pakistanem budzi duży niepokój i w związku z tym Stany Zjednoczone energicznie starają się wywrzeć nacisk na oba państwa, aby powstrzymać eskalację konfliktu. Temu ma służyć podróż w tamten rejon sekretarza obrony, Donalda Rumsfelda. 
Trudno natomiast zauważyć jakąkolwiek politykę rządu Busha wobec konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Jej brak pociągnie za sobą bardzo negatywne konsekwencje nie tylko dla rejonu, ale nawet dla samych Stanów Zjednoczonych. Dlatego też jestem skłonny sądzić, że mimo wewnętrznych oporów USA zaangażują się i zajmą jednoznaczne stanowisko co do konkretnych rozwiązań umożliwiających porozumienie pokojowe między Izraelem a Palestyną. 
– Co zakładałoby jednoznaczne stanowisko w tym przypadku?
– Chodzi o konkretne propozycje odnośnie czterech spraw: prawa do powrotu uchodźców palestyńskich, który to powrót musi być ograniczony do jedynie symbolicznego zakresu, kwestii osiedli na Zachodnim Brzegu, z których większość będzie musiała być zlikwidowana, możliwego do zaakceptowania przez obie strony podziału Jerozolimy i powrotu, z pewnymi poprawkami, do granic z 1967 roku.
Premier Szaron określał niedawne działania wojsk izraelskich w Autonomii Palestyńskiej jako walkę z terrorem. Niektórzy obserwatorzy twierdzą, że pojęcie to, ukute przez prezydenta Busha, zaczyna być wykorzystywane do działań nie mających z nim wiele wspólnego. Czy dostrzega Pan dalszą strategię rozwoju amerykańskiej „wojny z terrorem”, czy nie jest to tylko efektowne hasło? 
– Widać, że ewentualnym następnym obiektem kampanii będzie Irak, choć jest to sprawa do poważnej, transatlantyckiej dyskusji. 
Moim zdaniem nie można jednak definiować polityki amerykańskiej wobec świata tylko poprzez koncepcję wojny z terrorem. To tylko jeden z elementów o wiele bardziej zawiłej sytuacji. Przesadne koncentrowanie się na kwestii terroryzmu stwarza niebezpieczeństwo nie tylko większych rozdźwięków między USA a ich demokratycznymi sojusznikami, ale bardziej ogólne, światowe poczucie, że Ameryka jest przesadnie przejęta kwestią swego wewnętrznego bezpieczeństwa, a nie docenia znacznie bardziej złożonego powikłania między różnymi zagadnieniami, łącznie z problemem terroryzmu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl