96. pielgrzymka Jana Pawła II

 

Bułgaria splątana

 

Jędrzej Morawiecki z Sofii i PłowdiwuN

 

 

 

Mają to być ludzkie historie: ucieczki w góry, życie bez dokumentów, prześladowania, kraj miodem i mlekiem płynący, strach o dzieci, zagubienie, potrzeba więzi, ekumenizm i kanoniczne bariery. Bułgaria – kraj, w którym nie było cenzury, bo dziennikarze cenzurowali się sami. Świątynie budowano na wysokość Tatara na koniu, a potem wsadzano na pięć lat za nauczanie dzieci religii. Kraj kryzysu i powolnego życia. 

I
Wera Dejanowa, socjolog i wybitna tłumaczka, która tydzień temu promowała w Sofii „Pieska przydrożnego” Czesława Miłosza, mówi: „Najpierw trzeba zrozumieć, czym był tutaj reżim. To prawda – system nie opanował wszystkiego, widać odrodzenie ducha, jeszcze niezbyt wzniosłe, niezbyt świadome. Ale fakt pozostaje faktem – Kościół prawosławny poniósł tu klęskę. Zabrakło oporu. Można mówić jedynie o jednostkowym sprzeciwie. Otwarcie mówi się, że patriarcha Maksym był mianowany przez władze komunistyczne. Mógłby wyrazić skruchę, wystarczyłby choć jeden gest... Ale on się uparł. Ciągłe »ne, ne, ne«. Stąd w 1992 r. bardziej liberalni duchowni utworzyli kontrsynod, a urząd ds. wyznań stwierdził, że nie ma podstaw do uznania kanoniczności wyboru Maksyma. Więc teraz patriarcha wita Papieża, licząc, że dzięki temu załatwi sprawy polityczne, a premier zapewni jego Świętemu Synodowi spokojne istnienie.
Te sprawy nie są jednak ważne dla samych wierzących. Myślą: przyjeżdża do nas człowiek, którego trzeba czcić, radować się jego miłością. I nie zakłóci tego nawet fakt, że nasi hierarchowie nie chcą, by Jan Paweł II był obecny na Mszy ku czci Cyryla i Metodego. Głośno mówi się o pysze Maksyma. Kontrsynod zapraszał Papieża wiele razy i teraz nie uda mu się z nim spotkać”.
Dejanowa otwiera okno, przynosi kawę, przekłada papiery. Opowiada o swojej Bułgarii, o wyjeździe do Polski na studia doktoranckie, pierwszej polskiej pielgrzymce Papieża. „Potem wybuchł u was stan wojenny i nie napisałam pracy doktorskiej. Polska stała się kontrrewolucyjna. W bułgarskiej telewizji zdjęto serial o Curie-Skłodowskiej za »wywrotowość«. Pewnego razu wezwano mnie na przesłuchanie – pytali o Polskę, o znajomych, proponowali podpisanie »lojalki«. Tak przyszła wewnętrzna emigracja. W Polsce można było liczyć na pomoc Kościoła. W Bułgarii nie było żadnych punktów oparcia – ani w diasporze, ani w Cerkwi. Prawie nie było dysydentów, a inteligencja była na ogół sprzedajna. Zabrakło solidarności. Cóż… Bułgarzy są z natury indywidualistami. Tradycyjne wartości – wywodzące się z XIX-wiecznego odrodzenia narodowego – to dom i oświata dla dzieci. Tyle”.
Dejanowa przytacza dane: 42 proc. Bułgarów oczekuje Papieża z radością, 28 proc. jest przychylne, tylko cztery procent jest przeciwko wizycie. Bezrobocie wynosi ok. 18 procent. Wizytę papieską wiąże się z szansą na wyjście z kryzysu, promocją dla kraju, integracją z NATO, potem z UE. „Dla większości ta wizyta jest szansą na wzmocnienie orientacji prozachodniej. Ja natomiast chcę, by rodacy choć w części odczuli to, czego doświadczyłam wtedy w Warszawie. Stałam od Papieża w odległości 20 metrów. Zrozumiałam, że jest miłość, którą się daje i którą się przyjmuje. Że miłość przenika człowieka...”
Dejanowa radzi, by pytać Bułgarów, kim byli Cyryl i Metody. „Każdy powie, że dali nam alfabet itd. Ale że byli ewangelizatorami – tego się nie pamięta”.


II
Katolicka parafia św. Józefa. Proboszcz Krzysztof Kurzok: „Jestem tu, jak ojciec Mariusz, od 1993 roku. Powód naszego przyjazdu był tragiczny. Czterech naszych współbraci zginęło w wypadku samochodowym. W Sofii pozostało dwóch kapucynów. Jeden miał 78, drugi 64 lata. Obecność zakonu w Bułgarii była zagrożona. A ponieważ to kapucyni tworzyli diecezję sofijsko-płowdiwską, budowali kościoły, zakładali parafie, generał uważał, że zakon musi utrzymać tu swoją pozycję. Zwrócił się do naszego prowincjała w Krakowie. W dniu święceń złożyłem podanie o wyjazd. Zrobiłem to trochę dla żartu. Jak się później dowiedziałem, ojciec Mariusz też. Przyjechaliśmy tutaj bez znajomości historii, realiów... Miałem być tylko na kursie językowym, potem wracać do parafii w Polsce, ale kiedy zobaczyliśmy, jaka tu jest sytuacja, zrozumieliśmy, że pozostawienie jednego księdza bez wsparcia byłoby nieuczciwe.
Z Bułgarii znaliśmy tylko morze. Nie znaliśmy języka, zakładaliśmy, że pomoże nam rosyjski, ale okazało się to złudne. Bułgarzy nas rozumieli, my ich – nie. Trzeba przyznać, że wierni nosili nas niemal na rękach. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Wykładali nam swoje idee, roztaczali wizje przyszłości. Wychodziło im to doskonale. A my jeszcze nie wiedzieliśmy, że to demagogia. Rwaliśmy się do pracy. Dwa miesiące uczyliśmy się bułgarskiego – codziennie po sześć godzin. Prawdziwy ciężar poczuliśmy dopiero później. Najpierw były tarcia między wiernymi a radą parafialną. Potem między radą a nami. Nikt nas do niczego nie dopuszczał. Staliśmy się najemnikami, wykonującymi sztywno określoną pracę. To był cios między oczy. Dopiero po czterech latach zaczęliśmy ich akceptować, choć ciągle nie potrafimy wszystkiego do końca pojąć. Są zamknięci, odporni na zmiany, bardzo tradycyjni. Trzeba cierpliwości, by cokolwiek zmodyfikować. Zrozumieliśmy, że nie otrzymamy pomocy od tutejszej Polonii, odcięliśmy się więc od niej. Wszystkie siły skupiliśmy na Bułgarach. Nie chcieliśmy powtarzać błędu z Ukrainy czy Rosji. I dzięki temu udało nam się ich zjednać. Dojrzało już nowe pokolenie wiernych. Mamy struktury katechetyczne: neokatechumenat, oaza…
Pozostał jednak problem: sofijski kościół był utrzymywany przez Polaków, którzy pracowali tu na kontraktach, przyjeżdżali autobusami na niedzielną Mszę. A więc kościół był obcy, Bułgarzy nie czuli, że parafia należy do nich. I nie czują tego do tej pory. Nie byli przyzwyczajeni do duszpasterstwa, do koncertów, nie pojmowali, jak ksiądz może łapać miotłę i sprzątać świątynię…”. Proboszcz przytacza dane: parafia liczy 4,5 tys. wiernych. W niedzielnej Mszy uczestniczy 500-600 osób. Wielu dojeżdża do świątyni z miejscowości odległych o kilkadziesiąt kilometrów. Na Mszę papieską do Płowdiwu specjalnie wynajętym pociągiem wybiera się z sofijskiej parafii ok. pięciuset wiernych.
„Kiedy Bułgar znajdzie się w kryzysie – kontynuuje ks. Kurzok – to Bóg nie jest dla niego ostatnim kołem ratunkowym, przeciwnie: wtedy od wiary odchodzi. A więc korzenie religii zostały naruszone. W Polsce największy komunista w momencie tragedii pobiegnie do kościoła, wezwie Boga. Tutaj katolicy uważają się za lepszych, mówią o »mocnej wierze«, bo byli bardziej prześladowani. Ale dziś ich wiara wcale nie jest taka mocna. Szczególnie młodego pokolenia. Konsumpcjonizm wyniszczył ich bardziej niż komunizm. Trzeba o nich walczyć, nawet o tych najbliższych, którzy są z nami na stałe”.


III
W pobliskim meczecie spokój. Ali Chajraddin zaprasza do biura, zaraz za bazarem. Stawia czarną, mocną kawę, siada za biurkiem, czeka na swego zastępcę, byłego sportowca, w końcu zaczyna mówić. Najpierw o stu tysiącach sofijskich wiernych, o finansowych kłopotach, o tym, że musi udowadniać, że meczety należały do muzułmanów, o podziałach politycznych wśród bułgarskich wyznawców islamu. Podobnie jak w Cerkwi, podstawą schizmy są oskarżenia o współpracę ze służbami specjalnymi. Potem opowiada o islamskiej Bułgarii: 
„Już w 1912 zaczęły się próby przymuszania muzułmanów do przejścia na prawosławie. Zelżało w latach 1944-48. Potem od nowa. W 1956 r. na plenum KC podjęto decyzję o zmianie imion wszystkich muzułmanów. I realizowano tę politykę do 1992 roku.
Ale trzeba podkreślić, że muzułmanie publicznie protestowali. Pierwszy raz w 1962 roku, potem w 1971. W latach 60. demonstrowaliśmy w Sofii, obiecali nam ustępstwa, ale wpakowali nas do autobusów, pobili i rozwieźli po miasteczkach. Dziewięć lat później znów ruszyliśmy piechotą na Sofię, szliśmy przeszło sto kilometrów. Czterdzieści kilometrów przed stolicą wpadliśmy na wojskową blokadę. No i wszyscy – by nie pójść w niewolę – skakali do rzeki. Nie wszyscy potrafili pływać... Mój sąsiad mało nie utonął, ledwie go odratowali. Część uciekła, część znów wpakowali do autobusów, zbili. Można pisać encyklopedię o tym, co przeżyliśmy w Bułgarii.
Kiedy miałem siedem lat, pierwszy raz uciekaliśmy z matką w góry, by nie zmienili nam imion. Potem przyszły następne grupowe ucieczki, po kilka rodzin. W końcu przyszedł czas poboru. Zaszedłem na komisję, wojskowy dał mi spis imion chrześcijańskich, kazał wybrać. Odmówiłem, on wpisał imię sam. Postanowiłem uciekać. Na następnej komisji w Sofii spotkałem kapitana. To był dobry człowiek. Powiedziałem mu otwarcie: »dasz mi prawosławne imię, nie będę słuchał rozkazów. Będą kłopoty...˛« Kapitan zrozumiał, wymazał imię prawosławne. I tak służyłem w wojsku jako muzułmanin. Potem znów żyłem bez dokumentów, z dwójką dzieci, aż do 1986 roku. Ciągły strach, ciągłe kontrole drogówki. Pamiętam, jak kiedyś w pociągu szukali terrorystów, sprawdzali każdy przedział. Biegłem z wagonu do wagonu, oni za mną. W końcu dopadli, pokręcili głowami, wypuścili. Dobre chłopy, zrozumieli, że terrorystą nie jestem.
Bez dokumentów pracowało się na najniższych stanowiskach: tam, gdzie nikt nie chciał. Pracowałem ze współbraćmi w górach, rąbaliśmy las. Tak dwa lata, w końcu komitet się zorientował, odeszliśmy dalej. I tak ciągle. Islamscy partyzanci w »wolnym kraju«”.
Mufti patrzy w stronę bazaru. Zaczyna się rozmowa o pielgrzymce. Ali Chajraddin: „W sensie religijnym ten przyjazd nie ma dla nas szczególnego znaczenia. No, może wzajemne kontakty na górze... W końcu modlili się razem w Rzymie za świat, bardzo pięknie. Ale tu… Czy jeden człowiek może coś teraz ruszyć? Ten czas już chyba minął. Wszystko musi się dziać w naszych sercach, indywidualnie, a nie na placach, w telewizorach...”.

 
IV
Hanna Todorowa czeka w polskim instytucie. Mówi: „Polka mieszkająca w Bułgarii przeszło 30 lat, tak się przedstawiam. Przyjechałam za głosem serca. Mój przyszły mąż studiował w łódzkiej filmówce. Polecono mi się nim opiekować. Po trzech miesiącach wzięliśmy ślub.
W Bułgarii był dobrobyt. W Polsce ocet i musztarda, a tu kraj mlekiem i miodem płynący. Przepiękna mała bombonierka ze wspaniałymi ludźmi, którzy stopniowo zaczęli szarzeć. Widziałam to przez 30 lat. To nie ich wina. Życie ich zmieniło.
Owszem, tu był zamordyzm, ale system mnie nie dotknął. No, może raz się bałam – kiedy syn studiował w sofijskiej szkole filmowej. Przychodzili przyjaciele: »Hanka, zrób coś. Niech on w szkole nie gada, bo gada strasznie«. Bałam się o swoje dziecko, ale wszystko dobrze się skończyło”. Potem Todorowa tłumaczy, że nie rozmawia z Bułgarami o wizycie Papieża, bo jako Polce nie wypada jej. „Kilka dni temu Papież pięknie mówił w telewizji, z takim bułgarskim akcentem... Boimy się tylko o Jego zdrowie. Musi wytrzymać. Głęboko wierzę, że zmieni serca. Nawet jeśli Bułgarzy jeszcze tego nie rozumieją, ale to dobrzy, porządni ludzie...”.


V
„Kawę?”. Ojciec Angeł, redaktor naczelny pisma „Cerkowen Westnik”, znika z filiżanką. Bielone poddasze, pęknięte zbrojeniowe szyby, napis: „uwaga, nie odkręcać kaloryfera”. Za oknem słychać Vivaldiego – ostatnie przygotowania do przywitania Papieża przed prawosławną katedrą. „Powiem szczerze – mówi ojciec Angeł – nikt mnie nie represjonował. Byłem ochrzczony, mieszkałem w pokoju z babcią. Nigdy nie zmuszała mnie do modlitwy, ale co wieczór zapalała świeczkę i klękała przed ikoną...
Cerkiew w tamtych latach nie prowadziła działalności społecznej, lecz stanowiła duchowe centrum – tego nikt jej nie odebrał. Chramy były otwarte – nie zrównano wszystkiego z ziemią, jak w Rosji. Duchownych prześladowano, ale też nie tak jak w ZSRR. Tak było w każdym razie w Sofii. Bo prawdziwa Bułgaria rozpościerała się poza stolicą. Miałem więc szczęście, rodząc się w stolicy.
Przychodzi taki moment, kiedy zaczynamy odczuwać głód wiedzy. I kiedy ten głód przyszedł, zaszedłem do cerkwi – nie po to, by modlić się i postawić świeczkę, ale by porozmawiać. Pomógł mi duchowny, rozwiewając moje wątpliwości i niepokoje. Wtedy zrozumiałem, że jeśli ktoś chce doświadczyć wiary i zyskać wiedzę – zawsze istnieje taka możliwość. I to, że literatura religijna jest zakazana – nie przeszkadza. Przecież znalazłem książki, Biblię, duchownych… 
Tak oto mając 20 lat zacząłem żyć życiem kościelnym. Uświadomiłem sobie swoją grzeszność. Zaczęła się spowiedź, pokuta. 
A potem dwa lata armii. Przeżyłem kryzys duchowy. Kryzys nie tylko myśli, ale całego życia. Wszystko to zmusiło mnie do poważnego myślenia o wierze. Wtedy ostatecznie odrzuciło mnie od reżimu. Wszystko nieludzkie. W systemie zabrakło człowieka. I zaczęło go brakować wśród ludzi. Pozostał marazm. Zrozumiałem – muszę wyjechać. Wyszedłem z wojska, zacząłem odkładać pieniądze. 
Wycieczki na Zachód były zwykle straszliwie drogie, ale znalazłem wyjazd przez Leningrad do Szwecji. No i popłynąłem. Dobiliśmy do brzegu. Uciekłem.
O azyl polityczny poprosiłem 16 października, w dniu swoich urodzin. Skończyłem 23 lata, stałem się uchodźcą. Potem okazało się zresztą, że nie byłem jedynym, który nie wrócił na statek. 
W Sztokholmie znalazłem cerkiew, która podlegała Konstantynopolowi. Do moskiewskiej bałem się pójść, bo tam mogli być agenci. A potem niespodziewanie zaproponowano mi naukę w seminarium w Paryżu. Pojechałem i skończyłem prawosławną szkołę. A potem dowiedziałem się o raskole w Cerkwi bułgarskiej. Przyjąłem to ze smutkiem. Byłem wprawdzie emigrantem, ale nigdy nie zaakceptowałem brudnego pomówienia, że Cerkiew służyła komunistom – to niesprawiedliwe oskarżenie. Przecież w ciężkim dla siebie czasie – kiedy chciałem odnaleźć duchowość – znalazłem ją właśnie w Cerkwi. A że Cerkiew szła na kompromisy? A było wyjście? Kompromis nie oznacza, że odstąpiliśmy od Chrystusa... 
Mimo raskołu postanowiłem zostać mnichem. Wyjechałem z Francji, wędrowałem po Europie, posiedziałem w greckim monastyrze. Zrozumiałem jednak, że muszę wracać do kraju. Bo wolność to nie tylko możliwość wyjazdu, ale także możliwość powrotu, o czym wielu zapomina.
Rozpocząłem pracę w sofijskiej gazecie cerkiewnej. Najpierw jako reporter, potem redaktor. Z łaski Bożej – od pięciu lat jako naczelny”.
Ojciec Angeł spogląda w stronę placu przygotowywanego na powitanie Papieża: „Papieża szanujemy jako osobę. W sensie politycznym. Ale w sferze kościelnej… Prawda jest taka, że z naszego punktu widzenia w 1054 r. Kościół Rzymski odszedł od Jedynej Cerkwi. I Papież, cokolwiek uczyni, w sensie kanonicznym nie może być przez nas uznany jako głowa Kościoła. To wszystko. Tak więc ta wizyta może mieć pozytywny wymiar tylko dla katolików. A o prawosławnych bardzo się boję – że po wizycie Papieża wielu przejdzie do starowierców. Szczególnie ci nastrojeni fundamentalistycznie. Zobaczą patriarchę Maksyma z Papieżem, zbuntują się, odejdą. Zdrowej wierze to nie zaszkodzi, ale oni… Boję się”.
Ojciec Angeł uważa, że Cerkiew postąpiła trzeźwo: „Przyjmą Jana Pawła II jako oficjalnego gościa, pogadają i tyle. Na szczęście nie będą się razem modlić. Opiszemy Jego wizytę, tekst damy na »jedynkę«: przyszedł, spotkali się, rozeszli. Koniec, kropka”.


VI
Plac przed synodem, potoki ludzi przepływają przez ochroniarskie bramki, rozpływają się po placu. Na scenie pojawia się Wala Bałkańska, bułgarska duma, najpiękniejszy głos Ziemi, posłany w gwiazdy przez kosmiczną sondę. Chwyta śpiewem za gardło, wyciska łzy, przyciąga tłum. „Ojciec Święty na bułgarskiej ziemi, pomoście między Wschodem i Zachodem” – mówi komentator. Potem cisza, nagle poruszenie: na telebimie pojawiają się kontury samolotu. Samolot powoli kołuje, przy barierach tłoczą się ludzie. Na telebimie pojawia się Papież. Oprócz władz świeckich – wśród witających jest patriarcha Maksym. Niespodzianka, radość. Miało go tu nie być... Jan Paweł II mówi po bułgarsku: oklaski. Papież żartuje: wasz prezydent młody, może stać, ja posiedzę. Śmiech, przemówienia, wieńce. Tak zaczyna się wizyta.


VII
Kolejny dzień. Upał coraz większy. Sofijczycy gaszą pragnienie wodą z ulicznych fontann. Przed jedną z nich Bułgar w czarnych spodniach ozdobionych złotą klamrą naucza: „Bóg nie jest religią, Bóg nie jest filozofią, Bóg jest w naszych sercach”. Rozkłada ręce. Na niebie kołuje papieski helikopter, ale on dalej naucza: „Chrystus jest w nas, miłość jest w nas, miłość jak ta fontanna”. Za nim meczet i McDonald’s.
Dwie przecznice dalej czeka Mariana. Opowiada, jak w szkole straszono dyrektorem tych, którzy pójdą na paschę do cerkwi. „Zrozumiałam wtedy, że jesteśmy pokrzywdzeni. Nie nauczono nas, jak się zachowywać w świątyni, dlatego dziś podczas paschy wielu stoi na zewnątrz, paląc papierosy, śmiejąc się, nie słychać nawet »Christos woskrese«. Młodzi chcą uczestniczyć w obrzędach, ale nie wiedzą jak, co począć z tą chęcią.
Papież pomoże. Przyniesie sacrum, którego tak brak. Myślę, że pomoże sam fakt, że mimo oporu naszego Maksyma Ojciec Święty jest tutaj. Może Cerkiew się opamięta i zjednoczy po tej wizycie? Ludzie są biedni, a bez wiary wszystko staje się nieznośne...”.

 
VIII
Szklane centrum prasowe. Za oknem Hilton, wieżowce, dalej zamglone góry. Spotkanie Papieża z przywódcami muzułmanów i żydów nie budzi większych emocji. Dziennikarze rozmawiają o miejscowych potrawach, ekumenizmie, taksówkach. W gazetach: „Premier Bułgarii głęboko wzruszony modlitwą Papieża”, obok: „Strajk stoczniowców w Burgas”. W końcu reporterzy ożywają: Papież odrzucił tzw. „bułgarski ślad”, czyli podejrzenie, że bułgarskie służby specjalne uczestniczyły w przygotowaniu zamachu Ali Agcy. Potem przychodzi wizyta Papieża w katedrze katolickiej. Potem w katedrze prawosławnej. Ale Patriarcha nie wchodzi do świątyni... Ojciec Święty krótko modli się w katedrze. Potem – prywatne spotkanie z patriarchą Maksymem. Mówi się, że kordialne, że metropolici śpiewali dla Papieża, że wzruszające. Dziennikarze pytają, czemu Maksym tradycyjnie nie pocałował Ojca Świętego na powitanie.
Na tarasie centrum pojawia się rozpromieniona Wera Dejanowa. Miała szczęście i przedostała się do świątyni, dzięki temu otrzymała autograf Jana Pawła II. „Podałam księdzu ostatni egzemplarz mojego przekładu papieskiej książki, poprosiłam, by przekazał Ojcu Świętemu. I udało się, Papież złożył podpis. Potem bułgarska agencja prasowa pisała, że Ojciec Święty dał komuś autograf na jakiejś książce, ale że Kościół odmówił informacji. I tak powinno być – zawód tłumacza to anonimowość. Zdarzyła się rzecz piękna, szczególnie, że Papież podpisał się na przekładzie w dniu Świętych Cyryla i Metodego, a to pierwsi bułgarscy tłumacze. A więc odczułam to jako docenienie wszystkich, co tłumaczą, którzy są pomostem pomiędzy narodami”.

 
IX
Wizyta Ojca Świętego w katolickiej parafii. Wierni przeganiają czarnego kota, który chce przebiec papieską drogę. Przypominają się słowa proboszcza Kurzoka: że wizyta umocni katolików w wierze, że księża będą mogli przez wiele lat odwoływać się do papieskich słów. Że zostanie wreszcie odbudowany kościół. Że Papież doceni Bułgarię, jej wkład we wschodnią wiarę i kulturę. Że Bułgaria usłyszy, iż to katolicy chcieli jako pierwsi wyzwolić kraj z niewoli tureckiej.


X
Władymir Christow przynosi bilet kolejowy do Płowdiwu. Cudem zdobyty, bo pociągiem może jechać tylko pięćset osób. Mówi, że będzie ciężko, podróż przez całą noc, później oczekiwanie w sektorze do 10.30. Martwi się, że upał ma być jeszcze większy, a parasolek brać nie wolno. Władymir Christow opowiada o Bułgarii technicznej: „Bo ja techniką cale życie się zajmowałem. No i w szkole jeszcze komsomoł. Takie organizacje uznaje się dziś za niesłuszne, bo miały zastępować Kościół – ale nie wszystko było złe. Młodzieży to wiele dawało. W pewnym momencie zrozumiałem, że działalność społeczno-polityczna mi nie odpowiada, że potrzebuję konkretnych rezultatów: parametry wstępne, wynik. A w komsomole to było nieokreślone. Mówię, oni co innego rozumieją… Ciągłe problemy ze słowami, z kanałem komunikacji. Zostałem inżynierem. I o Papieżu w Bułgarii powiem jako inżynier-informatyk. W moim zawodzie jeśli kropka przestaje być kropką, a przecinek przecinkiem, wszystko się wali, komputer to odrzuca. A więc podstawą jest interfejs. Tak samo między ludźmi. I w Bułgarii tego interfejsu zabrakło, szczególnie elitom. Mam nadzieję, że Papież stanie się takim interfejsem. Niech dotrze do Bułgarów choć fakt, jak wiele Papież poświęcił, by tu przybyć. Jest w Bułgarii i cierpi. Dźwiga brzemię, bo chce tu być. Tego obrazu wymazać się nie da. Dobrzy ludzie muszą to zrozumieć. A do złych niech dotrze choć cząstka...”.

 
XI
Na Sofię spływa wieczór. Milicjanci kończą służbę, pospiesznie kupują ostatnie, zimne kawałki pizzy. Stragan koło meczetu kończy handel, sprzedawcy wyciągają solone pomidory, rozlewają rakiję. W końcu znikają i oni. 
Północ. Państwo Christowowie czekają wraz z dwoma synami przed kolejowym zegarem. Ks. Krzysztof biega w papieskiej czapeczce, wierni ruszają za nim przez dworcową halę do bezprzedziałowego pociągu. Po chwili pielgrzymi zwinięci w kłębuszki usypiają na dermie. Błyskają wagonowe lampy, potem gasną, „zmiana zasilania, zaraz wszystko wróci” – uspokaja pan Christow, wie, co mówi, bo pracował kiedyś przy głównym komputerze energetycznym kraju. Po chwili i on przytula się do szyby, gasną rozmowy. Po drugiej w nocy pociąg staje w Płowdiwie. Nikt nie wysiada. Wierni śpią. Wagony stoją na peronie przeszło dwie godziny. W końcu pociąg rusza na bocznicę, a wierni – za ks. Krzysztofem. Państwo Christowowie czekają na syna, w końcu wszyscy ruszają nocnymi ulicami. W parku bramki, kontrole, z lornetką, mineralną i parasolką nie wejdziesz. „O lornetkach nic nie mówili” – skarżą się pielgrzymi. W końcu wchodzą na plac, rozkładają się przed ołtarzem. Zostało pięć godzin oczekiwania. 
Miał być upał. Póki co – chmury, chłodno, kropi deszcz. W sektorze dla dziennikarzy kilku zmokniętych Bułgarów. Machają, cieszą się, pokazują, że znaleźli miejsce przy barierkach, tuż przy trasie papamobile. Z godziny na godziny coraz cieplej, przestaje padać. Ktoś czyta „24 czasa”, popularny dziennik z wkładką: jak zachowywać się podczas Mszy. Że po „Pan z wami” trzeba odpowiedzieć „I z duchem twoim”. Rady, by okazać szacunek, by wspólnie modlić się w Bułgarii za cały świat. Na plac wjeżdżają dźwigi, rozwijają wielkie banery. Potem okaże się, że to ochrona przeciw snajperom. 
Ktoś opowiada, że wczoraj pokazywano w Płowdiwie film „Bałkany ukrzyżowane”, o męczeństwie duchownych. Że przyjechał z Grecji cały autokar babuszek. Że wczoraj było tu piękne czuwanie ze święcą. Ktoś wspomina spotkanie z Papieżem w sofijskiej cerkwi grekokatolickiej. 
Nagle wybuch entuzjazmu. Pojawia się Papież, zaczyna się Msza. Obok Ojca Świętego metropolita prawosławny Płowdiwu Arsenij. Ma zaprosić Papieża do swego domu, już wcześniej powiedział, że się cieszy na to spotkanie, że podejmie Jana Pawła II kawą i czym się da. Teraz z mocą dziękuje za Jego przyjazd. Papież powtarza zaś, że obecność prawosławnych jest dowodem braterstwa, że daje szanse na pełną jedność w przyszłości. 
Podczas Mszy odbędzie się beatyfikacja trzech męczenników: ojca Kamena Witczewa, Pawla Djidjowa i Jozafata Cziczkowa – wszyscy skazani na karę śmierci za „szpiegostwo na rzecz Watykanu”. Papież mówi: „Ekumenizm najbardziej przekonujący, to ekumenizm męczenników i świętych. On mówi głośniej niż wszystko, co może nas podzielić”. Wierni krzyczą: „jedinstwo, jedinstwo”. Gromkie brawa.
Msza zbliża się ku końcowi. Anioł Pański, Papież mówi o życiu chrześcijańskim, o ciszy, która pomaga zachować świat, o słuchaniu, które uczy uwagi, daje wsparcie. Przemawia po francusku, rumuńsku, serbsku, chorwacku, czesku. Polakom przypomina: „Proszę Boga, abyście zachowując dziedzictwo wiary ojców i własne tradycje, byli zawsze gotowi do współpracy z wszystkimi grupami etnicznymi i religijnymi żyjącymi w tym kraju. Wszystkich was polecam w modlitwie szczególnej opiece Matki Bożej. Niech was Bóg błogosławi”. Radość wiernych, powiewają flagi. 
I znów ten sam pociąg, tyle że powrotny. Do Sofii. A w Sofii Wera Dejanowa, bardziej optymistyczna niż podczas pierwszego spotkania. Mniej skora do słów krytycznych, które „mogą pozbawiać nadziei”. „Chciałabym sobie życzyć i panu też, byśmy nie przywiązywali zbytniego znaczenia do naszych życiowych klęsk. Życzmy sobie miłości i Bożych łask, które na nas zawsze czekają”.


Jędrzej Morawiecki 

 

 

 

 

Ekumenizm męczenników
W centrum Sofii sąsiadują synagoga, meczet, cerkiew i kościół katolicki. Trudno się dziwić, że w czasie wizyty Papież spotykał się nie tylko z katolikami. 
Patriarcha Maksym, choć planował spotkanie z Papieżem dopiero następnego dnia po jego przyjeździe, powitał Jana Pawła II już na lotnisku. Cerkiew Prawosławna sprzeciwiła się jednak modlitwie ekumenicznej, która następnego dnia miała być odmówiona w sofijskiej katedrze prawosławnej pw. św. Aleksandra Newskiego w święto patronów Europy: Cyryla i Metodego. „Brak jedności jawnie sprzeciwia się woli Chrystusa, jest zgorszeniem dla świata, szkodzi (...) przepowiadaniu Ewangelii wszelkiemu stworzeniu” – mówił Jan Paweł II w czasie spotkania z Synodem Kościoła prawosławnego (niekompletnym, bo z 22 członków obecnych było tylko 9). Według doniesień agencyjnych, nie wszyscy członkowie Synodu są optymistycznie nastawieni zarówno do ekumenicznych spotkań dążeń Papieża, jak aspiracji proeuropejskich Bułgarów... Papież usłyszał jednak słowa ut unum sint. Tak powitał Go w Rylskim Monastyrze, narodowym sanktuarium kraju, bp Joan – znany z ekumenicznych poglądów dawny obserwator Soboru Watykańskiego II. O jedności mówiono także w Płowdiwie w ostatnim dniu pielgrzymki, gdzie we Mszy uczestniczył Arseniusz, biskup miejscowej diecezji prawosławnej. Papież beatyfikował tam trzech kapłanów-męczenników, ofiary prześladowań komunistycznych. „Znak wierności Chrystusowi połączył obie wspólnoty (...) aż do złożenia najwyższego świadectwa – podkreślił Papież. – Ekumenizm męczenników jest głośniejszy od podziałów”.
Z przedstawicielami siedmiotysięcznej bułgarskiej wspólnoty żydowskiej Jan Paweł II spotkał się następnego dnia po przyjeździe. Od wieków, zdaniem Josifa Lewiego, przewodniczącego Centralnej Rady Żydów Bułgarii, każdy praktykował tu swoją wiarę i utrzymywał z ludźmi innej wiary dobre kontakty. Potwierdzeniem tych słów mogą być wydarzenia z czasów II wojny światowej, gdy Kościół prawosławny odegrał kluczową rolę w udaremnieniu deportacji Żydów do obozów zagłady. W tym roku dwaj biskupi bułgarskiej Cerkwi: metropolita Stefan i bp Kirił otrzymali pośmiertnie medal Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.
„Jesteśmy skazani na współpracę i obronę wspólnych wartości. A najważniejszymi z nich są wartości religijne i duchowe. To łączy naszą naukę z tym, co głosi Jan Paweł II” – zapewniał Papieża imam Hadżi Hadżi w czasie spotkania z przedstawicielami wspólnoty muzułmańskiej, drugiej pod względem liczebności wspólnoty wyznaniowej kraju.

 

 

 

 

Bułgarski ślad
„Ojciec Święty oświadczył, że nigdy nie wierzył w tzw. »bułgarski ślad«, gdyż zawsze żywił ciepłe uczucia, szacunek i cześć dla narodu bułgarskiego” – takie słowa znalazły się w komunikacie prasowym wydanym po spotkaniu Papieża z prezydentem Bułgarii Georgim Pyrwanowem 24 maja w Sofii. Papieskie słowa były najczęściej cytowaną w bułgarskich mediach wypowiedzią tej pielgrzymki. Biskup Rzymu, oczekiwany z nadzieją, że zdejmie z Bułgarów brzemię oskarżenia o odpowiedzialność za zamach z 13 maja 1981 r., nie zawiódł. Już w przemówieniu powitalnym na placu św. Aleksandra Newskiego w centrum Sofii 23 maja Jan Paweł II powiedział: „Wszystkich serdecznie pozdrawiam i wszystkim powiadam, że w żadnej sytuacji nie przestałem kochać narodu bułgarskiego, ustawicznie stawiając go w modlitwie przed tronem Najwyższego: niech moja dzisiejsza obecność wśród was będzie wymownym wyrazem uczuć szacunku i miłości, które żywię dla tego szlachetnego Narodu i wszystkich jego dzieci”. Słowa te wywołały aplauz zgromadzonych. 
27 maja 1985 r. przed włoskim sądem rozpoczął się proces czterech Turków i trzech agentów bułgarskich służb specjalnych oskarżonych o zorganizowanie zamachu na Papieża. Dwóch dyplomatów z bułgarskiej ambasady w Rzymie uciekło do Bułgarii. 30 marca następnego roku z braku dowodów sędzia uniewinnił wszystkich oskarżonych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl