Kurs złotego: płynny czy sfiksowany

 

MICHAŁ ZIELIŃSKI

 

 

 

Dwa lata temu, 12 kwietnia 2000 r., wprowadzony został w Polsce płynny kurs walutowy. Oznaczało to logiczne zakończenie cyklu przemian, w których przećwiczyliśmy niemal wszystkie techniki kursowe. 

 

 

 

Techniki kursowe sprowadzają się do trzech: poza kursem płynnym jest kurs sztywny (z angielska zwany „fix”) i kurs regulowany, czyli w pewien sposób usztywniony (przez analogię i złośliwość nazwę go „sfiksowanym”). Ostatnio jednak wybuchła znagła fala krytyki kursu płynnego, który ma jakoby prowadzić do nadmiernego umocnienia złotego. 
Wedle krytyków trzeba wprowadzić dwojakie zmiany. Po pierwsze, doprowadzić do doraźnej dewaluacji złotego. Po drugie, stworzyć mechanizm zabezpieczający przed nadmiernym jego wzmacnianiem w przyszłości – a więc zastosować kurs regulowany (czytaj sfiksowany).


Głośni krytycy i milcząca reszta


Łatwo się domyślić, że krytykami silnego złotego są głównie eksporterzy. Ich interes jest ważny, ale pamiętać trzeba, że za granicę sprzedajemy tylko ok. 15 proc. naszej produkcji. Nawet więc jeśli doliczyć wszystkich kooperantów firm eksportujących, to drogie euro i dolar służą interesom co najwyżej 1/4 gospodarki.
Interes w krytyce mocnego złotego ma też rząd. Osłabienie kursu spowodowałoby zwiększenie eksportu i pewne pobudzenie gospodarki. Wprawdzie byłoby to ożywienie krótkotrwałe, ale przed wyborami dobre dla kury i takie ziarno. Jeszcze większe zyski ma jednak rząd z wygodnego alibi, jakie tutaj sobie tworzy. Od pewnego czasu panująca koalicja przedstawia się jako zapracowany zbawca Ojczyzny, który likwiduje Kasy Chorych, nacjonalizuje stocznie, podnosi podatki... i już, już w Polsce byłoby niemal tak dobrze jak za Gierka, gdyby nie niedobra Rada Polityki Pieniężnej, która nie chce obniżać stóp procentowych i osłabiać złotego.
Zauważmy jednak drugą stronę: otóż na osłabieniu złotego wiele osób dużo by straciło. Przede wszystkim ci, którzy zaciągnęli kredyty denominowane w dewizach (dla wielu oznaczałoby to nawet bankructwo). Straciliby też wszyscy konsumenci, korzystający z dobrodziejstw tanich cytrusów, artykułów kolonialnych czy tanich wczasów zagranicznych. Straciliby także importerzy materiałów. A w dłuższym okresie straciliby wszyscy. Dewaluacja bowiem pociąga za sobą wzrost cen i zmniejszenie presji konkurencyjnej na rynku. 
Skoro tych, co tracą, jest więcej, to dlaczego milczą? Dlaczego w mediach słychać tylko miłośników słabej złotówki? Nie wiem. Podejrzewam, że swoje robi tu polska wiara w cuda. Polak wierzy bowiem, że jeśli się dobrze natężyć, to przy natężeniu chceń wzmożonych można zrobić tak, że eksporterzy będą sprzedawali euro po 5 zł, a importerzy kupować go będą po 2 zł.


Prawdziwa wartość złotego


Tak naprawdę wartość zewnętrzną pieniądza określa jego Parytet Siły Nabywczej (PSN). Współczynnik ten informuje, ile trzeba wydać euro na zachodzie Europy (dolarów w Stanach itd.), aby kupić taki sam koszyk towarów, jaki w Polsce kosztuje 1 zł. Zauważyć tu trzeba, że przy relacjach kursowych rzędu 1 zł równa się 27 eurocentów i 24 centy amerykańskie, PSN jest znacznie wyższy (ca 40 eurocentów i 45 centów USA – dowód empiryczny bez obliczeń jest prosty: wystarczy stanąć na Moście Pokoju i patrzeć, w którą stronę więcej osób jeździ na zakupy).
Z porównania kursu i parytetu wynika zatem jasno, że złoty nie jest za mocny, lecz za słaby. To, że kurs waluty kraju słabo rozwiniętego jest podwartościowy nie jest niczym dziwnym. Przy kursie równym parytetowi, krajom takim (ze względu na niższą jakość i problemy z wylansowaniem swych produktów na obcych rynkach) trudno byłoby cokolwiek eksportować.
Ale o tym wiedzieliśmy od dawna. Dlatego wprowadzając wymienialność pieniądza ustalono bezpieczny, mocno niedowartościowany (mniej więcej trzy razy względem parytetu) kurs. Od początku jednak przyjęto, ż kurs ten będzie się stopniowo wzmacniał i zbliżał do parytetu (najpierw w następstwie utrzymywania stałego kursu przy wysokiej inflacji, a później przez przyjęcie mechanizmu dewaluacji w tempie wolniejszym niż inflacja). Zabieg ten był konieczny z dwóch względów. Powodem pierwszym była konieczność wymuszenia – groźbą konkurencji – większej wydajności, niższych kosztów i lepszej jakości produktów. W kraju, który ma wydajność pracy kilkakrotnie niższą niż w krajach Unii, było to absolutnie konieczne. I, dodajmy, miłe dla konsumenta. Bo bez wspomnianej aprecjacji dalej jeździlibyśmy maluchami z odpadającymi kołami, pili mleko o smaku wytłoczyn buraczanych i myli ręce mydłem „For You”. 
Jeszcze ważniejszy jest powód drugi. Chcemy do Unii. Chcemy do euro. Ale wejście w jednolitą europejską walutę musi sprawić, że niemal wszystkie towary kosztować będą w Pułtusku tyle samo, co w Paryżu. Innymi słowy zniknie renta z różnicy miedzy parytetem i kursem. Aby to nastąpiło, kurs złotego musi się wzmacniać albo towary w Polsce muszą podrożeć (zapewne nastąpi i jedno, i drugie). Dlatego – i na to także warto zwrócić uwagę – ci, którzy namawiają do dewaluacji, namawiają także do większego wzrostu cen w kraju. Nie wiem, czy to taki wielki powód do radości.
Czy to już?
Czy występujące od pół roku umacnianie złotego ma związek z postępem w negocjacjach z Unią? Część analityków tak uważa, a nawet ci, którzy w to powątpiewają, też mają świadomość, że taka aprecjacyjna presja będzie się nasilać. I to jest jedna z przyczyn, która każe powątpiewać w trwałą skuteczność interwencji na rynku walutowym. 
Jeszcze większe wątpliwości w tej kwestii wynikają z faktu, że wśród różnych kanałów, jakimi wpływa do Polski kapitał zagraniczny, jeden jest nadzwyczaj szeroki i nic nie wskazuje, aby prędko się zwęził. Jest nim zakup przez obcych inwestorów papierów skarbowych związanych z finansowaniem deficytu budżetowego. Tylko przez pierwsze cztery miesiące b.r. wyemitowano obligacje i bony skarbowe o wartości 19 mld zł. Olbrzymia to kwota, ale taka być musi przy 40-miliardowym deficycie budżetowym. A zatem jak długo deficyt będzie tak duży, kapitał finansowy będzie do nas wpływał. I obniżki stóp procentowych go nie zniechęcą. Stopy te przecież nie mogą spaść do zera (czyli zawsze będą rentowne), a o ich atrakcyjności decyduje pewność realizowanego zysku.


Interwencja i jej koszty


Stały napływ kapitału zagranicznego finansującego wydatki budżetu każe wątpić w skuteczność interwencyjnych działań banku centralnego. Tu wyjaśnić trzeba, że NBP ma tylko jeden instrument takiej interwencji: może drogo kupować waluty na rynku i w ten sposób podbijać kurs. Jak łatwo zauważyć, wiąże się to z dużymi kosztami (świadomie kupujemy drożej coś, co można by kupić taniej, a co – właściwie – wcale nie jest nam potrzebne). Oznacza także dodatkową emisję pieniądza krajowego wypłacanego za owe waluty. Tworzy zatem albo dodatkowy impuls inflacyjny, albo (i) wymaga zmniejszania obiegu pieniężnego przez wysokie stopy procentowe czy tzw. operacje otwartego rynku.
Owe interwencje mogą wreszcie spowodować skutek odwrotny do zamierzonego, czyli dodatkowe powiększenie napływu walut, kreujące presję na wzmocnienie złotego. To niebezpieczeństwo jest szczególnie silne, gdy obowiązek interwencji jest z góry wyznaczony poprzez ustalenie dopuszczalnego pasma (korytarza) wahań. Inwestorzy zagraniczni mogą bowiem wtedy świadomie wypchnąć kurs rynkowy poza owe pasmo, po to, by kolejne transze walut wymieniać coraz drożej. 
Oczywiście: jest sposób na neutralizację takiego ryzyka – można wyznaczyć ów korytarz dość szeroko. Na przykład na poziomie plus minus 15 proc. od pewnej wielkości wzorcowej. Wtedy jednak objawia nam się rzecz dość śmieszna. Otóż gdy 11 kwietnia 2000 roku porzucaliśmy korytarz, przechodząc do kursu płynnego, euro kosztowało równe 4 zł. Wielkości graniczne pasma trzeba by zatem ustalić na poziomie 3,4 – 4,6 zł. Minęło 760 dni, odbyło się 630 fixingów i kurs ani razu z owego korytarza nie wypadł. A więc nie wymagałby gwałtownych interwencji. Zwłaszcza, że nawet, gdyby interweniowano, to i tak eksporterzy nie sprzedawaliby euro po 5 zł, a importerzy nie kupowali go za 2 złote. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl