A mój syn


Ahoj, przygodo!


JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn żąda czasem: „Opowiedz mi jakąś swoją przygodę”. „Dobrą czy złą?” „Dobrą”. „Dobre opowiedziałem ci już wszystkie”. „Nie szkodzi, może być drugi raz”.

Lubię to słowo: przygoda. Poszukiwanie przygód to moje ulubione zajęcie. Nieczęsto mu się oddaję, ale zdarza się. I wcale nie chodzi o to, żeby od razu wyjaśniać zagadkę Trójkąta Bermudzkiego, walczyć z Ośmiornicą lub przenieść wielbłąda przez Pustynię Błędowską. Tak pojmują przygodę uczestnicy rajdów Safari albo paint-ballowcy, którzy szukają jej na siłę. A ja to rozumiem tak, że do poszukiwacza przygód one same przychodzą. Ma człowiek trochę czasu i dobre nastrojenie, więc wychodzi z domu albo jedzie sobie gdzieś i czeka. Położy się w lesie albo nad rzeką, w niebo się pogapi i przygody przyjdą do niego jak miś do miodu. A jak nie przyjdą, to przeniesie się w inne miejsce i wtedy to już na pewno. Albo go zbójcy napadną i na twarz przed nim padną, albo mu się kret pod plecy wryje, albo mu ptak na głowę narobi. To ostatnie jest jeszcze przyjemniejsze niż trafienie paint-ballem, a nie musi się człowiek tyle nauganiać.
Tak się składa, że o czym bym nie myślał, na myśl przychodzą mi myśli Astrid Lindgren i H.D. Thoreau. Lindgren mówiła, że trzeba robić rzeczy niebezpieczne, a słynny idealista radził: „Wstawaj wolny od trosk przed świtem i poszukuj przygód”. To „wolny od trosk” wydaje mi się szczególnie ważne. W złym nastroju najłatwiej znaleźć złą przygodę, a nie o takie przecież chodzi, nawet mój syn nie chce ich słuchać. W dobrym przeciwnie. Zawsze się człowiek szybciej uśmiechnie, niż jakiś Szybki Bill wyciągnie spluwę. A uśmiech jest rozbrajający. Zauważyłem, że wszystkie Szybkie Bille mają pewną cechę wspólną z psami: wyczuwają, kiedy człowiek nie jest wolny od trosk i na przykład ma cykora. No i wtedy mogą ugryźć.
No to opowiem moją ulubioną przygodę. Nie chcę tu pozować na św. Franciszka, ale szedłem kiedyś wieczorem przez wieś taki wolny od trosk i w takim dobrym nastroju, że krowy z okolicznych pastwisk lazły za mną wzdłuż ogrodzenia dobry kilometr. Możecie sobie myśleć, że to dlatego, że były niewydojone, ale mam inne zdanie na ten temat. Pozwoliłem im wylizać mi ręce na koniec i udałem się na przystanek PKS-u, gdzie przesiadywała tubylcza młodzież z winem i wielkim psem, jednym z tych jadowitych buldożerów, co to mylą mi się nazwy ich ras. Buldożer zaczął okropnie ujadać, a właściciel ostrzegł: „Niech pan usiądzie trochę dalej, bo może ugryźć”. A ja wtedy wykonałem numer świętego Franciszka, położyłem psu rękę na łbie, pogilgałem go za uchem i już. Ugłaskana bestia zaległa słodko pod ławką, a tubylcy od razu chcieli pić ze mną to wino, tak im zaimponowałem. Wiem, nie ma się czym chwalić, w porównaniu z trafieniem kogoś paint-ballem tak, że mu się farba uszami wylała, moja przygódka to nic. Od razu też dodam, że jak chciałem ten numer po jakimś czasie powtórzyć, to kolejna bestia nie zjadła mnie tylko dlatego, że miała kaganiec, ale to utwierdza mnie jedynie w przekonaniu, że na przygody trzeba się wybierać w odpowiednim stanie ducha. I to wtedy można i trzeba robić rzeczy niebezpieczne, które w sumie okazują się łatwe i przyjemne. Zajrzeć bestii do gardła. Pojechać do Torunia, choć to rydzykowne. Pojedynkować się z Powolnym Billem. A jak nie, to najlepiej nie wychodzić z domu i zadowolić się oglądaniem przygód rozprawiającego się ze złem Van Damme’a albo Banderasa.
Niedługo wakacje! Już za parę dni, za dni parę, weźmiesz plecak swój i gitarę. Przypominam, że gitara musi być dobrze nastrojona, wtedy i ona daje moc, choć nie musi kryć tego, co gitara Banderasa w „Desperado”. 


Jacek Podsiadło

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl