O Dziecku na jego Dzień

 

Zabawki mądre i głupie

 

jOANNA OLECH

 

 

 

Nigdy nie spotkałam się z zabawką, na której producent umieściłby adnotację: „stymuluje rozwój intelektualny”, choć wpływ zabawy na rozwój dziecka wydaje się oczywisty.

 

 

 

PRZEGLĄDAJĄC KATALOG
Z domowej biblioteki wyciągam pochodzący z roku 1831 ilustrowany katalog zabawek niemieckiej fabryki Lindner z Sonnebergu. Katalog zawiera 897 pozycji – pierwsza z nich to „Mała Arka Noego” (arki oferowane były w czterech rozmiarach), ostatnia – to „Szklana figurka bociana na sprężynce, z niemowlęciem w dziobie”. Znaczącą część oferty stanowią modele pojazdów – od wózka ciągnionego przez osiołka poczynając, a na karecie z czwórką koni, woźnicą i pocztylionem kończąc. Jest tu też duży wybór broni – halabardy, muszkiety, pistolety, szable i armaty w kilkunastu rozmiarach. Najtańszą zabawką jest miniaturowy dzbanuszek z lalczynego serwisu za 0,07... (ale czego? fenigów?), najdroższą – 12-osobowy oddział polskich ułanów, osadzonych na drewnianym pantografie – za 20,- (marek?). 
Katalog opatrzono topornymi, na poły amatorskimi rycinami. Oto figurka nauczyciela, który wręcza pilnemu uczniowi wieniec laurowy, obok stoi płaczący chłopiec z tabliczką na szyi, na której narysowano osła. Oto pozytywka z drewnianymi postaciami na wieczku – handlarka ryb goni z wielką miotłą ulicznika, który przewrócił jej stragan. Jest i garbaty szewc (na kółkach), i arlekin, który wiezie na taczkach trumienkę z martwym dzieckiem w środku. Oto Pinokio, obcinający swój długi nos na napędzanym sprężyną wirującym kole szlifierskim, i pajac, który trzyma kota za ogon i bije go kijem, kiedy pokręcisz korbką. Jest także mały drewniany kat obsługujący gilotynę (za jedyne 2,30!). 
Nie żyją już chłopcy, którzy pociągali za sznurek gilotyny. Ich hipotetyczny prawnuk nagle zrzucony do centrum Warszawy mógłby natomiast kupić sobie zestaw „kałasznikow, pistolet, kajdanki, dwa granaty” (za 15 złotych). Szczęśliwie dla nas, potencjalnych ofiar, zabawki z gatunku „mały eksterminator” zarówno w katalogu Lindnerów, jak i warszawskim sklepie „Miki”, stanowią niewielki odsetek całej zabawkowej oferty. Nie większy zapewne niż odsetek sadystycznych chłopców w populacji. 
Gdyby zinwentaryzować magazyny sklepu „Miki” – powstałby katalog parokrotnie obszerniejszy niż ten z roku 1831. O cokolwiek pytam – mają! (Przyznaję, nie przyszło mi do głowy pytać o arlekina z trumienką...). Mają nawet bierki, pchełki, domino i „beczułki” – zgrzebne zabawki mojego dzieciństwa. Mają pluszowego lwa naturalnej wielkości, czarne niemowlę, które pije i siusia, kauczukowe maski Yody, kolejkę Piko z akcesoriami... Wszystko mają! Z reguły ładne i w dobrym gatunku, aczkolwiek bywają i kurioza – jak choćby gumowy wampir, któremu gałki oczne wychodzą z orbit za naciśnięciem, albo (z tej samej serii) – krowa robiąca różową kupę.

 
MISIE NASZE I NIE NASZE
Znamienne – niemal wszystkie zabawki pochodzą z importu. Krajowe są jedynie wózki i łóżeczka dla lalek, konie na biegunach, stroje karnawałowe, niektóre gry planszowe, huśtawki i drewniane klocki. Ostały się jeszcze szmaciane lalki (kupowane głównie przez cudzoziemców) i pluszaki. Dział zabawek dla niemowląt i dzieci młodszych zmonopolizowali producenci brytyjscy. Przyczyn tego stanu rzeczy należy szukać w trudnych do uzyskania atestach, w które takie zabawki muszą być wyposażone.
Niestety – nie sposób nie zauważyć, że krajowe klocki i misie są brzydsze i gorzej opakowane niż ich zachodni konkurenci. W dziale zabawek zaawansowanych technologicznie (miniaturowe pojazdy i budownictwo) – krajowych producentów nie ma wcale! Dzwonię do Wojtka Małolepszego, wykładowcy na Wydziale Wzornictwa warszawskiej ASP, i pytam o przyczyny. Wojtek przez wiele lat projektował i produkował z sukcesem zabawki drewniane. Skacząca „Żaba” jego projektu znalazła się w Muzeum Narodowym na wystawie „Rzeczy pospolite”, gdzie eksponowano najlepsze osiągnięcia polskiego designu. Przed dwoma laty Wojtek i jego wspólnik zawiesili produkcję. Nie wytrzymali konkurencji azjatyckiej. Ikea, która niegdyś sprzedawała zabawki Wojtka, teraz zleca produkcję w Indochinach.
– Polscy producenci zabawek – mówi Wojtek – to niewielkie, rodzinne firmy. Nie ma na tym rynku dużych fabryk. Pomimo że sześć uczelni artystycznych wypluwa co roku przeszło setkę dyplomowanych designerów – nie znajdują oni pracy w zawodzie, bo małe, krajowe manufaktury nie widzą potrzeby zatrudniania kwalifikowanego projektanta. Trochę zrzynają z zachodnich katalogów, resztę sami wymyślą z pomocą szwagra i stryjenki... Chlubnym wyjątkiem na tym rynku jest „Granna” – producent gier planszowych i firma „Endo” – twórca pluszowego misia wyposażonego w stroje i mebelki. Firma o swojsko brzmiącej nazwie „Bukowski”, szyjąca piękne pluszaki, okazuje się być zarejestrowana w Sztokholmie. 
Na rynku zabawek nie obronią się żadne produkty „niszowe” – adresowane do wąskiego kręgu nabywców. A takie były tradycyjne, ekologiczne zabawki drewniane. Sieć dystrybucji jest zbyt wątła, a hurtownie gustują w produkcji masowej, która zadowoli wszystkich. Najlepiej sprzedają się zabawki wsparte kampanią telewizyjną bądź filmową. Toteż na półkach sklepu „Miki” stoją obok siebie: Bob Budowniczy i jego maszyny, Teletubisie, Wazowski, Kubuś Puchatek z Kłapouchym, Harry Potter, Frodo, Różowa Pantera i bohaterowie Gwiezdnych Wojen.

 
ZABAWKA I REKLAMA
Ku mojej satysfakcji Pokemony idą w odstawkę – sprzedają się coraz gorzej. Jednakże nie mam złudzeń – w ich miejsce za chwilę pojawi się nowy, toksyczny chłam, a rodzice to kupią... Bo to nie dzieci z reguły wybierają zabawki – to rodzice i dziadkowie są pionkami w marketingowej grze o klienta. I to dorośli zaszczepiają u dzieci przekonanie, że dobre jest to, co hałaśliwie reklamowane. Dziecko nie potrafi w pojedynkę odeprzeć ataku zmasowanej reklamy. Potrzebuje wsparcia – aplikowanej przez dorosłych szczepionki wzmagającej odporność przed wirusem konsumeryzmu. Szczepionka jest tania i prosta w użyciu – wystarczy osłabiać działanie reklamy komunikatem: „nie dowierzaj”, „nie daj sobą manipulować”. 
Jesteśmy hojnymi, kochającymi rodzicami. Zapełniamy dziecięce pokoje dziesiątkami zabawek. Z każdą wizytą w supermarkecie przybywa w domu kolejny tandetny gadżet z Hongkongu – zabawka trzyminutowa, plastikowy odpad miłości rodzicielskiej. 
Producenci idą na rękę zapracowanym, goniącym w piętkę rodzicom – oferują zabawki, które nie wymagają partnera do zabawy. Ojciec może bezpiecznie drzemać za płachtą gazety, nikt go nie wyrwie do gry w bierki – dziecko od godziny klika w game-boya i wygląda na zadowolone. Jeżeli jednak chcemy, aby u dziecka rozwijały się nie tylko kciuki – powinniśmy pomyśleć o innych zabawkach. 
Kiedy w Stanach Zjednoczonych opublikowano wyniki badań, z których wynikało, że nauka gry na instrumencie stymuluje rozwój podwzgórza – wzrosła gwałtownie liczba rodziców posyłających swoje dzieci na lekcje muzyki. Dla pragmatycznych Amerykanów ciut ekstrawagancka umiejętność gry na instrumencie zyskała praktyczny, dający się przełożyć na wymierne korzyści walor. Podwzgórze, czyli hipokamp to wszak ta część mózgu, która odpowiedzialna jest za zapamiętywanie, stąd jej rozwój – to wzrost potencjału intelektualnego dziecka. 
Nigdy nie spotkałam się z zabawką, na której producent umieściłby adnotację: „stymuluje rozwój intelektualny”, choć wpływ zabawy na rozwój dziecka wydaje się oczywisty. Poprzez zabawę dziecko trenuje przyszłe społeczne role, uczy się zawierać kompromisy, obmyślać strategie, zawiązywać koalicje, w grach zespołowych uczy się partnerstwa. Zabawa z rodzicami cementuje więzi rodzinne, stanowi pomost międzypokoleniowego porozumienia i dialogu.


KOLEKCJONER DÓBR
W znakomitej większości zabawki dzisiejsze są zminiaturyzowanymi gadżetami ze świata dorosłych. Żelazka dla lalek wyglądają jak prawdziwe, pralki piorą, a miksery miksują. Wózki-zabawki to wierne repliki wózków dla niemowląt, samochodziki to zdalnie sterowane modele porsche’a i jeepa. Najnowszy domek dla lalek jest wyposażony w elektryczne oświetlenie, dywany i porcelanę, lodówkę zapełnioną plastikowymi produktami spożywczymi. W miniaturowej łazience na półce stoją nawet szczoteczki do zębów. Brakuje tylko szczęki w szklance (pan Lindner zapewne by o niej nie zapomniał). 
Spece od marketingu umiejętnie zachęcają do kompletowania zabawek – zestaw mebli... zestaw ubrań... zestaw pojazdów... nawet dinozaury stanowią kolekcję, a kolekcja niekompletna wydaje się bezwartościowa. W zabawie dziecko małpuje nas, dorosłych. Ze wszystkich życiowych ról nowoczesne zabawki najlepiej sprzyjają odgrywaniu przez dziecko roli Kolekcjonera Dóbr. Wspiera je w tym Wujek Marketing i Ciocia Reklama. Pytanie tylko, czy to jest ta rola, którą wymarzyliśmy sobie dla dziecka. 
W sklepach znajdziemy zabawki mądre i głupie. Wybierajmy z namysłem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl