Miasto nad Odrą: „sukces” i jego cena 

 

Palę Wrocław

 

JĘDRZEJ MORAWIECKI

 

 

 

Najpierw zrodziło się pytanie: czy Wrocław jest miastem sukcesu? Potem przyszły kolejne: jeśli tak, to jaka jest tego sukcesu cena? I czy płaci ją tylko Wrocław, czy też bezrefleksyjna doktryna jedynie słusznej „meganowoczesności” jest zjawiskiem szerszym?

 

 

 

Najpierw spłynął na miasto jaskrawy śmieć: kamienice rozbłysły wściekłym pomarańczem, seledynem, czerwienią, żółcią – byle mocniej i „weselej”. Starówka zaczęła przypominać reklamę supermarketu, ale spodobała się. Nowe technologie dały poczucie postępu, którego Wrocław tak bardzo potrzebował. Później wyszła tandeta: pośpiesznie odnowiony Ostrów Tumski zaczął obłazić płatami farby. Wyspa rozbłysła światłem halogenów, kościoły podświetlono od dołu, wbrew zamysłowi architektów, bez wyczucia proporcji – zaczęła przypominać gigantyczną makietę do wyciskania pieniędzy z zachodnich wycieczek. 
Nowa estetyka pomogła jednak uwierzyć, że Wrocław jest miastem postępu, że jest zachodni – niezależnie od przepychanek w znienawidzonej Warszawie, od kryzysu w kraju, od bezrobocia. Syndrom „ładnego Rynku” jest przykładem budowania tożsamości mieszkańców Wrocławia po 1989 roku, którzy dumni są z nowych latarń, bruku, fasady, patykowatych drzewek sadzonych w miejsce wyciętych. Krytykę nowej estetyki odbierają jako osobisty atak, co jest o tyle zrozumiałe, że według badań socjologicznych Rynek jest jedynym wyznacznikiem wrocławskiej tożsamości. Co znamienne: większość respondentów – gdyby otrzymała gdzie indziej korzystniejsze warunki pracy – wyjechałaby.


„SUKCES LEPSZY NIŻ SEKS”

Zmienia się miejska ikonografia. Wielu pytających o drogę kojarzy Rynek wyłącznie z McDonaldem, a ulicę Świdnicką z „Barem” – polsatowskim reality-show. Jeśli uznać za sukces wprowadzenie wirtualnego show w tkankę miasta, Wrocław odniósł sukces. Nie ma już kościoła dominikańskiego ani nawet Dominikańskiego placu – jest przystanek tramwajowy „Galeria”. Galeria Dominikańska to szklano-betonowa bryła („największy megamarket elektroniczny Europy”) obłożona imitacją cegieł i pękiem kamer. Udało się coś, czego nie dokonali peerelowscy inżynierowie wielkiej płyty: zasłonięto całkowicie kościół, obudowano go agresywnym centrum handlowym, które krzyczy reklamami: „sprzedaj nam swoją starą”, „to jest lepsze niż seks”. W „galerii” – prócz plastykowych fontann, fastfoodów i supermarketów – mieszczą się także pozbawione okien sale konferencyjne. Tu szkolą się pracownicy banków, spotykają akcjonariusze wielkich firm.
Z „Galerią Dominikańską” wiąże się bowiem mit wrocławskiego sukcesu gospodarczego. Taki wizerunek zewnętrzny – oparty na stereotypie bogatego pasa zachodniego i bliskości europejskich stolic – buduje miasto na zewnątrz.
Tymczasem wiele spółek jest wykupywanych, redukowanych (np. ADTranz – dawny Pafawag, Polifarb Cieszyn-Wrocław, po raz kolejny Polar), wiele przenosi się do Warszawy. Wśród giełdowych firm dominują spółki internetowe, jest firma developerska... Istnieje lokalna telefonia i lokalne spółki ciepłownicze – Kogeneracja i MPEC Wrocław. Działają fabryki i montownie motoryzacyjne – Jelcz, Volvo. Zapomina się jednak, że te inwestycje są naskórkowe. Zapomina się, że nie da się zbudować koncepcji miasta na motoryzacji i internecie, bo są to branże wyjątkowo podatne na koniunkturę. A prawda jest taka, że ilość depesz ekonomicznych wysyłanych z Wrocławia do zagranicznych agencji (na przykład Reuters) drastycznie spadła. Bo ilość wydarzeń gospodarczych nie wiąże się z ilością szklanych biurowców.
Oficjalnie bezrobocie pod koniec marca wzrosło w mieście do 10,8% wobec 8,2% zeszłego roku. W powiecie grodzkim wskaźnik bezrobocia wynosi 17,8% w stosunku do zeszłorocznych 14,3%. Problemu zatrudnienia nie rozwiążą ekskluzywne knajpy dające barmanom pięćset złotych miesięcznie i napiwki za 12 godzin za barem, nie zmienią sytuacji kolejne supermarkety. W podwrocławskiej wsi, z której jadę do miasta, córka sąsiada rusza w przeciwną stronę. Pracując na prowincji jako księgowa dostaje czterysta złotych, wstaje o czwartej rano, wraca po południu. Jest zadowolona. We Wrocławiu pracy nie dostała.
W reportażach dla „Tygodnika” pisałem o koszalińskich pegeereach, o bezrobociu, o tym, że młodzi próbują się wyrwać. Kiedy skończyłem ostatni tekst, wróciłem do Wrocławia, spotkałem się z kolegami ze studiów, dziś absolwentami filologii na uniwersytecie. Większość szuka pracy, sześć osób próbuje dostać się do policji, kilka – zostać na uczelni. Moi znajomi powtarzają drogę bohaterów dokumentów o Kowarach czy Szprotawie, którzy miesiącami bezskutecznie szukali pracy w „wielkim mieście” – Wrocławiu. I trudno spodziewać się, by sytuację uzdrowiły „sukcesotwórcze” działania na wzór Poznania, w którym pracę dostaje tylko ten, kto na stałe zameldowany jest w mieście.


„ŁADNIE I SŁONECZNIE”
O ile szklane centra – mimo pobożnych życzeń – nie wpływają na gospodarkę, o tyle bez wątpienia mają wpływ na kształt miasta. W centrum budowane są więc namiastki wielkiego świata: Park Plaza, Europejski Fundusz Leasingowy, Dorint, Asco, piętrowe parkingi. Powstający właśnie nowy uniwersytecki budynek prawa – nawiązujący estetyką do pobliskiego gierkowskiego bloku – zasłoni Gmach Główny Uniwersytetu. Skoro o wyburzonym Rynku zakrytym szarą płytą mówiło się, że „komuniści-barbarzyńcy” zniszczyli centrum, to co powiedzieć teraz? Pozostaje tłumaczenie, że kościoły „i tak będą się odbijać w pięknych szklanych płaszczyznach”. I można to tłumaczenie rozszerzyć na osiedla kloców z „wielkimi oknami, słonecznym korytarzem i wygodami”. Wielka płyta wgryzła się w zabytkowe zabudowania, tworząc „interesujący kontrast”. Problem nie w nowej architekturze, a w miernocie, łączonej z wyjątkową ekspansywnością. I w jej funkcjach – budynki przeznaczone na konferencje, promocje, salony piękności i biura zmieniają dotychczasową funkcję Rynku jako centrum integrującego społeczność. Rynek nie należy już do mieszkańców.
Jeden z architektów nazwał estetykę nowego Wrocławia „architekturą disco-polo”. Jak na ironię losu, muzykę disco-polo kanonizował Polsat, który swój „Bar” umiejscowił w pierwszym, sztandarowym budynku „nowej fali architektonicznej” Wrocławia.


„NOWE, MEGAKOLOROWE”
Supermarkety wyrastają często w sercach osiedla. To molochy, przy których oprotestowany niegdyś barak HIT-u – ukryty za wiaduktem przy giełdzie samochodowej – wydaje się poczciwym supersamem. Pojawiają się głosy, że gdzie indziej centra handlowe, multipleksy lokuje się na obrzeżach miast. Nie trzeba porównań, by dostrzec, że supermarkety wbijane w dotychczasową strukturę niszczą lokalne więzi, dezintegrują wspólnotę, a rujnując drobne sklepy, naruszają najbardziej stabilną sferę handlu. We Wrocławiu, podobnie jak w innych miastach, mamy do czynienia z przemianami imitacyjnymi: z przejmowaniem wzorców zewnętrznych bez monitorowania wewnętrznych uwarunkowań. I o ile początkowo tendencja „promarketowa” – połączona z tęsknotą za wielkim, kolorowym, bogatym sklepem – wydawała się uzasadniona, to po bezkrytycznej fascynacji przychodzi czas na refleksję i uporządkowanie struktury. Refleksji jednak zabrakło. Zachodnie wzorce przejmuje się wybiórczo, chaotycznie, tak jak jest wygodniej, korzystniej (w krótkiej perspektywie) dla wąsko pojmowanych elit.
Schemat jest prosty – supermarkety mają znacznie silniejszy lobbying. Twarde zasady ekonomii trudno jednak objaśnić właścicielom warzywniaków ze Śródmieścia prowadzących sklep od pokoleń (nawet w młodym środowiskowo Wrocławiu) – wpisujących „na zeszyt” zakupy starych klientów, zarzynanych jednak czynszem i dyskontami.


„BARDZO DUŻA SZTUKA”
Wrocław może stać się tym, w co przeobraziła się radiowa „Trójka”. Może stać się miastem niegdyś awangardowym, oryginalnym, dziś bazującym na szczątkach legendy. Może stać się sformatowanym tworem przekształconym w miasto środka (jak muzyka środka). Miastem bezbarwnym (mimo swej jaskrawości), miastem dla wszystkich i dla nikogo. Szklany Wrocław z kulturą oglądaną przez szybę. Z jednej strony mamy bowiem w mieście elitarne, zamknięte imprezy, jak osławiony już koncert Placido Domingo, sprowadzonego do Wrocławia na występ dla VIP-ów za równowartość kilkunastu mieszkań. Mamy legendarny, odkurzony, ale niedostępny finansowo mieszkańcowi Śródmieścia Przegląd Piosenki Aktorskiej (sprowadzający się do wielkiego bankietu). Jest – na szczęście – Vratislavia Cantans. Pojawiają się koncerty ukierunkowane wyłącznie na media, jak emitowany w Wielką Niedzielę w telewizyjnej „Dwójce” koncert Gospels. Przed takim koncertem przypomina się, by zachowywać się „spontanicznie i wielbić Chrystusa klaszcząc w dłonie, bo jest wśród nas telewizja”. Przesunięcie proporcji.
Oprócz imprez kreujących wizerunek zewnętrzny mamy masowe spektakle, łechtające próżność wrocławian złudzeniem wysokiej kultury, bazujące jednak w gruncie rzeczy na schemacie rocznicowego festynu: konferansjer krzyczy ze sceny, że oto muzycy, którzy do tej pory nigdy się nie spotkali, zagrają razem bez żadnej próby popularny utwór muzyki klasycznej i stanie się to właśnie tu, w ulubionym Wrocławiu. Nie ma czwartków jazzowych, legendarny Jazz-club „Rura” oblazł złoconymi poręczami, wysoką ceną i finansową elitą. „Jazz nad Odrą” stał się „meczem na harmonijkę ustną Polska-Czechy”. Znika charakter i oryginalność – w pubach szkockich i irlandzkich gra już muzyka z Vivy. Nawet reklamowane w „Radiostacji” „Pięć nutek” i „Wagon” przypominają dziś wystrojem dyskotekowe kluby.
Pośrodku Rynku, nieopodal miejsca festynów wyrosła zaś za horrendalną sumę postsocrealityczna fontanna „Zdrój” (oficjalna nazwa) – postawiona decyzją byłego prezydenta, teraz parlamentarzysty Bogdana Zdrojewskiego, który w tekście dla „Przekroju” chwalił się, że „na szczęście” mieliśmy powódź, bo by zorganizować Expo, dobrze „być po jakimś kataklizmie”.


„DRUGA STRONA RZEKI”
Być może władze – stawiając fontannę za około 2,5 miliona złotych – zapomniały, że z dala od Rynku stoją domki dla powodzian: puste od 1997 roku, obłożone bogatą infrastrukturą, nie nadające się jednak do zamieszkania, zagrzybione i plastykowe – pomniki finansów utopionych w chybionych inwestycjach powodziowych. Na mieszkania komunalne czekają zaś wrocławianie w kolejkach od lat. Ta sfera Wrocławia została jednak zepchnięta poza silikonowe centrum, na drugą stronę Odry. Tak samo jak istniejące jeszcze na szczęście jadłodajnie, kawiarnie i piwiarnie – z piwem cztery razy tańszym niż po drugiej stronie mostu. Przetrwała sieć Gastronomicznej Spółdzielni Inwalidów z gęstymi firankami, pierogami w śmietanie i wiśniówką, przetrwały osiedlowe szynki. Przetrwały lokalne ryneczki: Leśnica, Agora, Brochów, Psie Pole, Księże Małe... Wrocław – wchłonąwszy miasteczka, winien uczynić z nich atut, nie zaś spychać w zapomnienie. To właśnie klientela podwórek Śródmieścia, Brochowa, Traugutta odznacza się najsilniejszym poczuciem tożsamości i solidarności (co było widać choćby podczas powodzi, kiedy lokalni menele przerzucali worki z piaskiem, a szanowane rodziny prowadziły dzieci nad Odrę, by obejrzały wysoki poziom wody). Lokalne środowiska tych starych dzielnic powinno się wspierać i animować, a nie stygmatyzować, spychając je do roli kryminogennych „bermudzkich trójkątów”. Bo mimo wielu patologii w tych miejscach pozostał autentyzm i tożsamość, historia miejsca, którą miasto najwyraźniej gubi.
W starych dzielnicach Wrocławia pojawiają się squaty, pustostany zajmowane przez post-punków, anarchistów. Kilka przyjęło nieformalny status alternatywnego domu kultury – jednemu udało się dostać od miasta lokal do wyremontowania – na Jagiellończyka. Zaczęli działać legalnie. Squat stał się miejscem nieodpłatnej edukacji kulturalnej, otworzył drzwi przed chłopaczkami z podwórka. Ale kiedy squat zmontował DKF, otworzył bibliotekę, zaczął organizować odczyty, emisje reportaży, koncerty, kiedy wyszedł poza wąskie ramy „wolnościowej kontestacji” – pojawiła się inspekcja. Kontrola w budynku wykazała konieczność dostosowania Centrum do wymogów unijnych – wymianę instalacji, sceny na ognioodporną, krzeseł, drewnianych stropów i podłogi – na atestowane... Ośrodek został zamknięty.
Są jednak studenckie sceny, odradzają się filmowe festiwale: KAN, przegląd na Działkowej, Słubickiej, działa Pałacyk, studencki klub filmowy „Fosa”, wznawia działalność DKF na Politechnice. Na przeglądach undergroundowych filmów i niskobudżetowych dokumentów sale pękają w szwach. Ściąga publika na nielegalne pokazy reportaży w dzikich piwnicach, na wystawy zdjęć przybijanych gwoździami do betonowych ścian. Odradza się więc powoli studencka kultura – i dzieje się to właśnie w momencie największego finansowego kryzysu, „off” rodzi się pod presją likwidacji klubów, budżetowych cięć, nieokreśloności. Składnice i kiermasze taniej książki bez reklamy przyciągają tłumy. Na placu Kromera, gdzie książki kosztują od grosza do złotówki, pojawiają się wierni klienci i dostawcy – oddają winyle i powieści nawet poza godzinami urzędowania biblioteki, wrzucając je przez szparę w drzwiach. Druga strona medalu: biblioteki z braku miejsca wyrzucają księgozbiory – na filologii, niczym w hrabalowskiej powieści, pojawiają się całe kartony niechcianej literatury. Sam jeżdżę po bibliotekach, wynoszę z korytarzy oprawione w płótno tomy dzieł wszystkich Balzaka, Bułhakowa...
Naukowa księgarnia „Kwant” znikła ze Świdnickiej – mimo ciągłych apeli i podpisów. Wcześniej zlikwidowano największą księgarnię muzyczną. Stoi tam dziś ekskluzywna restauracja. Pod ciężarem multipleksów padły kina „Pionier”, „Polonia”, „Studio”. Kolejne multipleksy mają być sytuowane przy istniejących już kinach (na przykład przy Kinie Lwów).
Trwają codzienne pchle targi – nielegalne, poukrywane w podwórkach, tuż za odnowioną fasadą, targi niczym z szulkinowskich filmów, z wejściem przez odartą klatkę schodową, w kamiennych studniach. Miejsca, gdzie sprzedawcy i kupujący mówią, że „uciekli z Rynku”, bo tam „nie da się przetrwać”, czy że „tam nie ma już po co iść”. Rynek zaś odwzajemnia się apartheidem plebsu – na wejściach pubów i knajp pojawiają się napisy: „obuwie sportowe zostaw w domu”. Bramkarze (obrońcy kultury wysokiej) nie wpuszczą dresiarzy, ale i studentów w adidasach. W imię nowoczesnej estetyki.


„BRZYDKIE MARGINESIAKI”
„Trójkąty bermudzkie” powinny zniknąć – takie jest założenie. Nie są zgodne z wizją postępu i „słoneczności”. Stąd pojawiła się nie budząca kontrowersji idea rewitalizacji – a więc rozbicia „lumpenproletariackich struktur” poprzez wysiedlanie mieszkańców mieszkań komunalnych i przenoszenie ich w inne rejony miasta. Podobnie jak nie psuła „postępowego” samopoczucia akcja usuwania z dworca bezdomnych przed Kongresem Eucharystycznym, wywożenia ich poza Wrocław, by nie razili pielgrzymów przybywających na spotkanie z papieżem. W zapomnienie poszły kolejne czystki: likwidacje cygańskich obozowisk, łapanki Romów, deportacyjne samoloty. W imię realnej stabilizacji łączonej z estetyką postępu, alternatywę, mniejszości i margines wmiata się pod dywan. Za nową estetyką przychodzi nowa etyka.
Równocześnie czytamy o kolejnym „radosnym” osiedlu, budowanym przez „angielską firmę” (potem okazuje się, że nie ma osiedla, a jedynie jego komputerowa symulacja przygotowana za miejskie pieniądze przez firmę zarejestrowaną w raju podatkowym). Agresywna iluzja wyziera z billboardów i city-lightów informujących o „największej w Polsce dyskotece”, której „zazdrości nam cała Polska”. Wyjątkowość budowana na nijakości.
Zwieńczeniem tej ideologii staje się mrzonka wrocławskiego Expo, przedmiot propagandy nie tylko lokalnej, ale i ogólnopolskiej. W artykule „Przyjechali, pochwalili” na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” z tautologicznego leadu dowiadujemy się, że Wrocław jest „pełny życia, żywiołowy” i dalej – że miasto, które chce konkurować z Szanghajem, Buenos Aires, czy Moskwą, zostało pochwalone przez delegację Międzynarodowego Biura Wystaw za „zachwycające poparcie ze strony ludzi tu mieszkających”. Władze chcą, by Expo było dochodowe i planuje, by „nie ustępujące niczym konkurencji” siedemsettysięczne miasto sprzedało dwadzieścia dwa miliony biletów. Piśmiennictwo sukcesu jest skuteczne – wielu mieszkańców w potocznych rozmowach wyraża przekonanie, że Wrocław Expo ma już przyznane.


KONIEC
Na zakończenie kilka nowości z miasta sukcesu. Właśnie odbył się ślub bohaterów polsatowskiego „Baru” – wydarzenie ściągnęło pod Pałac Ślubów tłumy mieszkańców i przyjezdnych. Trwają dwie ekspozycje. Pierwsza, na Rynku, o „Expo 2010". Na zdjęciach dawny czarno-biały Wrocław, a obok ten kolorowy, odmieniony. Pod zdjęciem uśmiechniętego prezydenta Huskowskiego czytamy: „Wrocław (...) na pewno jest jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się miast Polski. Metropolią o wyjątkowej atmosferze i tradycji, ambitnych dążeniach i ugruntowanej pozycji na mapie Polski i Europy. (...) Wierzę, że jesteśmy w stanie podołać każdemu zadaniu”.
Na drugiej wystawie, w Galerii BWA, możemy zobaczyć dmuchanego orła, amerykańskiego żołnierzyka z okrwawioną głową bin Ladena (tytuł: „Mam go!”), obraz z Chrystusem (zamiast „Jezu, ufam Tobie”, „Taniej już nie będzie”). Wystawa nosi tytuł: „Sztuka przez duże G”. Przy wyjściu z ekspozycji stoją dwa przyciśnięte do siebie kineskopami telewizory. Przez szparę widać na obu ekranach ten sam obraz: człowiek – dyszący, zmęczony, pełen zapału. Uprawia nieskończony miejski jogging. Biegnie w pustkę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl