Film

 

Koniuszkami palców

 

ANITA PIOTROWSKA

 

 

 

W dzisiejszym kinie irańskim dzieci odgrywają rolę szczególną. Wszędzie ich pełno, większość filmów skupia się właśnie na bohaterach dziecięcych, a problemy, z którymi muszą się mierzyć mali protagoniści, to często wielkie życiowe dramaty, trudne do udźwignięcia dla niejednego dorosłego. 

 

 

Dlaczego właśnie dzieciom poświęcają Irańczycy tyle miejsca? Dlaczego właśnie one – w filmach Majida Majidiego, Jafara Panahiego czy Abbasa Kiarostamiego – stają się wcieleniem irańskiego losu? Czy opowiadając te wszystkie proste historie – o chłopcu, który zgubił jedyne buty („Dzieci niebios”), o dziewczynce przemierzającej miasto w poszukiwaniu złotej rybki („Biały balonik”), o ubogim uczniu z irańskiej wioski, któremu wali się świat, bo wziął przez pomyłkę zeszyt kolegi i za brak zadania domowego zostanie wyrzucony ze szkoły („Gdzie jest dom mojego przyjaciela?”) – ich twórcy nie starają się odwrócić naszej uwagi od rzeczywistych problemów swego kraju? Wszak jakakolwiek krytyka społeczna, kulturowa, nie mówiąc już o religijnej, jest w Islamskiej Republice Iranu surowo zakazana; filmy podlegają bezwzględnej cenzurze obyczajowej, więc familijne opowieści o zmaganiach dziecka z twardym, nieprzyjaznym światem dorosłych można uznać za swoisty wentyl bezpieczeństwa. 
Tematyka dziecięca ma w kinie irańskim bogatą tradycję. Jeszcze za czasów szacha Pahlaviego powstała w Iranie instytucja o nazwie Kanun, która miała mieć charakter pedagogiczny, a wkrótce doczekała się własnej wytwórni filmowej i po dziś dzień ochoczo sponsoruje rodzimą kinematografię. Właśnie z tej stajni wyszli najwięksi: Kiarostami, Panahi, Ibrahim Forouzesh, którzy zdobywali szlify przy filmach przeznaczonych dla dzieci, a dziś swymi małymi arcydziełami podbijają największe zagraniczne festiwale i prowokują do najbardziej uczonych analiz. 
Irańskie filmy o dzieciach zachodnia krytyka lubi odczytywać na sposób metaforyczny. W opartym na faktach „Jabłku” Samiry Makhmalbaf tragedia 11-letnich bliźniaczek trzymanych od urodzenia w zamknięciu przez nawiedzonego religijnie ojca i sterroryzowaną przez niego niewidomą matkę stała się pretekstem do dyskusji o dramacie irańskich kobiet stłamszonych przez islamski patriarchat, a szerzej – metaforą sytuacji współczesnych Irańczyków, zamkniętych w kulturowej izolacji, ubezwłasnowolnionych i skazanych na niedojrzałość. Jednak traktowanie kina irańskiego jako „kina z kluczem” paradoksalnie bardzo je zubaża, redukuje do wymiaru zakamuflowanej krytyki, do rangi ideologicznego narzędzia. 
Tak naprawdę największe bogactwo i zjawiskowość filmów z Iranu nie polega na jakimś wymyślnym ezopowym języku, ale na sposobie fotografowania rzeczywistości, na czystości spojrzenia, które jest domeną dzieci właśnie. Świat widziany ich oczami rozkwita, drażni zmysły, za każdym razem zaskakuje. Nieprzypadkowo filmowcy irańscy tak wielką wagę przywiązują do strony plastycznej, do kompozycji kadru, gry kolorów, nieśpiesznego, skłaniającego do namysłu tempa akcji i rytmu montażu. Dla dziecka świat jest ogrodem – czasem kusząco pięknym, tajemniczym, czasem też niebezpiecznym. Dlatego oglądając filmy Kiarostamiego czy Makhmalbafa przenosimy się w jakiś inny stan skupienia, intensywnego wyczulenia na wszystko – naturę, drobiazgi życia codziennego, wreszcie na innych ludzi.

Takiego właśnie odbiorczego przestrojenia wymaga ostatni film Majida Majidiego – „Kolory raju”, goszczący jeszcze w naszych kinach. Jak zwykle, bohaterem jest dziecko – nad wiek dojrzałe, przedwcześnie doświadczające brutalności. 8-letni Mohammad jest niewidomy, ale odbiera rzeczywistość z niezwykłym natężeniem zmysłów. Patrzymy na świat, który mógłby być jego światem – irytująco piękny, na poły nierzeczywisty, jakby stworzony na zamówienie. Panoszy się bezwstydnie na naszych oczach, kłując swą doskonałością. Na tym tle ślepota Mohammada – gra go również niewidomy Mohsen Ramezani – początkowo wydaje się skandalem; patrząc na jego zmagania z oporną materią czujemy się trochę jak podglądacze. 
Bezbronność dziecka staje się jeszcze bardziej dramatyczna, kiedy poznajemy jego sytuację rodzinną. Chłopiec przebywa z dala od domu w teherańskim ośrodku dla ociemniałych. Nadchodzą wakacje, dzieci rozjeżdżają się do domów, ale ojciec chłopca nie zamierza zabrać go z ośrodka. Po śmierci żony marzy mu się ożenek z urodziwą córką bogatego gospodarza – wniesienie w „posagu” niewidomego dziecka nie byłoby mile widziane, zwłaszcza że na utrzymaniu ma jeszcze córki i starą matkę. W końcu jednak, przekonany przez opiekunów, zabiera Mohammada do rodzinnej wioski. Tu chłopiec wręcz zachłystuje się szczęściem: rozpoznaje znajome odgłosy rozbuchanej letnią porą przyrody, dotyka dawno nie widzianych twarzy, z nabożną czułością muska każdy kłos trawy. Nie podejrzewa, że za jego plecami toczy się cichy dramat – ojciec dalej kombinuje, jak się go pozbyć.
„Kolory raju” to bowiem film tyleż baśniowo piękny, co baśniowo okrutny. Zło i bezduszność dokuczliwie mącą sensualną przyjemność. Ojciec Mohammda jest człowiekiem zżeranym przez zwątpienie i egoistyczną rozpacz. Surowe warunki życia, katorżnicza praca, ślepota syna, wreszcie śmierć żony uczyniły zeń człowieka tragicznego – który podważa istnienie Boga, nie wierzy w porządek świata i nie potrafi odnaleźć się na jego zgliszczach. Odnajdzie to wszystko dopiero w sytuacji ostatecznej, kiedy wyrzeknie się swego człowieczeństwa i rozpozna własny upadek. 
Cierpieniu ojca przeciwstawione jest w filmie cierpienie dziecka, które przyjmuje kolejne ciosy z pokorą. Mohammad nawet nie próbuje buntować się przeciwko swojej kondycji. Wie, że „Boga można poznać koniuszkami palców” – wszak jest niewidzialny. Swoje ograniczenia traktuje niczym dar: dość przypomnieć scenę, w której chłopiec przychodzi z siostrami do „normalnej” szkoły i zaskakuje wszystkich umiejętnością biegłego czytania, albo gdy dzięki genialnemu zmysłowi słuchu, kosztem karkołomnych wysiłków ratuje pisklę, które wypadło z gniazda i za chwilę może zniknąć w paszczy kota. 
Podobno w Iranie ociemniałych nazywa się „ludźmi o świetlistych sercach”; Majidi stara się właśnie tak pokazać rzeczywistość – rozświetloną wewnętrznym światłem bohatera, a więc mocno przefiltrowaną, zbudowaną zarówno na pobożnych życzeniach, jak i wnikliwych obserwacjach. Być może naiwne to spojrzenie, być może za chwilę kino irańskie w ogóle zacznie nas nużyć i męczyć swoją programową naiwnością? Może przyjdzie czas, kiedy z tamtej części świata docierać do nas będą filmy naprawdę drapieżne, bez baśniowej otoczki? Tymczasem jednak cieszmy się, że jest gdzieś taki kraj, w którym pomimo wszystkich ograniczeń powstają filmy z miłości do człowieka. Nawet jeśli ich twórcy doskonale zdają sobie sprawę, że w dalekim świecie czekają na nich festiwale, nagrody i powszechny zachwyt. 

„KOLORY RAJU” (Rang-e khoda), scen. i reż. Majid Majidi, zdj. Mohammad Davoodi, muz. Alireza Kohandairy, wyst.: Mohsen Ramezani, Hossein Mahjoob, Salameh Feyzi. Iran 1999. Dystryb. Gutek Film.
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl