Demokracja po korupcji

 

MARCIN KRÓL

 

Jeden starosta opowiada w radiu, że nie rozumie, dlaczego mają do niego pretensję, iż przeznaczył pod zalesienie sporo własnych hektarów i bierze za to od państwa pieniądze. Przecież ja też jestem rolnikiem – mówi – i czy jestem gorszy? W telewizji opowiadają, że przetarg na reklamy mające nas zachęcić do wstąpienia do Unii Europejskiej wygrał przyjaciel i niedawny partner handlowy rzecznika rządu Michała Tobera. Tober się dziwi, bo już nie jest w tej spółce, a jej oferta była najlepsza, chociaż, jak się okazuje, przetarg robiono w pośpiechu i żadnej dużej firmy reklamowej nie zaproszono. Premier Miller też nie widzi w tym nic złego. Znajomy, szef sporego państwowego przedsiębiorstwa opowiada mi, że kupuje sporo części w prywatnej firmie syna. A dlaczego nie miałbym tego robić, skoro jego produkty są najlepsze?
Na tym tle nieco śmieszne wydają się wszystkie wysiłki zmierzające do walki z korupcją (w których w niewielkim stopniu sam też uczestniczę). Bo przecież nieźle by było, gdyby udało się złapać największych złodziei, a już zupełnie nie do wyobrażenia jest powstrzymanie takiej korupcji, o jakiej była mowa powyżej, to znaczy takiej, kiedy zapewne w sądzie nic się udowodnić nie da. Zaś taką korupcją żyje cały polski kraj, z wyjątkiem tych, którzy z racji wykonywanego zawodu nie mogą nic załatwić. Nie jest to zresztą zjawisko zależne od rządzącej koalicji, chociaż obecna dokonuje takich działań nieco bardziej jawnie. Wiemy wszyscy, że wykorzystywanie stanowiska do osiągnięcia zysków majątkowych przez siebie, krewnych i znajomych królika jest niedopuszczalne, ale kto może, ten kradnie lub kraść pomaga, byle go nie złapali.
Na tym tle widać stan polskiej demokracji. Jedyne sensowne porównanie to Włochy w najgorszym okresie rządów rozbestwionej ponad wszelkie granice chadecji. Jak wiadomo na skutek tego chadecja praktycznie zniknęła z włoskiej sceny publicznej. Kto w Polsce może zniknąć? Na pewno nie ci, którzy korzystają z politycznego zezwolenia na korupcję. Bo to jest zezwolenie polityczne, skoro premier Miller nie widzi nic złego w sprawie Tobera. Demokracja w Polsce nie sprawuje funkcji kontrolnych, gdyż w niecny proceder klientelizmu i „złodziejstwa” (nie podlegającego prawu karnemu) zamieszane są niemal wszystkie siły polityczne.
Rysuje się zatem nowy podział Polski. Nie Polska A i B, bogata i biedna, lecz Polska tych, którzy mają dostęp do dóbr, na jakich można sobie i bliskim coś załatwić i na tych, którzy takiego dostępu nie mają. Nie jest to także podział według coraz częściej stosowanego na świecie brutalnego kryterium „ludzie wiedzy” i „ludzie usług”. Wszystkie podziały są niebezpieczne, ale polski podział jest wyjątkowo niebezpieczny, ponieważ praktycznie wyklucza odebranie władzy skorumpowanej klasie politycznej. Nikt tak lukratywnych stanowisk nie odda i na tym styku państwa i biznesu każdy lojalny członek mafii przetrwa. Co pewien czas trzeba kogoś rzucić na pożarcie, albo ktoś zachowa się nielojalnie – wtedy jest sprawa karna, ale przecież zdarza się to niezmiernie rzadko. 
Polska po korupcji nie może odzyskać demokratycznego rozpędu. Polska po korupcji w ogóle nie może funkcjonować, skoro nikt nie jest w stanie, nawet potężne niezależne media, spowodować, by ktokolwiek czegokolwiek się wstydził, zaś poczucie przyzwoitości straciło wszelki sens. Czy może istnieć demokracja bez elementarnej przyzwoitości? Sądzę, że na dłuższą metę jest to niemożliwe.


Marcin Król

Od redakcji: Tydzień temu przez pomyłkę wydrukowaliśmy w tym miejscu po raz drugi felieton M. Króla z numeru 20. Czytelników i Autora bardzo przepraszamy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl