Birmańskie marzenie o wolności

 

ANNA HUSARSKA z RANGUNU (Birma)

 

 

 

Reakcje na uwolnienie z kilkuletniego aresztu domowego birmańskiej „Wielkiej Damy” tamtejszej opozycji, Aung San Suu Kyi, były ekstatyczne zarówno w jej ojczyźnie – widzieliśmy w telewizji rozentuzjazmowany, niemal rozszalały tłum wokół delikatnej postaci „Lady” – jak i za granicą, gdzie krok ten witano jako zwiastun dobrej woli junty wojskowej. A może i jako jutrzenkę wolności? 

 

 

 

Ale powoli: póki junta nie dowiedzie, że wolność dla Suu Kyi oznacza swobodę podróżowania, zgromadzeń i słowa zarówno dla niej samej, jak i dla jej zwolenników, lepiej powstrzymać się od pochopnych wniosków. Sytuacja w Birmie niewiele różni się bowiem dzisiaj od tej z roku 1995, kiedy po sześciu latach (pierwszego) aresztu domowego, junta także uwolniła panią Suu Kyi. 
Odwiedziłam ją wtedy – po skomplikowanych ustaleniach, czy będzie mogła mnie przyjąć – w siedzibie jej ugrupowania, Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD), i przeprowadzałam z nią wywiad. Suu Kyi była wtedy w bardzo złej formie: jej brytyjski mąż umierał na raka w Oksfordzie, a junta nie dawała mu wizy wjazdowej do Birmy, próbując w ten sposób zmusić Suu do wyjazdu z kraju (w końcu Michael Aris umarł, nie pożegnawszy się z żoną). 
Gdy tylko wyszłam po wywiadzie z budynku NLD (przezornie ukrywając zdjęcia i notatki), zostałam aresztowana i odstawiona ciupasem na lotnisko. Ale nie było w tym nic nadzwyczajnego, tak samo traktowano innych dziennikarzy. A skoro tak było wtedy, gdy „Lady” (jak nazywa się powszechnie Suu Kyi) nie przebywała przecież w areszcie domowym, to i dziś lepiej być ostrożnym. Przecież potem, pod koniec 2000 roku, junta uznała, że dość tej „słodkiej” swobody – i Suu Kyi znowu nie mogła wychodzić z domu.

 
WIĘŹNIOWIE I NĘDZA
Moja kolejna podróż do Birmy przypadła właśnie w czasie drugiego aresztu domowego „Lady”, który trwał od 2000 roku do teraz (w sumie przebywała ona poza tym aresztem – na względnej „swobodzie”... – przez pięć z ostatnich 13 lat). 
Birma pozostała do dziś dziwaczną dyktaturą, jaką pamiętałam sprzed kilku lat. Przy wjeździe do kraju każdy obcokrajowiec musi kupić za 200 dolarów „bony” – przypominające pamiętne niby-dolary, którymi w PRL można było płacić w „Pewexach” – co jest tutejszym sposobem na udawanie, że w turystyce nie ma dolaryzacji. 
Wszechobecne, czerwone billboardy rządowe nawołują do spełniania obowiązków obywatelskich. Głoszą np.: „Sprzeciwiaj się tym, którzy zachowują się jak marionetki i mają negatywne poglądy”. Aby pomóc gościom w wyrobieniu sobie jedynie słusznego obrazu Birmy (której nazwę zmieniono manu miltari na Myanmar), hotele nadal zaopatrują ich w dziennik „New Light of Myanmar”, w porównaniu z którym niegdysiejszą sowiecką „Prawdę” czyta się jak „świerszczyka” dla dorosłych. Alternatywnych źródeł informacji nie ma za wiele: nie ma tutaj dostępu do internetu, zagraniczne gazety są tylko w kilku hotelach dla cudzoziemców, a do ubiegłego roku zakazane było nawet posiadanie anten satelitarnych. 
A jednak pod tą jurajską skorupą coś w Birmie się zmieniło. Z jednej strony widać oznaki złagodzenia ataków na opozycję. Rzecznik rządu nazywa teraz panią Suu Kyi „ważną osobą”, a nie „neokolonialną marionetką”. Władze zezwoliły na otwarcie niektórych biur NLD (zamkniętych w ramach represji), a przed zwolnieniem Suu Kyi wypuszczono około dwustu więźniów politycznych. 
Równocześnie jednak nastąpił gwałtowny spadek poziomu życia. Oficjalne dane nie są wprawdzie dostępne, ale poniższe fakty starczą dla ukazania, na jakim dnie wylądował ten kraj pod rządami junty. W 2000 roku Światowa Organizacja Zdrowia umieściła Birmę na 190. miejscu w rankingu... 191 państw pod względem jakości opieki medycznej. Milion Birmańczyków – czyli co czterdziesty mieszkaniec kraju – jest zarażonych wirusem HIV lub choruje na AIDS.

 
BOJKOTOWAĆ CZY POMAGAĆ?
Do tego wszystkie przyczyniła się niekompetencja junty i złe zarządzanie krajem. Ale sytuację niewątpliwie pogarsza fakt, że Birma dostaje z zagranicy naprawdę bardzo skromne środki na rozwój: w 1997 r. był to tylko 1 dolar na statystycznego mieszkańca; dla porównania, w Kambodży było to 35 dolarów, a w Laosie 68.
Od czasu pamiętnych „birmańskich dni”, z kulminacją 8 sierpnia 1988 roku (to słynna data: „8.8.88”), kiedy to naród wyszedł na ulice i pod przewodnictwem pani Suu Kyi odrzucił trwający 26 lat reżim wojskowy, postawa Zachodu pozostała prosta i niezachwiana: Zachód uważa, że należy utrzymać bojkot handlowy Birmy, w nadziei, że zmusi to reżim do poluźnienia dyktatury, a w końcu do jej upadku. Elementami tej polityki Zachodu jest także zniechęcanie turystów do przyjazdów do Birmy – oraz ograniczanie pomocy dla tego kraju do minimum. Wiara w taką politykę wzmocniła się w 1990 r., kiedy demokratyczna opozycja – mimo represji – zdobyła 82 proc. miejsc w wyborach do parlamentu, które zwołała wówczas junta, wierząca w swoją popularność. 
To wszystko było ponad 10 lat temu, ale od tamtego czasu generałowie nie oddali ani skrawka swej władzy. Łamanie praw człowieka jest dalej nagminne – i nawet jeśli pani Suu Kyi nie przebywa już w areszcie domowym, to półtora tysiąca innych więźniów politycznych pozostaje za kratami. 
Właśnie podczas mojego pobytu w Birmie niejaki dr Salai Tun Than, 74-letni były rektor jednego z birmańskich uniwersytetów, rozpoczął protest przed ratuszem w Rangunie, na miejscu tamtych protestów z 1988 r. Protest był prosty: Tun Than rozdawał przechodniom kopie petycji, w której domagał się reform. Po czym, zgodnie z prawem o bezpieczeństwie narodowym, skazano go na 7 lat więzienia. Artykuł 5. ustawy o stanie wyjątkowym z 1950 r. mówi, że każdy, kto „nastaje na integralność, zdrowie, władzę i szacunek, jakim cieszą się państwowe organizacje, wojsko i pracownicy rządu” lub „rozpowszechnia fałszywe wiadomości na temat rządu”, albo „narusza moralność”, może być ukarany właśnie 7-letnim wyrokiem. 
Wydaje się, że ta sytuacja – brak demokracji i obniżenie standardu życia – nie może dłużej trwać. Że potrzebna jest rewizja polityki Zachodu wobec tego uroczego kraju i jego wstrętnej junty, głównie dlatego, że dotychczasowa polityka nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. 
Weźmy choćby ekonomię: Birma nie dostaje pomocy od międzynarodowych organizacji finansowych, handel jest minimalny. A aktywiści różnych organizacji pozarządowych z całego świata wywierają dodatkową presję na handlowców, by nie importowali nic „made in Burma”. Pod koniec zeszłego roku taka grupa z Wielkiej Brytanii wystąpiła z reklamą „Wspierajcie biusty, nie dyktatorów”, przedstawiającą staniki z drutu kolczastego – co było wymierzone w zachodnią firmę „Triumph”, która wykorzystuje ciała brytyjskich modelek i niepopularną, ale tanią birmańską siłę roboczą. Pod koniec stycznia „Triumph” zamknął tamtejszą fabrykę, pracę straciło tysiąc Birmańczyków.

 
DLA PRZETRWANIA NARODU
Nikt nie wzywa natomiast do złagodzenia bojkotu handlowego, który trwa siedem lat – i prawdopodobnie powinien trwać nadal, a birmańscy generałowie powinni nadal figurować na liście osób niepożądanych w Unii Europejskiej. To dlatego ASEAN [Stowarzyszenie Państw Azji Południowo-Wschodniej] nie może zorganizować żadnej konferencji w Europie, odkąd w 1997 r. to forum ekonomiczne przyjęło Birmę w swe szeregi. 
Być może embargo powinno być nawet zaostrzone – ale ono samo nie pomoże przywrócić Birmie demokracji. Wygląda na to, że apetyty generalicji są nienasycone, i to bez względu na poziom życia obywateli. W ubiegłym roku wojskowi kupili od Rosji za 130 mln dolarów 10 samolotów Mig-29, w styczniu dorzucili do koszyka z zakupami reaktor atomowy, też z Rosji. Bojkot handlowy z pewnością przyspieszył za to rozkład birmańskiej ekonomii, co w połączeniu z ostracyzmem mogło istotnie doprowadzić juntę do rozpoczęcia rozmów z Suu Kyi i do wypuszczenia jej z aresztu domowego.
Rozmowy te, ciągnące się od października 2000 roku, są kolejnym dowodem na potrzebę przemyślenia polityki Zachodu wobec Birmy: pokazują, że opozycja też zmienia swą taktykę, choć jeszcze dwa lata temu takie rozmowy sami opozycjoniści uważaliby za zdradę. Tę gotowość generałów do rozmawiania z wrogami moi birmańscy znajomi tłumaczą losem byłych przywódców Serbii (Miloszević) i Indonezji (Suharto). Wprawdzie ten dialog z opozycją jest utrzymywany w tajemnicy, trudno więc oszacować jego efekty. Ale gdyby miały być bardzo niekorzystne, to już byśmy o nich wiedzieli od Suu Kyi – ona wie, jak używać mediów.
Trzeci argument za zmianą polityki Zachodu wobec Birmy to troska o intelektualne, a nawet wręcz fizyczne przetrwanie tego narodu. Przykład Afganistanu pokazuje, że gdy kraj osiąga dno, może łatwo stać się ofiarą plag, których efekty sięgają daleko poza jego granice (a zauważmy, że w ostatnich latach Birma wyprzedziła Afganistan w produkcji i eksporcie opium). Przyjrzawszy się wadom i zaletom birmańskiego społeczeństwa obywatelskiego i wojskowego reżimu, posłuchawszy pracowników działających tu międzynarodowych organizacji rządowych i pozarządowych, porozmawiawszy z samymi Birmańczykami – trudno nie dojść do wniosku, że zwiększenie zachodniej pomocy humanitarnej jest konieczne.

 
BIRMAŃSKI VOX POPULI
Wniosek ten może budzić zdziwienie: w końcu dobrze znamy argumenty przeciwników zwiększania takiej pomocy. Do niedawna powoływali się oni na postawę samej pani Suu Kyi, która w wywiadzie z 1998 r. mówiła, że pomoc Zachodu „byłaby tylko kroplą w morzu, wsparciem dla kilku tysięcy ludzi tu czy tam”, i że „nie nadszedł jeszcze moment na przybycie organizacji pozarządowych. Musimy sami sobie pomóc nawzajem, tu na miejscu”. Tylko że ostatnio to właśnie pani Suu Kyi sugeruje (prywatnie, lecz konsekwentnie), że jeśli będzie zapewniony właściwy nadzór, to pomoc humanitarna jest mile widziana. Jej partia nie może wystąpić publicznie z takim wezwaniem do Zachodu, bo ruch taki mógłby zagrozić celowi nadrzędnemu – odbudowie demokracji. Niemniej sygnały, które Suu wysyła światu, są jasne. 
To spór znany z innych krajów, gdzie panowały lub panują dyktatury – także z Polski sprzed 1989 roku. Przeciwnicy udzielania pomocy humanitarnej krajom, w których panuje dyktatura, argumentują zwykle, że taka pomoc będzie legitymizacją nielegalnego reżimu, że odwróci uwagę albo po prostu zostanie rozkradziona, stanie się rodzajem nagrody dla zwolenników reżimu, czerpiących zyski z jej dystrybucji. Do pewnego stopnia argumenty te odnoszą się teraz także do Birmy. Ale ścisła kontrola, jasny modus operandi i kampania informacyjna o źródłach i celach pomocy mogą zminimalizować podobne szkody. 
A co myślą sami Birmańczycy? Z powodu cenzury, której poddane jest każde słowo pisane, nawet kalendarze i opakowania, birmański vox populi nie jest znany. Za wyrażenie opinii grozi przecież 7-letni wyrok... Ale zapytani prywatnie członkowie opozycji powiedzą, że pomoc powinna być większa. Co nie znaczy oczywiście, że należy zrezygnować z walki o demokrację. Ale nie do nas należy udzielanie rad Birmańczykom, jak tę walkę prowadzić, i jakie powinny być ich priorytety.
Rozmawiałam o tym z pewną birmańską lekarką, kiedyś działaczką polityczną. „Nie wiem, jak długo jeszcze ci ludzie pozostaną przy władzy, więc robię to, co mogę, aby zapewnić fizyczne przetrwanie mojego narodu” – mówiła. Zanim zdążyłam ją pouczyć, że Birmańczycy powinni próbować wszystkimi siłami wywalczyć dla siebie demokrację, dodała, że jej mąż, jeden z przywódców opozycji, wybrany w wyborach w 1990 r., zamiast siedzieć w parlamencie, siedział już czterokrotnie w więzieniu. 
On naprawdę spróbował.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl