Dlaczego warto czytać dziennik Bronisława Malinowskiego?

 

„Wyodrębnienie sprężyn życia”

 

GRAŻYNA KUBICA

 

 

 

Dawniej gdy się mówiło o Malinowskim, a interlokutor nie bardzo wiedział, o kogo chodzi, wystarczało powiedzieć: „ten od »Życia seksualnego dzikich«”. Mam nadzieję, że teraz stanie się on „tym od »Dziennika w ścisłym znaczeniu tego wyrazu«”.

 

 

Bronisław Malinowski (1884–1942) był przede wszystkim wielkim uczonym: propagatorem metody intensywnych badań terenowych, czołowym teoretykiem funkcjonalizmu, profesorem prestiżowej London School of Economics and Political Science, a także Yale University w Stanach Zjednoczonych. Był uczonym brytyjskim w takim stopniu, jak Conrad był brytyjskim pisarzem (zresztą sam chętnie się do Conrada porównywał).
A urodził się Bronisław Malinowski w Krakowie, na ulicy Podwale, później wiele lat mieszkał z rodzicami na Małym Rynku, w Bursie Akademickiej, której jego ojciec był seniorem. Studiował filozofię i nauki ścisłe na Uniwersytecie Jagiellońskim, przyjaźnił się blisko ze Stanisławem Ignacym Witkiewiczem i wieloma innymi młodymi i utalentowanymi ludźmi tego okresu. Uformował go modernistyczny Kraków i Zakopane, ale także Warszawa, Lipsk, potem Londyn. W 1914 roku wyruszył w swą wielką podróż, aby przeprowadzić badania terenowe, które stały się archetypem tej działalności dla pokoleń antropologów. Zabrał z sobą przyjaciela, którego miało to uleczyć z depresji po samobójstwie narzeczonej. Nie uleczyło, Witkiewicz wrócił do Europy na wieść o wybuchu wojny światowej. Malinowski pojechał dalej sam: na Nową Gwineę, gdzie z przerwami na pobyty w Australii spędził następne cztery lata.
Zapiski dziennikowe prowadził przez 10 lat. Zaczął w 1908 na Wyspach Kanaryjskich, gdzie reperował nadszarpnięte studiami zdrowie, a skończył w 1918 na Wyspach Trobrianda w czasie swej ostatniej wyprawy terenowej. Było to niedługo po tym, jak dowiedział się o śmierci Matki.


BEZ MASKI I BEZ TWARZY
Jaki jest ten dziennik? Na pewno nie jest to gładki diariusz pisarza, typ, który sam autor nazywał „grafomańskim”. Jego lektura, mimo że nie najłatwiejsza, daje rzadkie poczucie autentyczności. Matematyczna oszczędność sformułowań jest ważnym doświadczeniem stylistycznym. Wyłania się z kart dziennika człowiek bez maski, ale też bez twarzy (za to o wielu głosach). 
Dziennik jest przede wszystkim autoanalizą, wiwisekcją, zapisem eksperymentu na samym sobie, popisem siły woli, pracy nad sobą, ale i ulegania „narkotykom” rozumianym po witkacowsku, jako wszystko, co otumania, np. nieumiarkowane życie towarzyskie czy pochłanianie powieścideł. Pisał Malinowski, że „najwyższą wartością jest pełne wyzyskanie życia. Warunkiem – rozwój indywidualności” (s. 57), a w innym miejscu: „Rozwinąć to, co mnie się wydaje pięknym: spokój, siłę, dążenie prosto do celu, panowanie, ciągłość. Wyplenić: próżność, schlebianie apetytom w marzeniach, fałszywe wartościowanie, tchórzostwo” (s. 66).
Znakomicie opisuje trudne i bolesne doświadczenie Inności. Nie jest to tylko wewnętrzny problem antropologii, ale sprawa, która stała się po 11 września 2001 roku „śmiertelnym problematem” (to tytuł jednego z ważnych artykułów Malinowskiego). Jest także dziennik dokumentem ludzkiej solidarności. Na wieść o śmierci tubylczej kobiety Malinowski pisze: „Wczoraj umiera Ineykoia. Wstaję 3.30, idę. Głębokie wrażenie. I loose my nerve [tracę głowę]. Cała rozpacz po wszystkich zabitych w wojnie wisi i miota się nad tym nędznym domkiem melanezyjskim” (s. 556)
Czy Malinowski zamierzał wydać swój dziennik? Niewykluczone, bowiem dla ostatniej części zapisków wymyślił nawet tytuł, właśnie „Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu”, nie opublikował ich jednak. Zrobiła to dopiero w wiele lat po jego śmierci, w 1967 roku, wdowa – Valetta Malinowska, która wydała tom „A Diary in the Strict Sense of the Term”, zawierający angielskie tłumaczenie dzienników pisanych w czasie pobytu uczonego na Nowej Gwinei.
Jak pisałam we wstępie do naszego wydania: „Nie było chyba w dziejach antropologii społecznej książki, która odbiłaby się takim echem, która spowodowałaby tyle emocji i miała tak dalekosiężne skutki. Myślę, że nie jest przesadą twierdzenie, że postmodernistyczna rewolucja w antropologii zaczęła się wraz z publikacją intymnego dziennika jednego z Ojców Założycieli tej dyscypliny”. „A Diary in the Strict Sense of the Term” wywołał konsternację wśród uczniów Malinowskiego, a wśród jego wrogów rodzaj Schadenfreude: oto wielki etnograf, empatyczny badacz, objawił się jako często zirytowany tubylcami hipochondryk, uciekający w fikcyjny świat powieści i towarzystwo białych kolonistów. Dopiero po latach doceniono wagę dokumentu, który nie tylko odsłania rzeczywistość doświadczenia Inności, ale też pokazuje, że każde sprawozdanie antropologa jest interpretacją stronniczą.


PRZYGODA ANTROPOLOGA
Angielskie wydanie dzienników nie jest pozbawione wad. I nie tyle chodzi o mizerne tłumaczenie, co o powierzchowne i fragmentaryczne opracowanie tekstu, który, jako nie przewidziany do publikacji, wymagał pieczołowitego przygotowania. Nasza edycja jest oparta na rękopisach Malinowskiego i nowym opracowaniu całości dzienników, a nie tylko tej ich części, która weszła w skład angielskiego wydania.
Było to zadanie wręcz karkołomne. Poczynając od kłopotów z odczytaniem manuskryptu z kopii mikrofilmowych, poprzez porównywanie tej wersji z oryginałami w archiwum London School of Economics, tłumaczenie wtrąceń w kilkunastu językach (włączając w to kiriwiński i motuański), po ustalanie personaliów i danych biograficznych setek osób, które się pojawiają na jego kartach. Dość powiedzieć, że indeks osób zawiera około 1600 haseł. W dodatku Malinowski pisał swój dziennik w dziesiątkach różnych miejsc na kilku kontynentach (indeks nazw geograficznych liczy około 900 pozycji). Wydawnictwo Literackie, oficyna wszak doświadczona, uważa dziennik Malinowskiego za jedno ze swoich trudniejszych przedsięwzięć edytorskich.
Była to oczywiście także praca fascynująca, mająca wiele z detektywistycznych poszukiwań, ale także z badań antropologicznych. Tym razem nie było to jednak studium innej kultury w sensie geograficznym, lecz czasowym: badałam mianowicie pokolenie młodych ludzi początku XX wieku. Zainteresowały mnie przede wszystkim postacie kobiet z tego czasu, a efektem tej fascynacji będzie książka pod roboczym tytułem: „Siostry Malinowskiego”, którą opracowuję dla Wydawnictwa Literackiego. 
Praca nad dziennikami była pouczająca w wielu innych sferach. Już na jej końcu, opracowując indeks osobowy, uświadomiłam sobie jak bardzo zmieniło się nasze, antropologów, widzenie przedmiotu badań, czyli tubylców. We wcześniejszych monografiach, o ile w ogóle posiadały indeksy, tubylcy nie pojawiali się w nich w ogóle. Później uwzględniano tylko najważniejszych informatorów, ich imiona podając zazwyczaj kursywą, jakby ich chciano opatrzyć cudzysłowem. Malinowski w dzienniku zapisywał imię każdego niemal tubylca, z którym rozmawiał. Nie byli dla niego anonimową masą, lecz pojedynczymi osobami, posiadającymi jakieś cechy szczególne, umiejętności, a przede wszystkim – imię. Starałam się o nich zgromadzić dodatkowe informacje i opatrzyć przypisem tak, jak to czyniłam w przypadku krakowskich znajomych czy angielskich uczonych we wcześniejszych partiach tekstu. W indeksie znaleźli się oni wszyscy, już bez kursywy. Myślę, że ten ogólnoludzki i ponadkulturowy humanizm jest najważniejszym przesłaniem, które wynika z tej książki.


MALINOWSKI I AMIEL
Po zakończeniu prac edytorskich, zaintrygowana esejem Marii Janion, zapoznałam się z dziennikiem Henri-Frederica Amiela, by stwierdzić, że mógł on być dla Malinowskiego wzorem czy matrycą jego własnego diarystycznego pisarstwa. Z listów do przyjaciela, Józefa Litwiniszyna, wynika, że obaj byli zainteresowani lekturą Amiela. Czytali chyba raczej polskie wydanie z 1901 roku, pt. „Z pamiętnika”, niż dwutomowy wybór Edmonda Scherera. Było to już w okresie studiów uniwersyteckich przyszłego uczonego, gdy był coraz bardziej zainteresowany poznaniem samego siebie. Widzę daleko idące podobieństwa między Amielem a Malinowskim, różni ich jednak rzecz zasadnicza: o ile Amiel pozostał na zawsze jedynie diarystą, Malinowski w pewnym momencie skończył pisać, aby zacząć „żyć naprawdę”. 
Choć obaj ubolewali nad swoją bezpłodnością literacką, czy jak to nazywał Malinowski – „artystyczna jałowością”, to jednak Amiel pozostawił po sobie monumentalne dzieło – dziennik właśnie, a Malinowskiego pisarstwo antropologiczne zawsze było doceniane nie tylko za swą wartość merytoryczną, lecz również za indywidualny i rozpoznawalny styl. Sam zaś „Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu” stanowi wyjątkowy dokument literacki.
Interpretatorzy Amiela zwracali uwagę na „protestanckość” jego pisarstwa: dziennik traktowany jako rachunek sumienia, obliczanie strat i zysków. Dziennik Malinowskiego ma podobny charakter; niektórzy dodają, że jego stosunek do pracy miał charakter niemal kalwiński. Oczywiście trudno byłoby znaleźć u tego potomka szlacheckich i katolickich rodów jakiś teologicznie podbudowany protestancki światopogląd (abstrahując już od faktu, że był on agnostykiem), to jednak wyraźnie widać w dzienniku: wysoką wartość pracy, nie marnowanie swych talentów, a raczej ich rozwijanie i pogłębianie, ekonomię wysiłku, a nade wszystko – silną wolę i pracę nad sobą. Uzyskał to wyposażenie w spadku po rodzicach: profesorze uniwersytetu, który swą pozycję zawdzięczał jedynie sobie i swej pracowitości, oraz matce – intelektualnej opiekunce, dla której wykształcenie syna było sprawą najważniejszą. 
U Amiela nie ma zbyt wiele zewnętrznego świata: ot, jakaś przechadzka o poranku czy rozmowa z przyjaciółmi. W pierwszych zeszytach dziennika przyszłego antropologa jest przede wszystkim „autystyczny krajobraz jego własnego wnętrza”. Obaj dążyli do „harmonii duszy” (Amiel) i „jednolitości osobowości” (Malinowski). Mottem dla Malinowskiego mogłoby być zdanie Amiela: „Żyć to chcieć bez ustanku albo też co dzień odnawiać swą wolę”, czy też: „Każdy człowiek jest poskromicielem dzikich zwierząt, a tymi zwierzętami są namiętności”, lub wręcz: „Odgaduję siebie, ale się na siebie nie zgadzam”.
Maria Janion przytacza opinię Brzozowskiego, który zarysowuje konflikt między Amielem i Nietzschem, a jednocześnie odczuwa do nich pociąg. I znów dziennik Malinowskiego wpisuje się w tę sprzeczność: jest z jednej strony raportem z hodowli nadczłowieka, a z drugiej – zapisem fiaska tego przedsięwzięcia.


OBRAZ POKOLENIA
Wracając na polski grunt, nie sposób pominąć doświadczenia pokoleniowego ludzi urodzonych między 1880 a 1890 rokiem, które ujawnia się na kartach „Dziennika”. Nie chodzi tutaj jedynie o przyjaźń Malinowskiego ze Stasiem Witkiewiczem (tak często upraszczaną do opozycji: nauka – sztuka), lecz o cały szereg wybitnych indywidualności: logika i malarza Leona Chwistka, poetów: Tadeusza Nalepińskiego i Tadeusza Szymberskiego, lekarza i filozofa Ignacego Wasserberga, matematyka Władysława Ślebodzińskiego, chemika Mariana Górskiego, socjologa Czesława Znamierowskiego, późniejszego ministra spraw zagranicznych Augusta Zaleskiego, by skończyć na wybitnych kobietach: Marii Czaplickiej – przyszłej badaczce Syberii, Anieli Zagórskiej – tłumaczce Conrada, czy Irenie Solskiej – wspaniałej aktorce. Wszystkich tych ludzi cechował twórczy stosunek do samych siebie i otaczającego świata, zachłanne zainteresowanie problemami ówczesnej filozofii, a jednocześnie nauki, literatury i sztuki. 
Mimo iż był Malinowski nieodrodnym dzieckiem Młodej Polski i jej badacze znajdą na pewno w dzienniku wiele interesującego materiału, to stanowi on także przykład wyjścia poza ramy stylistyczne tej epoki, nie ma tam bowiem wyszydzanego przez Czesława Miłosza u młodopolskich poetów gadulstwa i braku poczucia humoru. Malinowski, jak wszyscy wtedy, czyta Słowackiego, ale w dzienniku tego nie widać (co najwyżej w zamieszczonych w „Aneksie” wierszach). A co w nim jeszcze jest? Jest wiele mocnych zdań i sporo konstatacji porażająco szczerych, po przeczytaniu których mamy absolutną pewność, że sami byśmy tak szczerze pisać nie byli w stanie. Jest tam dużo miłości i erotyki, aż ma się wrażenie, że rzecz powinna się była nazywać „Życie seksualne Bronisława Malinowskiego”, a obecna swoboda w tym zakresie, którą tak się szczycimy (czy na nią pomstujemy) nie jest zbyt świeżej daty. Widać tam także, jak całe pokolenie kobiet, utalentowanych i energicznych, postanawia robić użytek ze swych zdolności, zdobywać wykształcenie, grać w życiu rolę aktywną. 
Jest tam jednak przede wszystkim człowiek badający swe wnętrze w czasach, które (poza specjalistami) nie znały jeszcze Zygmunta Freuda i psychoanalizy. Dziennik ukazuje świat bardzo od naszego różny: świat gorsetów, sztylp i oświeceniowych mrzonek, a jednocześnie bardzo nam bliski: twórczego stosunku do samych siebie, nieustawania w wysiłkach, niepoddawania się. 

Autorka jest socjologiem, badaczką twórczości Malinowskiego; przygotowała polską edycję jego „Dziennika w ścisłym znaczeniu tego wyrazu”, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Literackiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl