Japonia i Korea Południowa – zbliżenie dzięki mistrzostwom?


W tym miejscu Azji

Piotr Bernardyn z Tokio



Koreańczycy do końca zabiegali o przyjazd cesarza Japonii na ceremonię otwarcia mistrzostw. Szef południowokoreańskiego komitetu organizacyjnego Chung Mong-joon mówił, że przyjazd „nie jest kwestią wyboru, a obowiązku. Ceremonia otwarcia to jak zawarcie małżeństwa” i dodawał, że „jeśli cesarz Akihito nie przyjedzie do Seulu, będzie to równoznaczne z nie pojawieniem się pana młodego na ślubie”. Strona japońska uznała jednak, że na taką wizytę jest jeszcze za wcześnie. W rezultacie dzień 31 maja, który miał się stać symbolem pojednania, ujawnił światu podziały między obydwoma narodami.



W marcu tego roku, w czasie tzw. szczytu mundialowego (oba kraje są współorganizatorami rozpoczętego właśnie mundialu), prezydent Korei Południowej Kim De Dzung w wyjątkowo przyjaznej atmosferze podejmował w Seulu japońskiego premiera Junichiro Koizumiego. W jedynym nawiązaniu do przeszłości Kim stwierdził, że „oba kraje powinny wyciągnąć lekcję z historii i maszerować razem ku przyszłości”. Czołowy dziennik koreański pisał: „Jak wiele się zmieniło między obydwoma krajami w porównaniu z zeszłym rokiem, gdy wzajemne stosunki zdominowane były przez kontrowersje wokół japońskich podręczników do historii. Dziś na linii Seul–Tokio nie ma żadnego palącego problemu”.
Miesiąc później Koizumi wybrał jednak przeszłość: w szintoistycznej świątyni Yasukuni w Tokio oddał hołd 2,5 milionom poległym japońskim żołnierzom, wśród których znajduje się trzynastu zbrodniarzy z ostatniej wojny. Ta sama koreańska gazeta w komentarzu redakcyjnym pisała teraz o „nagłym ataku i perfidii Koizumiego” grożąc, że „Tokio drogo zapłaci za ten krok”. Reakcje Seulu, choć ostre, były bardziej stonowane niż zwykle. Oba kraje postanowiły wszak dołożyć starań, by „uczynić mistrzostwa najwspanialszymi w historii”. Jak układają się stosunki japońsko-koreańskie u progu XVII Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej? 

W OBJĘCIACH PRZESZŁOŚCI 

Trudno o bardziej paradoksalny związek dwóch państw, tak sobie bliskich i obcych równocześnie. Japonia i Korea Południowa – dwa kraje leżące w bezpośredniej bliskości geograficznej, o podobnej kulturze i języku, których wiedza o sobie nie wykracza jednak poza narosłe przez lata stereotypy; od lat związane gospodarczo i równocześnie zamykające z nacjonalistycznych pobudek własne rynki dla towarów drugiej strony. 
Nie wiadomo, czy cesarz Akihito jest kibicem piłkarskim, jednak wobec zbliżających się mistrzostw zdobył się na krok bez precedensu. Biorąc kwestię japońsko-koreańskiego pojednania we własne ręce, w grudniu ub. roku niespodziewanie przyznał się do pokrewieństwa z dynastią panującą w Korei w połowie pierwszego tysiąclecia. W kraju tak obsesyjnie wyczulonym na punkcie własnej historii, w którym znany archeolog zakopuje do ziemi eksponaty, mające po ich „odkryciu” stanowić dowód wielotysiącletniej historii i unikalności japońskiej kultury, wyznanie monarchy, że w jego żyłach płynie koreańska krew, musiało być niemiłym zaskoczeniem dla sporej części establishmentu. Wypowiedź, która przeszła w Japonii niemal bez echa, została natomiast przyjęta z aprobatą w Seulu, gdzie media i politycy stwierdzili, że „cesarz potwierdził to, co było wiadomo od dawna”. 
Kością niezgody pozostają jednak przede wszystkim lata japońskiej okupacji Korei (1910-1945). Japończycy rządzili na półwyspie żelazną ręką, zmuszając Koreańczyków do przyjmowania japońskich nazwisk i nauki języka japońskiego. Kobiety zmuszano do prostytucji, mężczyzn zaś masowo wywożono do pracy do Japonii i wcielano do cesarskiej armii. Oficjalną religią uczyniono szintoizm, każdego dnia Koreańczyk miał obowiązek złożyć pokłon na Wschód, w kierunku pałacu cesarskiego. 
Negatywny bilans okupacji nie podlega dyskusji, jednak niemała część japońskich historyków traktuje ten okres w kategoriach misji cywilizacyjnej. Ich zdaniem Korea była tak zacofana na początku XX wieku, że na pewno padłaby ofiarą – jeśli nie Japonii – to Rosji lub innego zachodniego mocarstwa. Japonia miała się podjąć modernizacji m.in. koreańskiego rolnictwa i edukacji, tworząc sprawną biurokrację i zalążki nowoczesnej infrastruktury. Z braku wiarygodnych, potwierdzonych przez obydwie strony, danych trudno rozstrzygnąć, w jakim stopniu Japończycy przyczynili się do rozwoju tego kraju. Faktem jest jednak, że w 1945 roku Korea była państwem gospodarczo wyeksploatowanym. 
Koreańczycy okupację oceniają jednoznacznie i podobnego podejścia oczekują od Japonii, wraz z bezwarunkowymi przeprosinami. Wśród Japończyków takiego konsensusu nie ma. O ile polemika ze skrajną prawicą japońską wydaje się bezcelowa (tuż po wojnie domagała się rekompensaty za ucywilizowanie Korei), o tyle wspólna praca „umiarkowanych” historyków z obu krajów mogłaby pomóc w wyjaśnieniu wielu białych plam. Koreańczycy słusznie protestują przeciw każdej próbie wybielania przeszłości przez Japończyków, jednak faktem jest, że obrazowi Japonii kreowanemu przez lata w koreańskich mediach i literaturze także daleko do wiarygodności. Profesor Akira Kato z japońskiego Uniwersytetu Morioka po przestudiowaniu koreańskich podręczników do historii stwierdził, że kultywują one nacjonalizm, podkreślając ponad miarę oryginalność koreańskiej kultury i pomniejszając obce wpływy. Japonia we wszystkich okresach historycznych prezentowana jest niemal całkowicie negatywnie. A przecież w historii obustronnych kontaktów nie brakowało przyjaznej współpracy, nie mówiąc już o trudnym do przecenienia wpływie japońskich pieniędzy i technologii na powojenny cud gospodarczy w Korei Południowej. 
Wrażenie robi pełen skrajnych emocji język, jakim posługują się oba kraje we wzajemnych relacjach, szczególnie od ich formalnego uregulowania w 1965 r. Znany koreański pisarz Han Soo San przyrównuje japońsko-koreańskie stosunki do fotela na biegunach, który kołysze się tkwiąc jednak bezustannie w tym samym miejscu. W okresach zbliżenia za każdym razem mówi się o „rozpoczynaniu nowej ery”, „otwieraniu kolejnego rozdziału”, „punktach zwrotnych i przełomowych”, czy nawet o mającej odtąd nastąpić „1000-letniej przyjaźni”. Gdy zmienia się koniunktura i oba kraje zaczynają się na siebie gniewać, wiadomo, że najmniejszy pretekst spowoduje wezwanie koreańskiego ambasadora w Tokio do kraju na konsultację, że seulskie gazety obwieszczą odradzanie się japońskiego imperializmu, krytykując „Japończyków za wcieranie soli w obolałe rany”. A jeśli spór dotyczyć będzie akurat gospodarki, to przypnie się sąsiadom zza morza łatkę „ekonomicznego zwierzęcia”, które chce wykorzystać i porzucić małą Koreę. Koreańczycy są bezsprzecznie mistrzami takiej gorącej retoryki.
Victor D. Cha z Uniwersytetu Georgetown w ciekawej książce „Razem mimo antagonizmu” (tytuł oryg. „Alignment despite Antagonism”) zauważył nawet, że ilekroć w przeszłości Stany Zjednoczone groziły wycofaniem swych wojsk z Dalekiego Wschodu, oba kraje czując zagrożenie potrafiły bardzo szybko zapomnieć o wzajemnych urazach i podejmowały współpracę. Z chwilą, gdy sytuacja geopolityczna się stabilizowała i zagrożenie malało, konflikty powracały na nowo.

CO SIĘ KOMU Z CZYM KOJARZY

Stefan Kisielewski nawiązując do pechowego położenia Polski między Rosją a Niemcami, jednej ze swych książek dał tytuł „W tym miejscu Europy”. Na Dalekim Wschodzie takim miejscem mógłby być półwysep koreański. „W tym miejscu Azji” tradycyjnie rywalizowały ze sobą o wpływy aż trzy mocarstwa: Rosja, Chiny i Japonia. Świadomość bycia pionkiem w grze wielkich wykształciła w Koreańczykach umiejętność przetrwania i poczucie dumy. Nadała jednak ich narodowemu charakterowi także rys nacjonalizmu i ksenofobii oraz ciągłe poczucie faktycznego czy urojonego zagrożenia, które łatwo przeradza się w histerię. Negatywne emocje zostały jeszcze wzmocnione istnieniem na północy drugiego, wrogo nastawionego państwa koreańskiego.
Przyglądając się stosunkom japońsko-koreańskim i procesowi pojednania, trzeba też pamiętać, że nie jest to związek równego z równym. Stąd liczne nieporozumienia, zawiedzione oczekiwania i ściana stereotypów dzieląca oba narody. 
W zeszłym roku jedna z japońskich stacji telewizyjnych przeprowadziła sondę na ulicach Tokio i Seulu. Przechodnie odpowiadali na pytanie, z czym im się kojarzy ich najbliższy sąsiad. Dla większości Koreańczyków Japonia to wciąż kraj, który ich zniewolił i nie chce się do tego przyznać. Japończycy zaś cenią sobie w Korei przede wszystkim „kimczi” – narodową potrawę koreańską zrobioną ze sfermentowanej kapusty, bardzo w Japonii popularną. Trudno osądzić, która postawa – rozpamiętywanie przeszłości czy ignorancja – rokuje więcej nadziei na pojednanie...
Choć Koreańczycy niechętnie się do tego przyznają, Japonia była dla nich po zakończeniu wojny stałym punktem odniesienia, także pod względem aspiracji. Dystans dzielący od Japonii pokazywał drogę do przebycia i był równoznaczny z cywilizacyjnym postępem. Język japoński jest dziś drugim, po angielskim, najczęściej wybieranym językiem obcym w koreańskich szkołach średnich. Tymczasem z siedmiuset japońskich uniwersytetów tylko cztery mają wydział koreanistyki. 
Brak symetrii we wzajemnych relacjach widoczny był choćby w przygotowaniach do mistrzostw, które dla Japonii są przede wszystkim wydarzeniem sportowym, a dla Korei, oprócz okazji do pokazania się światu, polem do rywalizacji z Japonią. Koreańczycy zdają sobie sprawę, że wśród wielu zagranicznych turystów mają opinię nieuprzejmych i mało zdyscyplinowanych. By temu zaradzić, agencje rządowe już na rok przed mistrzostwami zainicjowały kampanię nauczania swych obywateli ogłady i dobrych manier (chodziło m.in. o nie śmiecenie i nie załatwianie się na ulicy). Jak mówił Kim Eui Sung, odpowiedzialny za przebieg akcji w Seulu: „To trochę wstydliwe, ale obawiamy się, że turyści będą nas porównywać z Japonią. W ostatnich latach staliśmy się wprawdzie zamożniejsi, ale wielu ludzi Zachodu patrzy na nas z góry, wytykając brak wychowania”. Akcja, w wyniku której w 2001 roku ukarano mandatami za różne przewinienia ponad 7 mln Koreańczyków, przyjęła gigantyczne rozmiary: jedno z miast postanowiło wypłacać równowartość ok. 20 zł każdemu obywatelowi, który kamerą wideo sfilmuje i poinformuje policję o nieprawidłowo zaparkowanym samochodzie. 
Japończycy uznając widocznie, że w sprawie manier to raczej oni mają światu wiele do zaoferowania, skupili się na własnych, „japońskich”, problemach: jak zaradzić spadkowi wydajności pracy, który z pewnością nastąpi, gdy latynoscy gastarbaiterzy przestaną przychodzić do pracy w dniach, w których grają ich drużyny, czy jak skutecznie zneutralizować europejskich pseudokibiców (chuligaństwo na stadionach jest w Japonii zjawiskiem nieznanym).

LUSTRACJA PO KOREAŃSKU

Znając losy Koreańczyków w XX wieku trudno nie odczuwać równocześnie współczucia i uznania dla tego niewielkiego i dzielnego narodu, który po tylu traumatycznych przejściach, potrafił w krótkim czasie postawić na nogi swoją gospodarkę. Jednak poziom debaty publicznej w tym kraju i rola mediów budzić mogą u bezstronnego obserwatora zdziwienie, czasami niesmak czy wręcz zażenowanie. W marcu tego roku poseł rządzącej partii MDP Kim Hee-sun, który jest jednocześnie szefem ligi parlamentarnej Koreańskiego Ducha Narodowego, przedstawił w parlamencie listę 708 kolaborantów, którzy współpracowali z Japonią. Prezentując listę stwierdził: „W zamian za służbę okupantowi ci ludzie otrzymywali tytuły i zaszczyty od Japończyków. Co gorsza, ich potomkowie wciąż zajmują znaczące miejsca w społeczeństwie”. Chodzi m.in. o kilku znanych przemysłowców, rektora uniwersytetu i kompozytora patriotycznych piosenek. Autorzy zapowiedzieli kolejne listy, „aż do ujawnienia wszystkich zdrajców”, oświadczając, że zbrodnie tych ludzi nie podlegają przedawnieniu, tak samo jak w przypadku zbrodniarzy nazistowskich, których ciągle próbują karać narody europejskie. 
Najłatwiej jednak Koreańczycy wpadają w złość, gdy poczują się wykorzystani lub oszukani przez obcych. Doświadczyli tego ostatnio Amerykanie, gdy w czasie ostatnich zimowych igrzysk w Salt Lake City koreański łyżwiarz został tuż przed metą zdyskwalifikowany, co dało złoty medal gospodarzom. W Korei zawrzało. Oliwy do ognia dolał znany amerykański komik Jay Leno, który nawiązując do koreańskich zwyczajów kulinarnych stwierdził, że decyzja sędziów musiała tak rozwścieczyć Koreańczyka, że po powrocie do domu od razu zabił i zjadł psa. Nazajutrz koreańskie stacje telewizyjne wielokrotnie pokazywały „rasistowski” program Leno. W ciągu jednego dnia na specjalnie utworzoną stronę internetową przysłano ponad 10 milionów protestów, a ogłoszony ad hoc bojkot amerykańskich towarów spowodował m.in. spadek sprzedaży papierosów Marlboro o 60 proc. Pechowego łyżwiarza witały na lotnisku tłumy Koreańczyków, wśród nich wielu znanych aktorów i osobowości telewizyjnych. 
Z pewnością nikomu nie będzie łatwo wygrać z gospodarzami w czasie obecnych mistrzostw w piłce nożnej. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że kontrowersyjnych decyzji sędziowskich będzie jak najmniej. Koreańczykom zaś, temu skądinąd sympatycznemu narodowi, który w codziennych kontaktach potrafi być dużo bardziej bezpośredni i spontaniczny od Japończyków, wypadałoby życzyć więcej poczucia humoru, a przede wszystkim dystansu do siebie samych i własnej historii.

MAŁŻEŃSTWO Z ROZSĄDKU

Choć japońsko-koreański fotel kołysze się nieprzerwanie od półwiecza, to fale negatywnych emocji wydają się słabnąć w ostatnich latach. Jeszcze 20 lat temu nikogo nie dziwił widok koreańskich studentów obcinających sobie palce w proteście przeciw japońskim imperialistom. Dziesięć lat później w Seulu zamknięto japońską restaurację, bo „niepotrzebnie roznosiła zapach japońskiego jedzenia”, a koreański student za mówienie na ulicy po japońsku został uderzony w twarz. Dziś w stolicy Korei coraz więcej jest japońskich napisów, rośnie wymiana kulturalna i turystyczna, powstają projekty utworzenia strefy wolnego handlu. Powołano także komisję dwustronną, która ma szukać zbliżenia w najbardziej drażliwych, historycznych kwestiach we wzajemnych stosunkach.
Oba kraje potrzebują dziś przede wszystkim spokoju i choćby odrobiny dobrej woli. Pomocą mogą tu służyć politycy i media w obu krajach, gdyby tylko zechcieli się kierować jedną zasadą: „nie przeszkadzać”. 
Decyzja FIFA o współorganizacji mistrzostw została przyjęta przez media, szczególnie w Azji, jako próba pożenienia dwóch niechętnych sobie stron. Aranżowane związki mają długą tradycję w tej części świata. Jeśli więc ma to być małżeństwo, niech będzie ono małżeństwem z rozsądku – dwóch dojrzałych partnerów po przejściach, którzy doszli do wniosku, że chcą być razem, bo to im się po prostu opłaca. A miłość? Ta, jak mówią na Dalekim Wschodzie, przychodzi później...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl