Czy procesja Bożego Ciała, niosąca świętość Eucharystii
w świeckość życia, ma sens?

 

Sacrum w parze z profanum

 

o. wiesław dawidowski

 

 

 

Na początek opowiadanie. W połowie lat siedemdziesiątych, ówczesny bi-
skup diecezji chełmińskiej powziął decyzję o erygowaniu nowej parafii na wielkim gierkowskim blokowisku w Gdyni. Jak zwykle władza ludowa tworzyła, albo przynajmniej sprawiała pozory tworzenia, trudności w budowie nowego kościoła. Aparat rościł sobie prawo do aprobowania bądź odrzucania aktów erygujących nowe parafie. Proboszcz nominat wielokrotnie usiłował przekonać lokalnego partyjnego urzędnika do spraw wyznań o racjach przemawiających za utworzeniem parafii i budową kościoła. Sprawa utknęła w Urzędzie do spraw wyznań. W czasie jednej z rozmów urzędnik, ideowiec z komunistycznym rodowodem lat 30. minionego stulecia zaproponował rozwiązanie. „My nie będziemy księdzu przeszkadzać w budowie kościoła, ale niech to będzie rodzaj parafii personalnej, a nie terytorialnej. Będzie miał ksiądz zezwolenie na Pasterkę, rezurekcje, lekcje religii, chrzty, śluby, pogrzeby”. Niedoszły proboszcz zauważył: „No, ale nie będę mógł mieć procesji Bożego Ciała”. Urzędnik zamyślił się, spoglądając w okno i skonstatował: „Taaak, procesji Bożego Ciała nie będzie…”. W jakiś czas po tej rozmowie na biurku biskupa leżała zgoda na utworzenie nowej parafii. 
Przytaczam tę historię nie w celu wykazania metafizycznej mocy Eucharystii obnoszonej w złocistej monstrancji, odmieniającej uczucia religijne komunisty. Poza wątkiem ukazującym bez wątpienia moc ludzkich sentymentów historia ta unaocznia, jak mocno w naszej polskiej świadomości tkwi wyjątkowość corocznej celebracji Bożego Ciała. A co za tym idzie, jak często sacrum chodzi w parze z profanum.


Skojarzenia i paradoksy
Korzenie procesji Bożego Ciała najchętniej chcemy widzieć w sporach z protestantami o rzeczywistą i trwałą obecność Chrystusa w Eucharystii. Niewielu pamięta, że inicjatorką tej uroczystości była św. Julianna z Mont Cornillon w pobliżu Liége, mniszka augustianka, wizjonerka. W jednym z opisanych przez nią objawień prywatnych Chrystus prosił o ustanowienie osobnego święta ku czci Eucharystii. Było to w 1245 roku. Pierwsza procesja odbyła się rok później. W 1264 r. papież Urban IV, gorliwy zwolennik tej formy pobożności, wprowadził ją do Rzymu jako uroczystość Bożego Ciała. Uczynił to pod wpływem cudu w Bolsenie, kiedy to kapłanowi odprawiającemu Mszę świętą wylała się na korporał zawartość kielicha, a przerażony celebrans ujrzał, że są to krople krwi. Stosunkowo szybko uroczystość ta wyszła poza mury Wiecznego Miasta stając się popularną w Europie. W 1320 roku synod diecezji krakowskiej, jako jeden z pierwszych w świecie, podjął decyzję o wprowadzeniu święta Bożego Ciała i procesji z Najświętszym Sakramentem. 
Statystyczny Polak uczestniczy w procesji, jeśli nie idąc za baldachimem, to przynajmniej podpatrując kolorowy tłum z okna swojej kamienicy lub z ulicznego krawężnika. Na statystycznym ślubie lub pogrzebie wielkomiejskiej parafii do Komunii przystępuje około jednej dziesiątej uczestników. Powszechny jest obrazek niesionego pod baldachimem Najświętszego Sakramentu, na który zerkają krawężnikowi gapie zajadający się lodami, palący papierosy, ukradkiem wykonujący prawą ręką tajemne ruchy przypominające bardziej oganianie się od much niż znak krzyża czy umykający do bramy kamienicy przed wzrokiem proboszcza. Chyba nigdzie w życiu Kościoła ostrzej nie widać przemieszania się sacrum i profanum, jak w czasie procesji Bożego Ciała. Czy to jednak oznacza, że słuszną drogą poszły niektóre episkopaty zachodu (Holandia, Belgia, Francja, Anglia, USA), porzucając uświęconą wiekowym, aczkolwiek nie starożytnym obyczajem, procesję Bożego Ciała? Czy głębszą świadomość sacrum zachowała cerkiew prawosławna, z zasady ukrywając za ikonostasem, niż pokazując w czasie podniesienia Chleb Święty Życia Wiecznego? Czy krocząca z dostojeństwem i barokowym przepychem procesja Bożego Ciała mówi jeszcze cokolwiek ludziom żyjącym coraz szybciej, mówiącym coraz więcej, czytającym coraz mniej i słuchającym niewiele? 


Nie tylko katolicy
Zwyczaj obnoszenia w uroczystej, podniosłej procesji przedmiotu kultu nie jest wyłączną domeną katolików. Podobieństw, nawiązań bądź luźnych analogii można dopatrywać się w wielu religiach. W Iraku sekta kurdyjska Jezydów, o rysach gnostyckich obnosi procesyjnie wyobrażenie Anioła Pawa, bóstwa zła, którego należy się wystrzegać. W Złotej Świątyni w Armitsarze (Pendżab) jest przechowywana i w uroczystej procesji obnoszona, święta księga sikhizmu Adi Granth, zawierająca hymny religijne, poematy i pisma liturgiczne. Mircea Eliade twierdzi, że cześć oddawana tej księdze przewyższa cześć, jaką Biblia otrzymuje od chrześcijan. W twierdzy Sasayhumaman wznoszącej się nad Cuzco (Peru) dwa razy w roku odbywa się festiwal słońca – Inti Raymi, podczas którego obnosi się w rytualnym pochodzie rzeźbę wyobrażającą słońce. Wyobrażenia te, czy lepiej kulty, są analogiami wartościowymi z punktu widzenia fenomenologii religii, ale nie teologii. 
Bliższą chrześcijanom analogią procesji eucharystycznych będzie zwyczaj obnoszenia w wyjątkowych sytuacjach prostej obustronnie pozłacanej skrzyni z drewna akacjowego, nazwanej Arką Przymierza. Chociaż manna jest starotestamentalną figurą Eucharystii, to wbrew opinii autora listu do Hebrajczyków (Hbr 9,4) nie ona była przechowywana w Arce, lecz tablice dekalogu. Mimo to Arka Przymierza w jakiejś mierze może być odebrana jako figura kultu Eucharystycznego. Niesiona pobożnie, acz triumfalnie wokół murów Jerycha, gwarantowała zdobycie obleganego miasta (Joz 6, 6-14). Zabrana na wojnę z Filistynami – bardziej jako totem niż przedmiot kultu – zamiast zapewnić zwycięstwo, wpadła w ręce wrogów i w niczym nie przyczyniła się do sukcesu militarnego (1 Sm 4). Radosna procesja z Arką Przymierza na górę Syjon wprowadziła króla Dawida w taki trans, że król nie bacząc na swoją pozycję, oddtańczył na oczach swoich poddanych taniec rytualny pozbywając się częściowo odzienia. To z kolei sprowokowało jego pierwszą żonę Mikal do pogardy i nazwania swojego męża niepoważnym, a Dawida do wyznania, że w jego życiu liczy się tylko Bóg, dla którego warto wystawić się na ludzkie pośmiewisko (2 Sm 6). 
Jest jasnym, że na bazie nawet tych dalekich analogii fenomenologowie religii będą snuć rozważania na temat różnic czy podobieństw pomiędzy tymi zwyczajami, widząc w wielu z tych zachowań nic innego, ponad prosty akt religijny wspólny ludziom religijnie myślącym. Ludzkie pragnienie oglądania przedmiotów kultu można zapewne przypisać wartości zmysłu wzroku, który w pięciostopniowej skali zmysłów odziedziczonej po Arystotelesie zajmuje najwyższe miejsce, podczas gdy smak i dotyk najniższe. Jednakże fenomenologia jest bezradna wobec teologii, która wcale nie traktuje noszenia w procesji Najświętszego Sakramentu jako istoty religii. Centrum życia religijnego jest i pozostanie Eucharystia sprawowana, czyli spożywana przez Kościół. Procesja ma na celu jedynie obudzenie tej świadomości u wiernych. Inna sprawa, że z tą świadomością różnie bywa i bywało. 


Serce Kościoła
O ile Kościół od samego początku swojego istnienia budował teologię eucharystyczną, o tyle zaskakującym jest, że w wyznaniu wiary Kościoła brakuje wyraźnego, jasnego i dosłownego artykułu wiary o Eucharystii. Eucharystia jest obecna na kartach Pisma Świętego i stanowi nieodzowny element życia pierwotnej gminy. Ona należy do Tradycji Kościoła, czyli do tego, co jest przekazywane w Kościele jako integralna część treści Bożego objawienia. Święty Paweł mówi o niej: „Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem, że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: »To jest Ciało moje za was wydane«” (1 Kor 11,23n). A jednak uczta ustanowiona przez Jezusa w Wieczerniku, jako uobecnienie jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania, przypomniana osobiście przez Jezusa w gospodzie Emaus, sprawowana od początków istnienia Kościoła przez Apostołów, pozornie nie doczekała się precyzyjnej formuły w postaci artykułu wiary wyznawanego ustami przez Kościół każdej niedzieli. Podkreślam „pozornie”, bowiem gdy Kościół mówi w Składzie Apostolskim: wierzę w świętych obcowanie – „communio sanctorum”, to ma na myśli nie tylko wspólnotę świętych osób, ale także obcowanie ze świętymi rzeczami. Spostrzeżenie to nie jest jedynie zabiegiem hermeneutycznym. Określenie „communio sanctorum”, w oryginalnym greckim brzmieniu „koinonia ton agion”, w Kościołach wschodnich rozumiano jako uczestnictwo w rzeczach świętych, czyli po prostu w postaciach eucharystycznych. Kościół łaciński, przyjmując to określenie do swojego języka teologicznego w IV i V wieku, nadał wyrażeniu – mającemu oryginalnie sens eucharystyczny – znaczenie eschatologiczne. 
Odkrywanie pierwotnego sensu słów „communio sanctorum” otwiera wiele nowych horyzontów nie tylko dla pobożności eucharystycznej, ale także dla świadomości ekumenicznej. Uczestnictwo w rzeczach świętych gromadzi przecież konkretne osoby wezwane do bycia jednym Ciałem. Chrzest wciela nas w jedno Ciało Chrystusa, ale to Ciało Chrystusa widziane jest jako jedno tylko wtedy, kiedy sprawowana jest Eucharystia. 
Z uczestnictwa w rzeczach świętych ma wypływać sposób życia. Znana formuła teologiczna mówi, że Kościół sprawuje Eucharystię, a Eucharystia czyni Kościół. Innymi słowy nie byłoby Kościoła, gdyby nie było Eucharystii. Dlatego Sobór Watykański II przypomina, że „Kościół nigdy nie zaprzestawał zbierać się na odprawianie paschalnego misterium, (…) sprawując Eucharystię” (KL 6). Przypominając prezbiterom o ich odpowiedzialności za wychowanie wiernych w wierze, ten sam Sobór naucza, że „żadna społeczność chrześcijańska nie da się wytworzyć, jeżeli nie ma korzenia i podstawy w sprawowaniu Najświętszej Eucharystii”. Wcześniej, w tym samym dokumencie Ojcowie Soboru podkreślają przytomnie, że „niewiele dadzą ceremonie, chociażby piękne, albo stowarzyszenia, choćby kwitnące, jeśli nie są nastawione na wychowanie ludzi do osiągnięcia dojrzałości chrześcijańskiej” (DK 6). W tych słowach zamyka się kwintesencja nie tylko pojedynczej uroczystości, w której kruche Ciało Boże niesione jest ulicami przez jeszcze kruchszych ludzi, tak kapłanów, jak i świeckich (skoro w procesji świeccy biorą pod ramiona kapłana trzymającego w rękach monstrancję, to należy powiedzieć, że i oni w jakimś wymiarze niosą Najświętszy Sakrament). Ojcom Soborowym chodziło o każdą Mszę Świętą, każde Nieszpory, każdą adorację, każdy publiczny akt religijny, który niejednokrotnie jest wystawiony na niebezpieczeństwo pustego gestu, jaki wytwarzać może atmosfera „akademii ku czci”, jeśli nie towarzyszy temu świadomość celowości. Chodzi o to, aby to, co jest, było odbierane jako wyzwanie do pracy nad dojrzałością chrześcijańską. 


Wyzwanie
W języku oryginalnym, a więc w łacinie, uroczystość Bożego Ciała nazywa się popularnie „Corpus Christi” – Ciało Chrystusa. W większości języków europejskich tę właśnie nazwę adoptowano. Wyjątkiem jest język niemiecki określający to święto jako „Fronleichnam”, co należałoby tłumaczyć jako Ciało Pana, Święte Ciało, Ciało Pasterza. W każdym jednak wypadku niemieckie określenie sugeruje martwotę, zwłoki. Widać, jak pozornie prawnicza łacina pozwala na szerszą skalę interpretacyjną, a co za tym idzie – wyższy diapazon skojarzeń niż precyzyjny język niemiecki. Widać też, jak niejednokrotnie semantyka narzuca świadomość i odzwierciedla kulturę oraz kierunek myślenia. Jeśli zatem semantyka oddaje przynajmniej w minimalnym stopniu świat ludzkich wartości i przywiązań, to chwała łacinie. Bowiem uroczystość Bożego Ciała to nic innego, jak wielkie święto misterium Kościoła – Ciała Chrystusa. Niosąc procesyjnie Hostię, Kościół zachodni chce mówić swoje „Amen” temu, co jest niesione. Będąc Ciałem Chrystusa mówi swoje „tak” temu, czym jest.
Francuski teolog współczesny Bernard Sesboüé mówi, że prawdziwą jest obecność tylko tych osób, które wchodzą w relacje. „Rzeczy materialne tylko są, ale nie są obecne”. Prawdziwa obecność dokonuje się poprzez ciało i relacje osób. Gdyby Boże Ciało miało być świętowane jako akademia „ku czci sakramentalnej obecności”, to pozostanie ono jedynie cymbałem brzmiącym. Dlatego Sobór Watykański II określa Eucharystię słowami świętego Augustyna: „sakrament miłosierdzia, znak jedności, węzeł miłości” (KL 47), chcąc w ten sposób zaznaczyć kres znaku. Jeśli sakrament miłosierdzia, to nie źródło niechęci wobec stojących z boku. Skoro znak jedności, to nie przyczyna konflitów. Jeśli węzeł miłości, to nie ślepe trwanie w nieprzychylności wobec bliźniego. Stąd nawet jeśli raz do roku sacrum zda się chodzić w parze z profanum, to tylko po to, aby ci, którzy niosą, stawali się tym, co widzą, oraz karmili się tym, czym są.

Autor jest augustianinem, proboszczem parafii św. Katarzyny w Krakowie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl