Jaka jest polska adwokatura?




W artykule „Nieliczni, niedostępni, nietani” („TP” nr 20), krytykującym sytuację w polskiej adwokaturze, Michał Kłaczyński pisał: „W całej Polsce jest dziś tylu adwokatów, ile w jednym dużym mieście w Niemczech. (...) Polska adwokatura działa na zasadzie średniowiecznego cechu. Negatywne skutki tego zamknięcia – także finansowe – odczuwają niemal wszyscy, którzy potrzebują pomocy prawnej. Dlatego nie jest to tylko problem tysięcy młodych prawników, pozbawionych szans na zawód adwokata. To także problem społeczny: dostęp do wymiaru sprawiedliwości staje się iluzoryczny bez fachowej i powszechnej pomocy prawnej”. 
Kłaczyński postulował zreformowanie systemu, w którym samorząd adwokacki, notarialny czy radcowski ogranicza napływ prawników do tych zawodów, co ma negatywne skutki społeczne dla obywateli i rozwoju państwa prawa. 
O problemie napisał także tygodnik „Polityka” (nr 22). Cytowany przez pismo prof. Andrzej Zoll, Rzecznik Praw Obywatelskich, mówi: „Konieczne jest właściwe określenie warunków przystępowania do zawodu [adwokata], aby nie stwarzać pewnych barier, które ja nazywam barierami natury genetycznej”, zaznaczając, że jego zdaniem niektóre przepisy regulujące funkcjonowanie tego samorządu są sprzeczne z konstytucją. Podobnie argumentował Michał Kłaczyński w „TP”, a po opublikowaniu jego artykułu otrzymaliśmy wiele listów od Czytelników. Część z nich drukowaliśmy tydzień temu; dziś część druga.


Redakcja








Praca niewdzięczna

Jestem adwokatem i opowiadam się za wieloma zmianami w adwokaturze, także za udostępnianiem miejsca młodym. Ale dyskusja powinna opierać się na rzetelnych argumentach.
Nieliczni. Epatowanie dowolnie zebranymi liczbami do niczego nie prowadzi. Wyliczając potencjalną klientelę adwokatów, Autor uwzględnił niemowlęta i przedszkolaków. Tylko tak można sklecić 40-milionową rzeszę rzekomo oczekujących pomocy prawnej. Także liczbie adwokatów zarejestrowanych w Niemczech czy USA warto się przyjrzeć: ilu wykonuje wyłącznie zawód adwokata, dla ilu adwokatura jest ubocznym zajęciem, a ilu „adwokatów” w ogóle nie wykonuje zawodu? Warto przeczytać relacje o specyficznych metodach akwizycji spraw spadkowych czy wypadkowych, stosowanych przez prawników z USA, które przypominają niesławny handel „skórami”... I nie jest prawdą, że radcy prawni nie zajmują się obsługą prawną, wystarczy przejść się do dowolnego sądu. Obserwuję jednak drastyczny spadek zapotrzebowania na usługi adwokacko-radcowskie. 
Niedostępni. Są oczywiście adwokaci bardziej i mniej popularni (bardziej popularni to czasami sprytniejsi, a nie lepsi). Drzwi większości kancelarii adwokackich są jednak otwarte od rana do nocy i przyjmą każdego klienta. Skąd więc zarzut o niedostępności usług adwokackich?
Nietani. Minimalne stawki opłat adwokackich wyznacza rozporządzenie ministra sprawiedliwości. Marzeniem wielu adwokatów jest, by klienci chcieli zapłacić choć tyle. W wielu przypadkach, z uwagi na kiepską kondycję materialną klientów, obniża się ceny. Trzeba też pamiętać, że z wnoszonych opłat Skarb Państwa zabiera co najmniej 41 proc. (VAT – 22 proc., podatek dochodowy – minimum 19 proc.). Przyjemność wykonywania zawodu adwokata kosztuje miesięcznie, w najlepszym wypadku, 800 zł (ZUS – ok. 600 zł, obowiązkowa składka samorządowa – przeciętnie 200 zł). Do tego trzeba doliczyć czynsz – w małym mieście średnio 300 zł, ogrzewanie, energię, telefon itp. Koszty (z ZUS-em i składkami) to zatem ok. 1500 zł. Za urlop czy chorobę adwokatowi nikt nie płaci, a na koniec czeka go na ogół nędzna emerytura. Wszystko to wpływa na kształtowanie honorariów. W małych miastach porada kosztuje 30-50 zł, obrona w parudniowej sprawie karnej 500-700 zł. Czy to kwoty wygórowane? 
Dokonana przez Michała Kłaczyńskiego diagnoza jest błędna. Można przypuszczać, że Autor opiera się na obserwacji kilku tzw. dużych kancelarii, które jednak żyją we własnym świecie. Poza nimi adwokacka rzeczywistość jest szara, co nie znaczy, że „pacjent jest zdrowy i nie wymaga terapii”. Ale nie mówmy, że zwiększenie liczby adwokatów coś tu zmieni. Mówmy raczej o potrzebie, wspólnej chyba wszystkim dziedzinom, tworzenia szans dla młodego pokolenia. Nieuczciwe jest jednak mamienie młodych prawników rzekomym rajem, jaki na nich czeka w kancelarii adwokackiej. Kandydaci do palestry powinni mieć świadomość, że decydują się na ciężką, częstą niewdzięczną pracę i spore ryzyko.


WACŁAW MENDYS
(adwokat, Jasło)







Dzieci adwokatów

Jestem już praktykującym adwokatem; na aplikację dostałem się przy drugim podejściu. Za pierwszym razem wyniki miałem bardzo dobre, ale odpadłem. Dostały się za to osoby z wynikami dużo słabszymi, ale ustosunkowane rodzinnie. 

(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)





Drodzy i ekspansywni


Zgadzam się, że honoraria adwokatów osiągają poziom czyniący je niedostępnymi dla wielu obywateli. Wątpię jednak, by zwiększenie liczby kancelarii przyczyniło się do obniżenia cen. Koszty prowadzenia biura na przyzwoitym poziomie, a tego oczekujemy idąc do adwokata, są wysokie. Gdyby je zredukować (np. zwalniając sekretarkę, rezygnując z komputeryzacji, wynajmując skromny lokal), i tak nie obniżą się na tyle, by za prowadzenie sprawy adwokat brał np. 50 czy 100 zł, co już dla wielu klientów jest znacznym wydatkiem. Także hipotetyczne wyliczenie zapotrzebowania społecznego (liczba klientów na adwokata) jest przesadzone. Polacy niezbyt chętnie korzystają z drogi sądowej, jak to ma miejsce np. w USA, zwłaszcza ze względu na przewlekłość postępowania. Ponadto część prostych spraw, jak spadki, załatwia się bez pomocy drogiego fachowca. 
Pracując jako rzecznik patentowy, także na rynku usług prawnych, spostrzegam (zarówno ja, jak moi koledzy), że coraz częściej adwokaci szukają zleceń także w tych dziedzinach, którymi dotychczas się nie zajmowali. Chyba rozpaczliwie szukają klientów na „nowych polach”, bo na „tradycyjnych” znaleźć już nie mogą – co czasem przybiera formę ataku na inną grupę zawodową. Ostatnio Naczelna Rada Adwokacka skierowała do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o stwierdzenie niezgodności z konstytucją ustawy „Prawo własności przemysłowej”. Daje ona rzecznikom patentowym wyłączność, jako pełnomocnikom stron, w postępowaniu zgłoszeniowym (nie spornym, nie sądowym, a wyłącznie zgłoszeniowym!) przed Urzędem Patentowym RP. W uzasadnieniu Rada udowodniła, że nie wie, o czym pisze: według niej w postępowaniu tym kwestie techniczne mają drugorzędny charakter. W rzeczywistości w zgłoszeniu wynalazku to one są najistotniejsze, a rzecznik patentowy (najczęściej to inżynier, po aplikacji rzecznikowskiej) jest przygotowany najlepiej do sporządzenia właściwej dokumentacji zgłoszeniowej. 

WOJCIECH ZAJĄCZKOWSKI 
(Łódź)





Czas na dyskusję


Każdy absolwent prawa, który próbował dostać się na aplikację adwokacką, radcowską czy notarialną wie, jak twardy to orzech do zgryzienia. Wielu absolwentów nie próbuje, bo już na uczelni może usłyszeć, że bez tzw. „obciążenia genetycznego” rodziną prawniczą, trudno cokolwiek wywalczyć. Znam kilku prawników, którzy dostali się na aplikację, bo po prostu byli bardzo dobrzy i niczyjej pomocy nie potrzebowali. Ale znam również rzesze ludzi, którzy sprawdzają się świetnie w zawodzie – byli bardzo dobrymi studentami, teraz jako absolwenci pracują w renomowanych kancelariach – a egzaminy na aplikację jakoś im nie wychodzą. Rodzi się frustracja, poczucie skrzywdzenia i oszukania. Bynajmniej nie opisuję tutaj siebie, choć próbowałem w zeszłym roku i niestety nie wyszło – byli jednak ze mną na egzaminie lepsi merytorycznie i też się nie dostali. Piszę o środowisku ludzi młodych i zdolnych, którzy świetnie sobie radzą z prawem i często są – przepraszam, muszę tak napisać – lepsi od swych opiekunów w kancelariach, a odsuwa się ich na boczny tor. 
W czyim jest to interesie? Publicznie chyba jeszcze nikt o tym tak nie mówił, dlatego cieszę się, że „TP” opublikował artykuł Michała Kłaczyńskiego. Mam nadzieję, że wywoła on dyskusję na temat dostępu do zawodów prawniczych. Refleksja i rzeczowe argumenty, dlaczego dostęp do zawodu jest tak trudny, przydałyby się obu stronom (i nie tylko). Trudno nazwać rzeczowymi niektóre wypowiedzi członków palestry, cytowane przez Kłaczyńskiego. Miejmy nadzieję, że korporacje nie schowają głowy w piasek, tłumacząc obecną sytuację argumentami, w które trudno uwierzyć. Może innych argumentów nie ma? A jeśli nie ma, proszę się nie dziwić, że obecna sytuacja rodzi domysły i podejrzenia wobec korporacji. 


(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)






Prawnicze kartele

Argument – podnoszony przez samorządy prawnicze – jakoby poziom kształcenia prawników na polskich uczelniach był tak niski, że absolwentów trzeba weryfikować na etapie przyjmowania na aplikację adwokacką, notarialną czy radcowską, wydaje się mało wiarygodny. Formułują go przecież przedstawiciele tych samorządów, którzy najczęściej karierę naukową zakończyli na uzyskaniu tytułu magistra. 
Pomińmy jednak, czy korporacje prawnicze mają naturalne prawo, czy je sobie jedynie roszczą w zakresie ograniczania dostępu młodych ludzi do wykonywania zawodów prawniczych. Spójrzmy na patologiczne skutki społeczne oraz ekonomiczne tego zjawiska. 
Kuriozalny jest fakt, że „niewidzialna ręka” pozwoliła, by w kraju, gdzie na kierunkach prawniczych studiuje ponad 60 tys. osób (dane GUS za rok akademicki 2000/01), tylko niewielki procent absolwentów miał możność przygotować się do wykonywania zawodów adwokata, notariusza czy radcy prawnego. Taka sytuacja już intuicyjnie kłóci się z zasadami rynku. 
Przyglądając się kwestiom monopolizacji usług prawniczych należy zwrócić uwagę, że monopol w oczywisty sposób nie wpływa na podnoszenie jakości usług. Równowaga monopolu na rynku jest osiągana dla mniejszej ilości świadczonych usług niż w przypadku konkurencji doskonałej. Dodatkowo równowaga jest osiągana na wyższym poziomie cenowym. Klienci płacą więc wyższe ceny za usługi prawnicze, a dodatkową konsekwencją jest ich mniejsza dostępność (powszechność) – w szczególności dla osób prywatnych i małych podmiotów gospodarczych. 
Cierpi na tym wspomniana jakość, którą należy rozumieć nie tylko jako merytoryczną zawartość usługi prawnej, ale w równym stopniu jako czas oczekiwania na taką usługę. Tymczasem w działalności gospodarczej ten drugi czynnik często pociąga nawet większe skutki ekonomiczne.
Rezultat ten jest nie bez znaczenia na poziomie całej gospodarki i przekłada się na mniejszą aktywność ekonomiczną, a w konsekwencji na wiele miar makroekonomicznych m.in. Produkt Krajowy Brutto czy bezrobocie. Bolesne jest, że w ciągu 13 lat transformacji nie zajęto się tym problemem. Regulacje prawne i sposób funkcjonowania systemu prawnego są jednym z filarów trwałego wzrostu gospodarczego i sukcesów ekonomicznych. Nie tak zamierzchłe doświadczenia pokazują, że w długim okresie tylko one mogą być źródłem sprawnego funkcjonowania konkurencyjnej gospodarki, do której Polska aspiruje.

Dr STANISŁAW KLUZA
Instytut Statystyki i Demografii SGH 
(Warszawa)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23 (2761), 9 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl