Dziecięce zagadki

 

dariusz czaja

 

 

 

Ale w każdym z tych ludzi w jakimś stopniu Mozart został zamordowany.


Antoine de Saint-Exupčry,
„Ziemia, planeta ludzi”




1. Wyjąwszy Adama i Ewę, którzy pojawiają się w historii gatunku ludzkiego jako absolutny acz brzemienny punkt Zero, wszystkie znaki na ziemi wskazują, a Biblia potwierdza, że dzieci rodziły się od zawsze. Ta wstrząsająca poznawczo myśl nie musi oznaczać wszakże, że dzieciństwo jest kategorią niezmienną w czasie. Tylko naszej rutynie poznawczej i codziennemu przyzwyczajeniu zawdzięczać należy przekonanie o tym, że dziecko zawsze dzieckiem było. Rzutowane w przeszłość współczesne wyobrażenia tworzą całkowicie fałszywą wizję jakoby „naturalnej” i powszechnie obowiązującej kategorii dzieciństwa. Tymczasem dziecko i dzieciństwo mają jednak swoją historię. 
Jak przekonująco pokazują prace historyków mentalności, znane nam z autopsji pojmowanie stanu dziecięcego w znacznym stopniu odbiega od zmieniających się w czasie modeli traktowania dzieci, rozumienia ich miejsca i roli w społeczeństwie, począwszy od średniowiecza aż do wieku XIX. Philippe Aričs kreśli w swojej „Historii dzieciństwa” fascynujący – miejscami zabawny, miejscami przerażający – obraz przemian ideologii dzieciństwa w świecie zachodnim. Tożsamości są złudne, mimo metrykalnych podobieństw dziecko wieków średnich słabo przypomina dziecko kultury współczesnej.
Brzmi to w istocie zaskakująco, ale Dziecko tak naprawdę wynaleziono w końcu XIX wieku. To wtedy rozpoczął się mający przybrać później na sile proces teatralizacji dzieciństwa. Dziecko wyosobniono jako wyraźną kategorię społeczną, a w ślad za tym pojawiły się widome symptomy przełomu: infantylny szczebiot dorosłych i galanteria dziecięca. Skutki tej zmiany dziedziczymy po dziś dzień.

2. Dziecko zamknęliśmy w dziecinnym pokoju. Najlepiej żeby z niego nie wychodziło i nie burzyło świętego ładu dorosłych. Żeby swoje mądrości objawiało sobie podobnym. Nie powinno narzekać. W końcu i tak zawsze może na coś od nas liczyć: na ckliwą paplaninę i protekcjonalne poklepanie po główce. „Maluś, maluś, maluś”...
Ale czy z tego zagłaskanego świata dziecka cokolwiek jeszcze rozumiemy? Czy pojmujemy coś z jego zachowania? Czy umiemy coś z jego mowy usłyszeć? Czy naprawdę doceniamy jego inność, osobność, niepowtarzalność?
O dojmującej asymetrii spojrzenia dorosłego i dziecka pisał niegdyś arcytrafnie Stanisław Cichowicz w eseju „Filozof i dziewczynka”: „Ustami dzieci dochodzą do głosu najśmielsze myśli dorosłych. Ale rozsądek każe je puszczać mimo uszu. Dziecinne powiedzenia zwracają uwagę tylko jako echo czegoś, co już w pierwszym historycznie brzmieniu było ostatecznym genealogicznie słowem uczoności, umiejętności, namysłu; zwracają tedy uwagę przez swoją wtórność... Sześcioletniej Justynie J. zdarzyło się powiedzieć to samo, co rzekł niemal wiek wcześniej trzydziestoośmioletni Fryderyk Nietzsche. Oboje wyrzekli to samo, choć w całkiem innych okolicznościach. Justynie kazano pozbierać porozrzucane przez nią zabawki; niechętnie spytała: »Dlaczego«, a gdy posłyszała: »Bo życie jest ciężkie!«, nic nie mogło powstrzymać wybuchu: »Życie powinno być jak słońce!« I Nietzsche grzmi jak grom z równie jasnego nieba: »Zaprawdę, jako słońce kocham życie«, by później, w tonie wyciszonym jak łoskot w dal odbiegającego echa, dać rodzicom odprawę: »Nieomalże w kołysce dają nam już ciężkie słowa i wartości, jak oto: ‘dobro’ i ‘zło’ – tak się posag nasz zwie. W imię jego wybaczają nam to, że żyjemy. I przeto pozwala się dziatkom do siebie przychodzić, aby ich zawczasu ostrzec, by siebie nie kochały: tak zdziaływa duch ciężkości. Zaś my – wleczemy sumiennie to, co nam przydano, na twardych wleczemy barkach i poprzez ciężkie drogi! A gdy potniejemy w trudzie, powiadają nam: – O tak, życie jest ciężkim brzemieniem!«”. 
I tak zatem, w tej niczym nie miarkowanej namiętności do słonecznego świata, w tej osobliwej filozoficznej heliotropii spotykają się niespodziewanie dziewczynka i filozof. Dwa głosy, które – jak szaleństwo – są po drugiej stronie poczytalności, które zadają gwałt zdrowemu rozsądkowi. Dwie intuicje nie usłyszane bądź słabo słyszane przez Rozum wytresowany w twardej szkole pragmatystów. 

3. No właśnie: Nietzsche. W której to jeszcze filozofii ostatniego czasu figura dziecka odgrywa tak znaczącą rolę? Dziecko, dzieciństwo, „kraina dzieci” – motywy te przewijają się w coraz to nowych modulacjach w całym niemal jego dziele. Sięgnijmy po jeden tylko, ale znaczący przykład. W późnej jego książce, we wciąż intrygującym „To rzekł Zaratustra” (wedle najnowszego przekładu Sławy Lisieckiej i Zdzisława Jaskuły, który cytuję dalej), dziecko pojawia się w różnych odsłonach. W tym zadziwiającym połączeniu poezji, profecji i filozofii posługuje się Nietzsche językiem z antypodów filozoficznego dyskursu; to język paraboli, obrazu, metafory. To język symbolu, który „daje do myślenia” i zagadki, której sens trzeba dopiero rozwikłać. 
Zaratustra, ów wędrujący nauczyciel wiecznego powrotu i nadczłowieka, nauk, w których zbiegają się główne linie myślenia Nietzschego, ma pośród swoich przyjaciół także zwierzęta i dzieci. Oto kiedy oświadcza, że odchodzi z domu uczonych, że porzuca wiedzę zimną, jałową i mało pożywną, zauważa: 
„Chętnie spoczywam tu, gdzie bawią się dzieci, przy popękanym murze wśród ostów i maków.
Uczonym jestem jeszcze dla dzieci, a także ostów i czerwonych maków. Niewinne są nawet w swej złośliwości”.
Ów motyw niewinności, uzupełniony o inne, powróci w jednym z najważniejszych obrazów książki: metaforze bawiącego się dziecka z rozdziału „O trzech przemianach”. W rozdziale tym rysuje Nietzsche historię ducha i form, w które ten się wciela. Najpierw pojawia się jako wielbłąd, później jako lew, w końcu jako dziecko. Wielbłąd jest upostaciowaniem cierpliwości i powinności, lew wciela wolność, która mówi swoje „święte Nie”, w trzeciej przemianie duch wciela się w dziecko i to jest jego forma ostateczna i najwyższa:
„Ale powiedzcie, bracia moi, cóż takiego potrafi dziecko, czego nawet lew nie potrafił? Czemu lew-grabieżca musi stać się dzieckiem?
Niewinnością jest dziecko i zapomnieniem, rozpoczynaniem od nowa, grą, kołem, co samo z siebie się toczy, pierwszym ruchem i świętym wymówionym Tak.”
Co znaczą te niejasne, enigmatyczne słowa? Dlaczego to dziecko jest dla Nietzschego/Zaratustry formą ostateczną wcielającego się ducha? I o jakim dziecku tu w istocie mowa?
Kluczem do tego fragmentu jest czas, szczególne jego rozumienie. Nietzsche przywołuje obraz bawiącego się dziecka, dziecka pogrążonego w zabawie, by unaocznić, że to tu właśnie, w tej sytuacji, czas ulega zawieszeniu. Bawiące się dziecko nie ma poczucia jakiegoś „było” i „będzie”, przebywa bowiem w trwającym „jest”. Jest zapomnieniem. To stąd jest niewinne – nie chodzi w tym miejscu o żadną idealizację dzieciństwa – bo przeszłość dla niego nie istnieje. Gra jest czystą bezinteresownością, w grze – by tak rzec – o samą grę chodzi. W zabawie każdy ruch jest pierwszy i ostatni, o czym mówi metafora koła. Jest nieustannym stawaniem się, rozpoczynaniem na nowo. Nie ma tu początku i nie ma końca. Jest więc zabawa emanacją pełni, doskonałością samą w sobie. To dlatego ta gra dziecka mówi bytowi swoje święte Tak. To jest radykalna, całościowa afirmacja istnienia.
Ale czy tłumacząc tę Nietzscheańską zagadkę na toporny język dyskursu czegoś nie zagubiliśmy? 

4. Idźmy dalej. O czym jeszcze mowa w tym fragmencie? Egzegeci wskazują, że owo toczące się koło, w którym koniec zamienia się z początkiem, jest tym samym, o którym mówi Nietzsche w późnym wierszu „Do Goethego”: 

Świat, mknący wirem koła,
Za celem cel przybywa;
Konieczność – gniewny woła,
Błazen to – grą nazywa...

Igrzysko świata dzielne,
Ułudę miesza z bytem.
Błazeństwo nieśmiertelne
I nas w to miesza przy tem. 

(tł. Leopold Staff)

Bawiące się dziecko, „igrzysko świata”, „świat, mknący wirem koła” przynależący dziecku ... Ten trop, choć historycznie odległy, brzmi znajomo. Zdaje się, że istnieje jeszcze jedna filozoficzna podszewka tych fragmentów.
Nie jest tajemnicą, że jednym najważniejszych dla Nietzschego filozofów był Heraklit. Ciemny Heraklit ze swoją aforystyką wykorzystującą retorykę paradoksu i zagadki. Jest taka jego enigmatyczna wypowiedź, która rzuca jeszcze nieco światła na to, co powiedzieliśmy dotąd: „Czas jest dzieckiem przesuwającym piony: królewskie to dziecko” (tł. Stanisław Cichowicz). Istnieje wiele przekładów tego sławnego fragmentu. W jednym z nich powiada się, iż „królestwo należy do dziecka”. Tak czy inaczej jedno wydaje się niewątpliwe: ta gra, dziecięca gra, jest grą szczególną, grą, która otwiera nas na nowy wymiar istnienia.
Można więc przyjąć, iż bawiące się dziecko z trzeciej przemiany ducha z „Zaratustry” to inne imię heraklitejskiego „królewskiego dziecka” przesuwającego piony, a eon z tego fragmentu to zapowiedź czasu wiecznego powrotu Nietzschego. Wypowiedzi Nietzschego i Heraklita, jakby przerzucając most nad czasem, udzielają sobie wzajem światła i tłumaczą swoje sensy. I jest tak bez względu na to, jaki jest w tej materii ostateczny werdykt wpływologów.

5. Pomnożyliśmy zagadki, ale chyba nie co bliżej jesteśmy nietzscheańskiego dziecka niż byliśmy na początku. Podkreślmy to wyraźnie: kiedy Nietzsche mówi o dziecku, o dziecięcej grze wyjętej spod władzy czasu, o chwili, która w czasie będąc czasem nie jest, nie zarysowuje jakiejś sentymentalnej wizji powrotu do utraconego raju dzieciństwa, nie zaprasza nas do wspólnego płaczu nad rozlanym mlekiem. Owszem, raj dzieciństwa jest za nami. Nie ma powrotu do tego świata. Ale chociaż królestwo dzieciństwa jest za nami, paradoksalnie jest także przed nami. Stoi przed nami jako zadanie, jako możliwość. 
Bo dziecko, choć naprawdę nie z tego świata, mieszka jeszcze w nas. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl