Zwycięstwo nad gruzami

 

Z prof. NORMANEM DAVIESEM rozmawia marek zając

 

 

 

MAREK ZAJĄC: – „Boże igrzysko” było opowieścią o dziejach Polski, „Europa” mówiła o dziejach kontynentu, „Mikrokosmos” to historia miasta. Czy pisanie historii Wrocławia różniło się od pracy nad poprzednimi książkami?
NORMAN DAVIES: – Łatwiej jest wskazać podobieństwa niż różnice. „Boże igrzysko” opisuje Rzeczpospolitą Wielu, bo przecież nie tylko Obojga Narodów. „Europa”, to jasne, ze swej natury jest wielonarodowa. Po historii wielonarodowego państwa i kontynentu przyszła kolej na miasto wielu kultur. Dzieje Bordeaux czy Sztokholmu to po prostu rozdział historii Francuzów albo Szwedów. Natomiast we Wrocławiu – ale także w Wilnie, Pradze czy we Lwowie – historię tworzyło właśnie współistnienie narodowych i kulturowych różnorodności oraz (w równym stopniu) ich wymienność: pojawianie się jednych i znikanie drugich. W przypadku Wrocławia to właśnie przemiany i zawirowania narodowościowe stanowią oś narracji.


IMPRESJONIZM HISTORYCZNY
„Mikrokosmos” pełen jest fragmentów wspomnień, pamiętników, obrazków z życia zwykłych ludzi. Czy Pańskim zdaniem historia miasta to przede wszystkim mozaika złożona z losów jego mieszkańców?
– Ludzie są bez wątpienia ważniejsi niż mury. Bo czym jest miasto? Martwą, materialną strukturą, punktem na mapie politycznych rozgrywek – czy raczej ludzką wspólnotą? Błędem byłoby jednak zupełne ignorowanie przestrzeni i czasu, w których żyją mieszkańcy miasta. Podobnie jest w przypadku biografii: historyk nie pisze tylko o człowieku, ale też o architekturze domu, w którym mieszkał; o tym, co jadano na obiad; o wydarzeniach z ówczesnego świata polityki – czyli o ,,otoczeniu” postaci w szerokim sensie tego słowa. A więc historia miasta to przede wszystkim dzieje wspólnoty, ale wspólnoty wpisanej w konkretny świat materialny, polityczny i społeczny.
Wszystkie Pana książki charakteryzuje zamiłowanie do szczegółu. Pełno w nich anegdot, zaskakujących statystyk i informacji, które dla biegu wielkiej historii wydają się mało istotne. Dlaczego posługuje się Pan właśnie taką techniką opisywania dziejów?
– To wynika z niechęci do pewnej metodologii, z którą jako młody człowiek zetknąłem się podczas pobytu w Krakowie. Popularne wtedy były te okropne książki historyczne, w których pisało się o klasach, o wielkich grupach ludzkich bez twarzy i osobowości. A przecież jednostki są ważniejsze niż masy. Historyk powinien przedstawiać i tych wybitnych, i tych śmiesznych, i bohaterów, i zbrodniarzy – a nawet tych najzupełniej ,,przeciętnych”. Taki sposób pisania nazywam impresjonizmem albo pointylizmem historycznym: obraz dziejów buduje się z małych, różnokolorowych punktów. Epokę można przedstawić poprzez kilkaset anegdot, ludzkich portretów, wierszy, piosenek itp. W ten sposób czytelnik potrafi wyobrazić sobie, co kryje się za ogólnikowymi, martwymi faktami. Pisarz historyczny przypomina trochę malarza, który stosuje różne techniki, by poruszyć wyobraźnię czytelników, oddać pewną atmosferę, wrażenie.
W tej technice posuwa się Pan często nawet dalej, skomplikowane wydarzenia podsumowując jednym symbolicznym szczegółem. W ,,Europie” jest raczej krótki fragment poświęcony wojnie domowej w Hiszpanii (1936-39), choć napisano o niej opasłe tomy i do dziś konflikt ten jest przedmiotem gorących ideologicznych sporów. Pan – zamiast długiej analizy – opisuje w najdrobniejszych szczegółach monumentalną bazylikę, w której pochowany jest generał Franco. I ten opis starcza czytelnikowi za podsumowanie, bo daje mu właśnie ,,wrażenie” grozy hiszpańskiej wojny domowej. Czy w historii Wrocławia jest takie wydarzenie, miejsce lub postać, które symbolizowałyby los miasta? 
– Jest wiele takich epizodów, ale opowiem tylko o jednym, chyba najbardziej trafnym i poruszającym. Pociąg, którym Edith Stein, w 1998 r. kanonizowana na współpatronkę Europy, jechała w sierpniu 1942 do obozu w Oświęcimiu, przypadkowo zatrzymał się we Wrocławiu. Przez kilka chwil drzwi wagonu były otwarte. Podeszła do nich zakonnica – nie ulega wątpliwości, że była to Stein – i powiedziała: „To moje ukochane miasto rodzinne. Nigdy już go nie zobaczę. Jedziemy na śmierć”. Świadkiem całego wydarzenia był wojskowy pocztowiec Johannes Wieners. Zapytał, czy inni też wiedzą, jaki los ich czeka. ,,Lepiej, żeby nie wiedzieli” – odpowiedziała Stein. Za chwilę esesmani z powrotem zatrzasnęli drzwi. Przez 30 lat Wieners nikomu nie wspominał o tej rozmowie. Dopiero, gdy przeczytał biografię Edith Stein, domyślił się, kogo wtedy zobaczył. Całe zdarzenie trwało tylko kilka sekund, to było zaledwie kilka słów, ale one mówią więcej o tamtych latach cierpienia niż wszystkie książki.


PODWÓJNIE SKRZYWDZENI
– Pytany o pomysł budowy „Centrum przeciw Wypędzeniom” we Wrocławiu, powiedział Pan, że decyzja należy do wrocławian. Kim są mieszkańcy dzisiejszego Wrocławia? 
– To jest różnorodna mieszanka. Ludność Wrocławia pochodzi ze wszystkich stron przedwojennej i powojennej Polski: z Kresów, Gdańska, Poznania, Krakowa. Ale jej najistotniejszym składnikiem – nawet nie tyle pod względem ilości, ile aktywności i dużego skupienia – są przybysze ze Lwowa. Bo Wrocław jest w pewnym sensie kontynuacją Lwowa. Nie ma mowy o kontynuacji niemieckiego Breslau – to miasto umarło, a właściwie zostało zabite. Pozostał jakby opustoszały, zrujnowany dom, który odbudowała i zasiedliła nowa wspólnota. Więcej: ci ludzie nadali miastu nową tożsamość.
Chciałem pokazać w ,,Mikrokosmosie”, jak wielkie zwycięstwo odnieśli nowi mieszkańcy Wrocławia. Podnieśli miasto z gruzów i popiołów. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że z Warszawą było podobnie. Ale do stolicy wróciły setki tysięcy jej dawnych mieszkańców, którzy mieli jeden cel: odbudować własne miasto. Ci, którzy w 1945 r. trafili do Wrocławia, znaleźli się w zupełnie obcym miejscu. A przecież miasta nie mogła odbudować ta garstka Niemców, która uniknęła wypędzeń. Co gorsza, stalinowskie władze źle traktowały nową ludność, w mieście panował strach i głód. Komuniści wywieźli z Wrocławia prawie wszystkie cegły, by wykorzystać je do... odbudowy Warszawy. Wrocławianie byli sami i nie mieli nic, a jednak ,,z niczego” zbudowali wspaniałe miasto. Jeszcze raz powtórzę: to wielkie osiągnięcie.
Warto przytoczyć tu powojenną anegdotę: 1945 r., dwaj mężczyźni jadą pociągiem i rozmawiają ze sobą po niemiecku. Jeden pyta drugiego: „Gdzie pan mieszka?”. Odpowiedź: „We Wrocławiu”. Rozmówca uśmiecha się: „Co za zbieg okoliczności, ja też jestem ze Lwowa!”. Czy niemiecka przeszłość Wrocławia miała na jego nowych mieszkańców jakiś wpływ?
– Po przejechaniu setek kilometrów ze Lwowa i osiedleniu się w zrujnowanym mieście nikt nie zastanawiał się nad tym, kto wcześniej mieszkał we Wrocławiu i jaka była jego historia. Pamiętajmy, że ci ludzie byli podwójnie skrzywdzeni. Po pierwsze, ze względu na presję komunistów nie mogli otwarcie mówić, że są ze Lwowa, choć przez wieki było to polskie miasto. Po drugie, znaleźli się na ziemiach, które były im zupełnie obce – duchowo i kulturalnie. Trudno było przecież znaleźć jakiekolwiek podobieństwo między niemieckim Breslau a tym, co lwowskie i kresowe. W pewnym sensie ich los był gorszy od losu wypędzonych z Breslau Niemców. Bo oni trafili do Monachium, do Kolonii, do Frankfurtu – typowo niemieckich miast, podobnych do ich dawnego miejsca zamieszkania.
Nowi mieszkańcy Wrocławia nie zapomnieli nigdy o rodzinnych Kresach.
Wielkim bohaterem jest Roman Aftanazy, który przez 40 lat potajemnie zbierał materiały o posiadłościach szlacheckich na Wschodzie dawnej Rzeczypospolitej i wydał je w czternastu tomach. Jak wielka musiała być miłość do straconej ojczyzny, o której przez dwa pokolenia nie wolno było publicznie nawet wspomnieć! To była wielka próba charakteru: ludzie pozbawieni wszystkiego, w obcym kulturowo miejscu, szykanowani za swe pochodzenie mieszkają na ruinach i zgliszczach – i to nie przez pięć, ale przez dwadzieścia lat, bo odbudowa ruszyła późno po wojnie. Wrocław jest polski – ale za straszną cenę. Może właśnie dlatego mieszkańcy są tak silnie związani z tym miastem.


INTEGROWAĆ POMAŁU
A nie robi się Panu smutno, gdy widzi Pan, jak dziś we lwowskim muzeum mieszkańcy tego miasta obojętnie mijają obce im kulturowo portrety polskich magnatów? Albo gdy w miasteczkach na Zachodzie Polski piękną poniemiecką katedrę zasłania blok z wielkiej płyty?
– To przypomina człowieka, któremu przyszło chodzić w cudzych ubraniach. Niestety po wojnie nie we wszystkich miastach ich nowym mieszkańcom udało się adaptować miejską przestrzeń i wypełnić ją nową jakością. Ale akurat Wrocław odniósł w tej dziedzinie sukces. 
We Wrocławiu odradza się pamięć o jego przeszłości, coraz częściej słyszymy o wielokulturowości tego miasta. Czy to moda, polityczna poprawność, kolejny sposób na ściągnięcie turystów – czy autentyczna chęć i potrzeba?
– To wynika z charakteru Kresowiaków, którzy od zawsze byli przyzwyczajeni do współżycia wielu kultur i narodów, często pochodzili z wielonarodowych rodzin. Matka mojego najlepszego przyjaciela we Wrocławiu była Ukrainką. Rozmawiał z nią nie po polsku, ale po ukraińsku. A jego ojciec nosił ukraińskie nazwisko, choć był Polakiem i rzymskim katolikiem. Mój przyjaciel jest Polakiem, ale ma nieco inną tożsamość niż mieszkaniec Krakowa, którego rodzina z pokolenia na pokolenie składała się wyłącznie z Polaków. On ma wielokulturowość we krwi – i dosłownie, i w przenośni.
Nie zapominajmy, że w powojennym Wrocławiu pozostała też niewielka społeczność niemiecka. Do dziś we Wrocławiu mieszkają ludzie o podwójnej tożsamości. Odwiedziłem tam Klub Niemiecki, gdzie spotykają się starsi już ludzie, którzy przez ostatnich 50 lat żyli w dwóch kulturach jednocześnie: polskiej i niemieckiej. Zresztą nie tylko o narody tu chodzi, ale także o religie. Oprócz książki przygotowałem też film o Wrocławiu, który w czerwcu pokaże telewizja. W tym dokumencie posłuchać można rozmowy z wrocławskim biskupem luterańskim, który wcale nie jest Niemcem, ale Polakiem. Jego świątynia znajduje się w tzw. „dzielnicy tolerancji”. Nazwa pochodzi stąd, że stoi tam synagoga, kościół prawosławny, katolicki, unicki i protestancki. Czy gdzieś w Polsce jest drugie takie miejsce?
W krajach Europy mieszka coraz więcej cudzoziemców, emigrantów. Niektórzy twierdzą, że idea asymilacji, integracji i współpracy kultur poniosła jednak klęskę, że wielkie metropolie Zachodu zamieniają się w zlepek narodowych gett.
– Te narodowe dzielnice tworzą w miastach europejskich emigranci spoza kontynentu. A że ich asymilacja czy integracja nie następuje tak szybko? Przed stu laty Harlem, część nowojorskiego Manhattanu, był dzielnicą żydowską, zamieszkaną przede wszystkim przez żydowskich emigrantów z Polski. Potem Żydzi się zasymilowali, rozproszyli po innych dzielnicach i całych Stanach. Na ich miejsce przyszli Murzyni. Przez 50 lat Harlem był ,,czarną dzielnicą”. Ale już nie jest, bo przyszła fala hiszpańskojęzycznych emigrantów z Ameryki Środkowej. A więc w ciągu jednego wieku ta sama dzielnica trzykrotnie zmieniła narodową tożsamość. Takie same procesy można zaobserwować w miastach brytyjskich czy francuskich. Nie spieszmy się z integracją czy asymilacją, to procesy naturalne, ale wymagają czasu.


MITY: SELEKCJA I INTERPRETACJA
Nazwał Pan Wrocław „mitycznym miastem nowej Europy”. W jakim sensie Wrocław jest mitem?
– Przeszłość jest zbyt skomplikowana, by wszyscy analizowali ją bez przerwy i w najdrobniejszych szczegółach. Potrzebny jest zatem prosty, wiarygodny mit. I muszę przyznać, że w przypadku Wrocławia absurdalny przecież mit piastowski był po wojnie bardzo potrzebny. Do Wrocławia napłynęły tysiące ludzi, którzy potrzebowali jakiejś wiary, celu. I ten nieprawdziwy, romantyczny mit odbudowy piastowskiego Wrocławia nadał ich pracy sens. Dziś nie ma już takiej potrzeby. Przyszedł czas, by przywrócić pamięć zapomnianych wieków niemieckich. Ale wrocławianie doskonale potrafią adaptować się do zmian. I gdy Polska wejdzie do Unii Europejskiej, wykorzystają atut historycznych relacji Wrocławia z Pragą czy Berlinem.
A jakich mitów potrzebują dziś Polacy?
– Mitów pojednania. W okresie istnienia bloku sowieckiego powstały różne mity panslawistyczne, także absurdalne, ale w ówczesnej sytuacji potrzebne. Bo jeśli Polacy mieli w ramach tamtego bloku jakoś współżyć z Rosjanami, to na półkę trzeba było odłożyć mity sanacji czy wojny bolszewickiej. Teraz trzeba może nie tyle tworzyć mity, co umiejętnie dokonywać selekcji faktów. Wybierać te, które dotyczą przyjaźni Polaków z Hiszpanami, Francuzami, Brytyjczykami i Niemcami. Napisałem esej „Tysiąc lat kameraderii polsko-niemieckiej”, zaczynając opowieść od... miłostek Augusta II Mocnego. Z Francuzami będziemy rozmawiać o Legionach Dąbrowskiego albo o wyprawie na Moskwę w 1812 r., z Brytyjczykami będziemy wspominać bitwę o Anglię, z Hiszpanami – może Somosierrę?
Polska ambasada w Hiszpanii już wykorzystuje tę bitwę do celów promocyjnych. Mówimy Hiszpanom, że oto dwa dzielne narody, oba oszukane w końcu przez Napoleona, starły się w bohaterskim boju. A dziś braterstwo broni pielęgnują w ramach NATO. Tyle że to jest już bliskie naginania faktów.
– Ale czasem sama selekcja wydarzeń wystarcza. Skuteczny mit musi opierać się na faktach, można je jednak wpisać w zupełnie nowy kontekst.


„LWÓW? MIASTO MOJEJ BABCI!”
Można powiedzieć, że niektóre miasta mają przypisany pewien los, powtarzają się w nich określone wydarzenia. W Berlinie, przy Bramie Brandenburskiej, pogrzebano faszyzm i komunizm, dwa totalitaryzmy XX wieku. W Moskwie zaczynają się kryzysy wielkich imperiów. Płonąca Moskwa stała się zapowiedzią klęski Napoleona. Hitler zatrzymał się na przedpolach stolicy Związku Radzieckiego i właściwie od tej pory ofensywa Trzeciej Rzeszy straciła swój impet. Czy Wrocław ma w tym sensie swój los?
– Chyba nie. Ale Wrocław jest – jak wiele innych miast – typowym przykładem pogranicza państw i kultur. Przy zachodniej granicy Niemiec leży Strasburg, gdzie krzyżują się wpływy niemieckie i francuskie, na Wschodzie – Wrocław, którego przeszłość składa się z elementów polskich, niemieckich, czeskich, żydowskich. W takich miastach życie kulturalne i polityczne zawsze będzie ciekawsze niż na jakiejś szkockiej wyspie, dokąd raz na rok przypływa statek. Wrocław leży na wielkiej europejskiej równinie, gdzie spotykały się maszerujące z różnych stron armie, podróżujący kupcy, naukowcy, gdzie krzyżowały się idee i religie.
Jaka będzie przyszłość Wrocławia w zjednoczonej Europie?
– To zależy od przyszłości samej Unii, która jest jeszcze młoda i nie wiadomo, jak będzie wyglądać za kilkanaście lat. Nie ulega jednak wątpliwości, że dzięki położeniu geograficznemu Wrocław może wiele skorzystać na zjednoczeniu Europy. Poza tym jego pozycja będzie silna, bo po rozszerzeniu silna będzie międzynarodowa pozycja Polski. Wasz kraj będzie mieć w Unii 27 głosów – tyle co Hiszpania, a tylko o dwa głosy mniej niż Niemcy. Będziecie grać w pierwszej lidze, a Wrocław jako miasto położone blisko Czech i Niemiec będzie waszym wielkim atutem.
A więc Wrocław będzie ciążył ku Zachodowi. A może też – choćby dzięki mieszkańcom, którzy w sporej części przybyli ze Lwowa – będzie pomostem między Wschodem a Zachodem?
– Cała Polska będzie takim pomostem, ale i w tym przypadku Wrocław odegra szczególną rolę. Bo, paradoksalnie, z tego miasta bliżej jest do Lwowa czy Wilna niż z Krakowa albo z Warszawy. Jeśli zapytamy młodego człowieka ze stolicy o Lwów, to dla niego jest to obce, dalekie miasto gdzieś na końcu świata. A młody wrocławianin odpowie: ,,Lwów? To przecież miasto mojej babci!”. Ta tradycja jest zaskakująco silna. Moja żona pochodzi z rodziny lwowskiej, wychowała się w Dąbrowie Tarnowskiej, ale matka zawsze jej powtarzała: „Ty nie jesteś dąbrowianką, ty jesteś lwowianką”. I choć nigdy nie była we Lwowie, to jest z nim związana emocjonalnie. Nie da się uciec od przeszłości, ona i tak kiedyś człowieka dopadnie. Przeszłość po prostu żyje w nas.

Współpraca: Agnieszka Sabor
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl