„To nie rewolucja, to korekta” – dokąd zmierza polski samorząd?

 

Liderzy lokalni potrzebni od zaraz

 

Z Prof. grzegorzem gorzelakiem, dyrektorem Europejskiego Instytutu Rozwoju Regionalnego i Lokalnego UW, rozmawia Katarzyna Kolenda-Zaleska

 

 

 

KATARZYNA KOLENDA-ZALESKA: – Wczoraj był Pan w Łomży, przedwczoraj w Tychach, ciągle jest Pan w rozjazdach. Jaki obraz prowincji wyłania się z tych podróży?
GRZEGORZ GORZELAK: – Nasza prowincja prezentuje się generalnie słabo. Są w Polsce regiony, gdzie Produkt Krajowy Brutto nie rośnie, ale spada: te miejsca nie rozwijają się, lecz „zwijają”. To na przykład gminy we wschodniej Polsce, także Łomża, Słupsk i wiele innych. Tam już na początku transformacji było źle, a teraz, w czasie recesji, jest jeszcze gorzej. Rozwijają się przede wszystkim obszary wokół wielkich miast, dookoła metropolii tworzy się wąski pierścień gmin w miarę bogatych. Ale już 70 km od Warszawy nie ma ani pracy, ani inwestycji. 
Jak radzą sobie samorządy? 
– Samorząd bywa bezdennie głupi. Mówię ,,bywa”, bo chcę wierzyć, że tak jednak nie jest. Ale moje obserwacje są czasem przerażające. Z korupcją wśród radnych jest najgorzej w Warszawie, ale to nie tylko problem stolicy. Ryba psuje się od głowy – kiedy wójt z prowincji widzi, że każdy Minister Skarbu, bez względu na opcję polityczną, obsadza kolegami spółki Skarbu Państwa, myśli sobie: „Minister może, mogę i ja”. Następnego dnia w Urzędzie Gminy ląduje jego pociotek.
Prowincja słaba, samorząd skorumpowany. Jest aż tak źle?
– Spotykam urzędników, wójtów i burmistrzów, którzy z wielkim zaangażowaniem pracują na rzecz lokalnej społeczności. Wśród gmin są i zwycięzcy, i przegrani. Dzięki reformie samorządowej zwycięzcy mogli się w ogóle pojawić, bo w starym systemie nawet to było niemożliwe.
Sukces reformy można mierzyć liczbą wybudowanych wodociągów albo dróg. Ale nie udało się zbudować autentycznych wspólnot lokalnych. 
– Nie przesadzajmy z kultem wspólnoty lokalnej. Ludzie nie muszą zajmować się wszystkimi problemami gminy, to jest zadanie dla ich przedstawicieli, wyłonionych w wyborach. Z badań wynika, że tylko ok. 20 proc. Polaków interesuje się sprawami lokalnymi, a jeszcze mniej, bo 10 proc. przejawia jakiekolwiek formy aktywności obywatelskiej.
Dlaczego tak niewielu obchodzą sprawy lokalne? 
– Polacy nie mają natury zdobywców i pionierów, jak np. Amerykanie. Nie żyliśmy w trudnych warunkach, gdzie jeśli nie pomożesz sąsiadowi, to on nie pomoże tobie i zginiesz. Poza tym od zaborów mamy kłopot z utożsamianiem się z władzą. A władza też nie miała w zwyczaju brać pod uwagę opinii obywateli. Dalej: wspólnota wymaga zaufania nie tylko do jej członków, ale do innych w ogóle. Tymczasem z badań wynika, że ponad dwie trzecie respondentów twierdzi, iż jedną z przeszkód w organizowaniu się mieszkańców gminy jest ,,brak zaufania do ludzi i ich intencji”.
Przez całe lata 90. w wyborach samorządowych była zawsze najniższa frekwencja. Czy receptą okażą się bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, które w minionym tygodniu zaaprobował Sejm?
– Tak. Po pierwsze, ludzie nie będą głosować na kogoś anonimowego, wybranego w wyniku zakulisowych gier, ale na konkretnego człowieka. Mieszkańcy wiedzą, kto cwaniak, a kto dobry gospodarz. Po drugie, motorem rozwoju gminy jest lokalny lider, który potrafi zjednoczyć miejscowe elity i zachęcić mieszkańców do nieszablonowych działań. Wójt, którego władza pochodzi z wyborów bezpośrednich, może stać się silnym przywódcą, bo ma za sobą poparcie większości mieszkańców, a nie radnych.
Gdzie w Polsce samorządy są najaktywniejsze?
– Na zachodzie i północy kraju.
A nie np. w Wielkopolsce?
– Też byliśmy zaskoczeni, bo Wielkopolskę uważa się za matecznik polskiego samorządu. A tymczasem to właśnie północ i zachód Polski, czyli gminy popegieerowskie i te tradycyjnie głosujące na lewicę, mają najlepsze samorządy. Drugie błędne wyobrażenie: powszechnie sądzi się, że tamtejsze poparcie dla lewicy wynika z frustracji i niespełnionych roszczeń. To nieprawda: z badań wynika, że tam dominuje... optymizm. Bo te biedne gminy osiągnęły jakiś sukces. 
A dawna Galicja i Kongresówka? 
– Tamtejsze gminy przypominają staw porośnięty rzęsą, tam nic się nie dzieje. Każdy od pokoleń wie, co sąsiad ma w garnku, a jak ma nieco więcej, to trzeba mu zaszkodzić. Natomiast na północy i zachodzie ludność jest przemieszana, nie zasiedziała. Ci ludzie musieli walczyć o swoje, mają ducha pionierów. Przykładem niech będzie porównanie Zielonej Góry i Rzeszowa: Zielona Góra to prężnie rozwijające się miasto, pełne pomysłów i inwestycji; Rzeszów to miejska wieś.
Czy teraz bezpośrednie wybory zmienią Rzeszów w Zieloną Górę? 
– Nie chodzi o to, aby nagle wszyscy zaczęli działać. Ludzie chcą prostych krawężników, dobrych szkół i bezpiecznych ulic. To są zadania dla samorządu, a nie dla mieszkańców. Organizacja społeczna pojawia się tutaj wtedy, gdy władza nie daje sobie rady. A jeśli samorząd działa sprawnie, to ludzie nie muszą martwić się o gminę i mogą zająć się fotografią artystyczną albo śpiewaniem w chórze.
Czyli: nie narzekajmy na słabość społeczeństwa obywatelskiego, poczekajmy na bezpośrednie wybory, które wyłonią charyzmatycznego przywódcę? Wtedy Rzeszów zacznie się rozwijać...
– Narzekać trzeba, bo im lepiej są wyedukowani obywatele, którzy interesują się nie tylko najbliższą rodziną, tym lepiej dla kraju. Ale nie ma co pomstować, że mieszkańcy nie uczestniczą w dyskusjach, którędy puścić wodociąg. Powtarzam: to zadanie dla demokratycznie wybranego samorządu. 
Bezpośredni wybór wójta czy burmistrza zwiększy nie tylko szansę na pojawienie się lokalnego lidera, ale wskaże wreszcie społeczeństwu osobę odpowiedzialną za stan gminy. Bo w przypadku rady odpowiedzialność jest rozmyta pomiędzy jej członków. Kto odpowiada za bałagan w Warszawie? W efekcie nikt, bo radni to bezosobowa masa. 
Nie boi się Pan, że w gminach wyrosną nam nie lokalni liderzy, ale dyktatorzy?
– O takim zagrożenia mówi prof. Jerzy Regulski. Moim zdaniem trzeba stworzyć zabezpieczenia w postaci lokalnej służby cywilnej. Nie udało się stworzyć służby cywilnej ,,na górze”, może uda się ,,na dole”? Jest też inny system kontroli: lider odpowiada za strategię i mobilizuje mieszkańców, ale skarbnika czy sekretarza wybiera już rada. Do niej należą też decyzje finansowe. 
Profesorowie Regulski i Michał Kulesza, zajmujący się samorządnością, twierdzą, że ustawa o bezpośrednim wyborze doprowadzi do utworzenia w wielu gminach zarządów komisarycznych, bo wedle obecnej ustawy nie wiadomo, jakie konkretnie kompetencje ma rada, a jakie wybrany bezpośrednio wójt.
– To zadanie dla parlamentu: przejrzeć ustawy i wprowadzić poprawki. Ale najpierw trzeba było podjąć decyzję polityczną, że bezpośrednie wybory odbędą się jesienią i uchwalić ordynację. Teraz pracujmy dalej. Nie zmieniamy zresztą zasadniczo funkcjonowania samorządu: to korekta modelu, a nie zmiana konstytucyjna. 
Sojusz Lewicy Demokratycznej chciał, aby w drugiej turze wójt był wybierany przez radę, a nie przez mieszkańców. Czy słusznie ten projekt upadł?
– Projekt ten był karkołomną protezą, która w istocie podważałaby może nie tyle sam wynik wyborów, ale czystość gry. 
SLD tłumaczył, że to rada powinna wybierać w drugiej turze, bo inaczej może dojść do sytuacji, że wójt jest z Ligi Polskich Rodzin, a rada zdominowana przez SLD. I jak tu rządzić?
– Francuzi dowiedli, że kohabitacja [współpraca prezydenta i rządu z różnych opcji politycznych – red.] jest w polityce możliwa. Poza tym nie wierzę, aby ludzie w gminach dostali aż takiej schizofrenii.
We Francji ordynacja w wyborach samorządowych przewiduje zresztą świetne rozwiązanie: głosuje się na listę, na której ugrupowanie wskazuje przyszłego wójta albo burmistrza. Zatem głosując na radę, głosuje się też na człowieka, który równocześnie jest członkiem konkretnego ugrupowania. 
Od kilku miesięcy słyszymy, że bezpośredni wybór wójtów, burmistrzów i prezydentów miast to kolejny, trzeci etap reformy samorządowej. Wielka rewolucja, ustrojowa zmiana. A Pan twierdzi, że to tylko korekta?
– Trzeci etap reformy samorządowej nastąpi dopiero wówczas, gdy dojdzie do zdecydowanej decentralizacji finansów publicznych. Na razie samorządy są nadal finansowane z budżetu państwa: dostają subwencje ogólne i dotacje na określone cele. Takie samorządy są całkowicie zależne i podległe władzy centralnej, bo one wprawdzie podzieliły się z władzą centralną zadaniami, ale nie pieniędzmi. 
Dopiero, gdy to się zmieni, będzie można mówić o trzecim etapie reformy.

 

Z prof. Grzegorzem Gorzelakiem, rozmawiała Katarzyna Kolenda-Zaleska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl