Przed Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej w Japonii i Korei

 

Próba charakteru

 

Ze ZBIGNIEWEM BOŃKIEM rozmawiają Piotr Mucharski i Michał Okoński

 

 

 

Tygodnik Powszechny: – Rozmawiamy na kilka godzin przed wylotem polskiej reprezentacji piłkarskiej na finały Mistrzostw Świata. Czy nie ma Pan wrażenia, że ta drużyna najlepsze ma już za sobą; że piłkarze są usatysfakcjonowani samym awansem?
Zbigniew Boniek: – Pamiętam z czasów, gdy grałem w Widzewie Łódź, kiedy po wyeliminowaniu w Pucharze UEFA Manchesteru City czekaliśmy na wiadomości z losowania kolejnego przeciwnika. Nie było faksów i komórek, więc po treningu zgromadziliśmy się wszyscy w gabinecie prezesa: siedziało tam ze dwudziestu chłopa... Wreszcie dzwoni telefon, odbiera go świętej pamięci Stefan Wroński i robi się biały jak ściana: ,,Panowie... Juventus Turyn...”. A my wszyscy jednym głosem: ,,Gdzie gramy pierwszy mecz?” On: ,,U siebie”. My: ,,No to mamy ich!”. Byliśmy jak głodne wilki – żadnego strachu, choć Włosi byli wtedy jedną z najlepszych drużyn w Europie. I wygraliśmy u siebie 3:1, a tam przegraliśmy 1:3 – turecki sędzia w ostatniej minucie nie uznał mi bramki, pokazał nam 10 żółtych kartek, słowem pomagał im, jak mógł, ale i tak odpadli po rzutach karnych. Gdybyśmy byli bardziej pozbierani, zdobylibyśmy wtedy puchar, ale po ograniu Juventusu coś w nas puściło. Podobnie stało się z reprezentacją Polski po meczach z Belgią i ZSRR na mistrzostwach świata w 1982: przed półfinałem z Włochami czuliśmy się już nasyceni. A przy innym nastawieniu mogliśmy walczyć o finał...
Tu kryje się odpowiedź na wasze pytanie: Polacy rzadko walczą o najwyższe stawki, a kiedy już osiągną sukces, np. awans do mistrzostw świata po 16 latach przerwy, to zamiast traktować tę sytuację jako trampolinę do następnego skoku, zachowują się, jakby już byli u celu. Po wywalczeniu awansu odbywa się feta, piłkarze i trenerzy dostają nagrody, niektórym stawiają pomniki... W marcu, po meczu towarzyskim z Japonią, kiedy reprezentacja zagrała bardzo słabo i kibice ją wygwizdali, piłkarze byli oburzeni. Tłumaczyłem im: panowie, awans wywalczyliście w listopadzie. Zawodnik jest tyle wart, ile jego ostatni mecz.
A tymczasem kadrowicze uznali, że jadą na Mundial w nagrodę za zasługi w eliminacjach. Tyle wynika z awantury wokół nie powołania do kadry Tomasza Iwana...
– Na pewno był taki moment. Ale kilka decyzji personalnych i rozmów to zmieniło. I im bliżej pierwszego meczu Polaków z Koreą, tym mniej będą mysleć o zasługach. Tam wszyscy będą przeciwko nim – cała Korea – i to ich ,,zepnie”, jak wtedy spięło Widzew. Mimo wszystko Polacy lubią startować ze straconych pozycji.
Chyba nie wszyscy. Widzieliśmy parę razy polskie drużyny w konfrontacji z wielkim rywalem. Piłkarze ŁKS-u, którzy pojechali grać z Manchesterem United, sprawiali wrażenie ludzi, których interesuje tylko zrobienie sobie pamiątkowych zdjęć na wspaniałym stadionie. Walki nie podjęła też Wisła Kraków w Barcelonie...
– Panowie, stop! Piłkarze nie mogą leczyć kompleksów całego społeczeństwa. Dlaczego Wisła ma wygrywać z Barceloną, skoro w Hiszpanii wszędzie są autostrady, a w Polsce ,,drogi śmierci”? Skoro nie ma dróg, nie ma infrastruktury, to skąd mają się wziąć kluby, które będą rywalizować z najlepszymi w Europie? Akurat w sporcie czasem się zdarza, że potrafimy skrócić dystans, który w innych dziedzinach życia dzieli nas od najlepszych – weźmy Małysza – ale to nie może być regułą. W Polsce np. nie ma ani jednego stadionu spełniającego europejskie standardy. W czterdziestomilionowym kraju!
Inna sprawa, że gdyby Wisła grała z Barceloną złożoną z samych Hiszpanów, to nie jestem pewien, jaki byłby wynik. Gdybyśmy byli bogatym społeczeństwem, mieli sponsorów i sprowadzili do Wisły paru dobrych piłkarzy: Nestę, Tottiego, Szewczenkę i Kluiverta, to czy taka drużyna grałaby w Lidze Mistrzów? Pewnie, że by grała.
Dzieli nas od tego pewnie wiele lat. Wcześniej nasze ,,gwiazdy” wyemigrują do drugoligowych zespołów niemieckich.
– Każdy klub z liczącej się w Europie ligi jest lepszy od polskiego. Lepszy stadion, lepsza murawa, biura i szatnie, kibice, którzy niekoniecznie chcą się wzajemnie pozabijać, a do tego większe pieniądze: wszystko to tworzy lepszą strukturę.
Widzi Pan w polskiej piłce w polskiej piłce przykłady rozsądnych inwestycji?
– Jest kilka klubów, które mierzą siły na zamiary: Groclin Grodzisk Wielkopolski, Amica Wronki, Wisła Kraków, Zagłębie Lubin, może Legia Warszawa, choć wobec niej oczekiwania zawsze są zbyt duże... Taki klub mógłby istnieć w każdym dużym mieście, bo wbrew pozorom piłka nożna wcale tak dużo nie kosztuje. Dzisiaj, żeby utrzymać klub, wystarczy budżet wysokości ok. 15 milionów zł. Znaleźć w kilkusettysięcznym mieście 15 milionów, z czego dzięki sponsorom – np. pieniądzom z telewizji Canal Plus za prawa do transmisji meczów – jakieś 40 proc. dostaje się na wejściu, to wcale nie jest wielka filozofia.
Za czasów Pana kariery piłkarskiej Polska nie była bogatszym krajem, a jednak piłkarze byli lepsi. Spróbujmy stworzyć portret współczesnego polskiego piłkarza: kiepsko wyszkolony technicznie, słaby psychicznie, a w dodatku słaby fizycznie, bo traci oddech już po godzinie biegania...
– To jest najdziwniejsze. Bo przecież, jeżeli on jest przeciętny, to powinien czymś nadrabiać braki piłkarskie, a najłatwiej to zrobić przygotowaniem fizycznym. Ja też się denerwuję, kiedy przez pierwsze trzy kolejki ligi słyszę, że piłkarzom jeszcze brakuje świeżości po treningach kondycyjnych, a przez następne, że już są zmęczeni sezonem.
Jest Pan wiceprezesem PZPN-u, więc pewnie musi Pan to jakoś tłumaczyć...
– Przez rok Polonią Warszawa zajmował się czeski trener Werner Liczka. Miał sto tysięcy problemów, w klubie ciągle brakowało pieniędzy, sprzedawano zawodników, ale on szedł swoją drogą i osiągnął bardzo dobre miejsce na koniec sezonu. Nie słyszałem, żeby się bawił w menadżera albo pytał, kto sędziuje mecz jego drużyny. Interesowały go wyłącznie kwestie sportowe. A większość naszych trenerów zajmuje się wszystkim, tylko nie futbolem. Gdybyście chcieli wysłać ich na szkolenie, wyśmieją was, bo uważają, że wszystko potrafią.
Kluby to niezależne podmioty gospodarcze. Mają prezesów, zarządy, rady nadzorcze, budżety, trenerów. PZPN tylko wyznacza im ogólne ramy, w obrębie których mają działać. Ale kluby mają ciągłe pretensje – do wszystkich, tylko nie do siebie. A właśnie tam jest pogrzebany polski futbol. Kiedy słyszę te wszystkie fanaberie, kłamstwa, obserwuję całą hipokryzję, robi mi się niedobrze.
Kolejna porcja frustracji wylała się ostatnio w związku z proponowaną przez PZPN reformą rozgrywek. Chodzi o zmniejszenie liczby drużyn, które będą grały w I lidze z 16 do 12. Wiecie, na czym polegały reformy w polskim piłkarstwie w ostatnich dekadach? Chodziło o to, żeby wszystkich zadowolić, bo im więcej zadowolonych z gry w rozdętej lidze, tym większa szansa, że zadowoleni działacze wybiorą pana prezesa na kolejną kadencję. My zaczniemy powiększać ligę dopiero wtedy, kiedy okaże się, że wszędzie jest sztuczne oświetlenie, równe boisko, krzesełka dla widzów... 
Nie boi się Pan, że zostaniecie z tego powodu odwołani?
– Przez kogo? Przez sześciu prezesów-bankrutów, którzy zawsze żyli za państwowe pieniądze, a jedyne, co mogliby napisać w CV, to że umieją sprowadzić zawodnika z trzeciej ligi do pierwszej i go zmarnować? Jeżeli tacy ludzie chcą nas wyrzucić, to proszę bardzo.
Czym zatem różni się sama reprezentacja od reszty naszej chorej piłki? Ciągle słyszymy, że udało się zbudować świetną atmosferę w zespole...
– Atmosfera nie ma tu nic do rzeczy. Czy wygramy dzięki niej mistrzostwa? Ja w to nie wierzę. Wynik osiąga się dzięki umiejętnościom piłkarzy i trenerów, a kiedy przychodzą sukcesy, jest i dobra atmosfera. Czy do ,,Tygodnika Powszechnego” przychodzi ktoś i pyta, jaka jest atmosfera wśród pracowników? Mają razem pracować i za to się ich rozlicza. Jeśli kolega strzeli bramkę, to podbiegnę do niego i pogratuluję, a po meczu się wykąpiemy i odjedziemy – każdy do swoich spraw. Tak to wygląda najczęściej w wielkich drużynach.
Współczesna piłka to domena zawodowców. Oprócz tego, że realizuje się dzięki niej młodzieńcze sny – bo przecież przez całą karierę miałem wrażenie, jakbym wchodził w moje dziecięce sny – jest to praca jak inne.
Czy nie uciekamy jednak od pytania: dlaczego Polska produkuje dziś drugorzędny towar piłkarski?
– Nie chciałbym zachowywać się jak inni byli piłkarze, którzy mówią, że obecna reprezentacja jest gorsza niż ta, w której sami grali. Jacek Bąk wcale nie jest gorszy od Gorgonia. Wałdoch i Hajto, którzy właśnie zdobyli Puchar Niemiec, są naprawdę dobrymi obrońcami. Jurek Dudek jest wicemistrzem Anglii, gra w jednym z największych klubów świata. O Jacka Krzynówka bije się pół Bundesligi, bo lewoskrzydłowy, który tyle biega i ma takie uderzenie, jest dziś tam rzadkością.
Odwróćmy pytanie: który z polskich dziennikarzy jest gwiazdą, a jego teksty są wydarzeniem w świecie? Powiecie: Kapuściński – zgoda, ale kto jeszcze? Przecież nie Urban! To, że rodzi się gwiazda, jest spowodowane wieloma czynnikami: ważny jest nie tylko talent, ale także warunki, w których przychodzi mu się rozwijać. A u nas jeszcze zanim piłkarz zacznie dobrze grać, już się nim handluje. I jeszcze jedno: piłkarza ,,od szyi w dół” każdy potrafi zrobić. O tym, czy odniesie sukces, decyduje jednak to, co ma w głowie.
Jeżeli młody chłopak trafia do klubu o zdrowej strukturze, ma kompetentnego prezesa, dobrego trenera, wie, że musi ciężko pracować, żeby wejść do zespołu, a jeszcze do tego wszystkiego ma talent – wtedy możemy powiedzieć, że rodzi się gwiazda. Ale jeżeli ten sam chłopak wchodzi do szatni i słyszy pytania: ,,Kto nas dziś sędziuje?” ,,Komu trzeba posmarować?” ,,Gdzie idziemy po meczu na piwo?”, a do tego nie sznuje trenera, bo grają nie ci najlepsi, tylko ci, którzy z trenerem lepiej żyją – to zaczyna się problem. Łatwo jest złamać charakter...
Przechodził Pan takie próby charakteru?
– Pamiętam mecz Widzewa z Arką Gdynia, który moja drużyna i trener chcieli sprzedać. Poinformowano o tym w szatni dwóch niewtajemniczonych: mnie i Włodka Smolarka. Trener chciał mnie wystawić na środku pomocy, ale powiedziałem, że zagram jako obrońca i będę starał się zrobić wszystko, żeby tamci nie strzelili bramki. Graliśmy więc praktycznie we dwóch ze Smolarkiem, ale po 10 minutach podbiegł trzeci i mówi: ja też gram po to, żeby wygrać. Po kolei pękali następni i pod koniec już cała drużyna grała o zwycięstwo. Wygraliśmy 2:1.
Pamiętam też, jak kiedyś w Łodzi przyszedł do mnie działacz, mniejsza o nazwisko, i oferował mi 40 skórek z lisa, bo jego klub strasznie potrzebował punktu. Ale nie jestem wcale taki czysty. W jednym z sezonów bliski spadku z ligi był Ruch Chorzów. Widzew, w którym grałem, przegrał z nim 2:4 i cała Polska wiedziała, że ,,musiał przegrać”. Lecz mówiąc cynicznie: wiedziałem, że sprzedawanie meczów mnie nie wzbogaci, do niczego w ten sposób nie dojdę.
Przed kilkoma laty Glenn Hoddle stracił pracę trenera reprezentacji Anglii, bo przyznał się w jednym z wywiadów, że wierzy w reinkarnację i uważa, że niepełnosprawni pokutują za grzechy popełnione w poprzednim wcieleniu. Czy wyobraża sobie Pan taką reakcję w polskiej piłce?
– To nie jest problem polskiego sportu, tylko kraju. W Polsce można się totalnie skompromitować i dalej funkcjonować w najlepsze. Niedawno w jednym z programów sportowych analizowano kontrowersyjną sytuację: padła bramka zdobyta przez czarnoskórego piłkarza – nie wiadomo, czy ręką, czy głową. Sędzia, który to oceniał, stwierdził: ,,To trudna sprawa, bo on jest czarny. Gdyby był biały, to kontrast byłby lepszy”. Przecież wszędzie w świecie po takiej wypowiedzi facet straciłby możliwość występowania w telewizji!
Angielska federacja piłkarska zorganizowała wielką kampanię ,,Lets kick racism out of football” (wykopmy rasizm ze stadionów). Może coś takiego powinien zrobić PZPN?
– Może. Chociaż mam poczucie, że zrobiliśmy już dużo dla walki z rasizmem załatwiając obywatelstwo dla Emanuela Olisadebe. Obowiązują regulaminy, które mówią, że okrzyki rasistowskie podczas meczu są karane nawet zamknięciem stadionu. Ale nie oszukujmy się: stadion to nie jest kościół czy opera. Z piłką wiążą się emocje. Kibice nie patrzą obiektywnie na grę, kibicują swojej drużynie, a to, że sobie pokrzyczą, to jeszcze nic złego. W Polsce denerwuje mnie co innego. Kiedy Wisła gra z Barceloną i przegrywa, polscy kibice klaszczą Barcelonie i ustawiają się po autografy. Ale kiedy Wisła gra z Legią i przegrywa po sportowej walce, to jej kibice chcą zabić legionistów. W ostatnich latach było tak, że Wisła zdobyła tytuł po meczu w Warszawie, a Legia po meczu w Krakowie. I strach było patrzeć na to, co robili rozwścieczeni kibice.
Czy po meczu Roma–Lazio tak się nie dzieje?
– Nigdzie tak się nie dzieje! Kibice Lazio kłócą się z kibicami Romy przez cały mecz, nawet się wyzywają. Ale po meczu najwyżej mogą się przekomarzać w pracy albo podyskutować w barze. Tym się różnią od naszych, że się wzajemnie nie zabijają.
Dwa lata temu odbyły się Mistrzostwa Europy. Mieliśmy poczucie, że to przełomowa impreza dla wizerunku piłki nożnej. Po pierwsze okazało się, że drużyny narodowe wciąż są ważne, że to nie tylko superbogate kluby, w których gra legia cudzoziemska i paru rodzimych piłkarzy dla osłody kibiców. Po drugie, wygrał ,,futbol na tak”. Piękny, ofensywny, w którym pada dużo bramek. Czy zbliżający się mundial będzie podobny?
– Czy nie zdarza się wam na stadionie, kiedy pada bramka, podświadomie czekać na powtórkę? Opowiadał mi Michał [Listkiewicz, prezes PZPN – red.], który był w Glasgow na ostatnim finale Ligi Mistrzów, że kiedy Zidane strzelił bramkę, to nagle setka VIPów z loży honorowej popędziła do stojących za nimi telewizorów, żeby zobaczyć ją raz jeszcze.
Dzisiaj sportem rządzi telewizja, a telewizja chce widowiska. Możecie zobaczyć każde zagranie, każdy uśmiech czy grymas bólu piłkarza w dziesięciu różnych ujęciach, w zwolnionym tempie... Zmiany przepisów też mają na celu zdynamizowanie widowiska. Zmienił się typ piłkarzy: myśmy byli średniodystansowcami, oni są sprinterami, zbudowanymi tak, by sprostać nieustannej walce... Ja zresztą uważam, że jedenastu piłkarzy to w dzisiejszych czasach – kiedy każdy biega o wiele więcej niż my kiedyś – o jednego za dużo. Jak będzie się grało po dziesięciu, będzie więcej miejsca na boisku...
Czasy są na szczęście takie, że lepiej sprzedają się ci, którzy grają nie tylko skutecznie, ale i pięknie.

 

Ze Zbigniewem Bońkiem rozmawiali Piotr Mucharski i Michał Okoński

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 22 (2760), 2 czerwca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl