Rozmowa z Czesławem Miłoszem

 

„Przypominając postacie i pisma z lamusa”

MARTA WYKA

 

 

„Przypominając postacie i pisma z lamusa” – tak brzmi pierwszy człon ostatniego zdania eseju Czesława Miłosza „Warszawa środkiem ustali się świata” („TP” nr 13/2002). Zdanie zaś kończy się tak: „...mam jednak nadzieję pobudzić kogoś do dyskusji”.


 

 

1. Esej – przypominam – dotyczy Towiańskiego, Brzozowskiego, Jana Pawła II oraz tak zwanej przepowiedni Wernyhory. Upraszczam oczywiście, bo najważniejsza jest tutaj konstrukcja myślowa, jaką Miłosz zbudował, przedziwna i zaskakująca, a pozwalająca wytyczyć linię duchowej łączności pomiędzy wymienionymi nazwiskami, tak pozornie odległymi. Miłosza zdaje się niepokoić szczególnie poniechanie – przez współczesne młode pokolenie – dziedzictwa romantycznej myśli i tego wszystkiego, co z owego dziedzictwa wynika: to znaczy wiary w polskie posłannictwo narodowe, przede wszystkim zaś w sens historii.
Miłosz wraca tym tekstem do własnego duchowego oraz intelektualnego rodowodu, kolejny raz powiadając, iż historia i cywilizacja mają sens, choć często tragiczny (jak w polskim przypadku), lecz niestety sens ów broni się książkami o charakterze bądź ezoterycznym, bądź religijnym, bądź tak trudnym, iż zniechęcają do lektury (Brzozowski); ten ostatni nie jest i zapewne nie będzie czytany, chyba że jakieś nieprzewidziane fluidy spowodują, iż odbuduje się atmosfera intelektualna sprzyjająca zmaganiom, i to bynajmniej nie tylko polonistycznym, z dziełem tak wieloznacznym, że po prostu budzącym sprzeciw, bo wymagającym, jak powiedziano, zbyt dużego wysiłku.
Miłosz chce nam również wytłumaczyć, iż filozoficzny rodowód polskiej inteligencji ustalił się w XIX wieku, zaś literatura jego młodości, czyli międzywojnia, zawdzięcza tamtym lekturom o wiele więcej niż dotąd uważano. Brzozowski – po raz kolejny – pełni rolę Wielkiego Pośrednika pomiędzy stuleciami, teraz już trzema: XIX, XX i – dwudziestym pierwszym. Dziwnie to trochę wygląda? Chyba tak, ale spróbuję wokół tej sprawy pokrążyć.

2. Co to jest, w potocznym rozumieniu, „lamus”? Jakiś skład starych, nieużywanych przedmiotów, ale jeszcze nie śmietnik, lamus bowiem posiada wciąż dach, słowem, jest przykryty. Ma też ściany, może byle jakie, ale jednak ściany, więc przedmioty w nim się znajdujące są poniekąd chronione. Zawartość lamusa uzupełniamy sami, osobiście, wrzucając doń niepotrzebne w danej chwili rzeczy. Może się jeszcze kiedyś przydadzą?
Niemiecki lehmhaus oznaczał dom z gliny. W polskiej transkrypcji przeistoczył się w rupieciarnię: idei, twórców, szkół myślenia i technik artystycznych. Metafora to poręczna, ale i podstępna. Miłosz używa jej bez podejrzeń, iż pojęcie lamusa idei i postaci może być aż tak głęboko wartościujące. Optymistycznie sądzi, że z lamusa wraca się na salony. Otóż nie. Aby tam bowiem powrócić, potrzeba, jak się okazuje, gruntownej renowacji.
Czytam, na przykład, miażdżącą recenzję młodego pióra na temat przedstawienia telewizyjnego Andrzeja Wajdy opartego na „Nocy czerwcowej” Iwaszkiewicza, gdzie „mity z lamusa” (to znaczy historia powstania styczniowego widziana poprzez opowieść o niemożliwej miłości Polki i Rosjanina), wyrzucone tam energiczną dłonią walącą w komputer, są potraktowane tak pogardliwie, że trzeba się nad tym chwilę zastanowić. Wajda okazuje się dinozaurem, który powinien przestać kręcić filmy, bo nie potrafi już posługiwać się językiem nowoczesnego kina. Problematyka zaś, która go zaprząta, tak silnie jest „lamusowata”, że trzeba jej po prostu poniechać. 
Nie wchodzę w zasadność tych ocen, nie bronię Wajdy ani Iwaszkiewicza. Jedno natomiast wydaje się pewne: polska historia w niektórych jej wymiarach – klęski narodowej, losu jednostki wobec klęski, rozpadu murszejących, być może, ale w rekonstrukcji idei polskości ważnych form, nikogo nie obchodzi. Nieudolny artysta, byle jaki pisarz. Nie chcemy o tym wszystkim więcej słuchać ani tego oglądać.
Tymczasem Miłosz, jakby nieświadom istnienia tego typu zacietrzewienia, zastanawia się nad tym, o zgrozo, dlaczego nie czyta się Brzozowskiego!
Ale sam kiedyś przyznawał (w „Rodzinnej Europie”), iż dla jego pokolenia, pierwszego pokolenia wychowanego w niepodległości, dawne historie o zsyłkach i patriotycznych zapasach były niesłychanie nudne. Chciałoby się jednakowoż powiedzieć: do pewnego wieku, do pewnego progu dojrzałości.
Epoki transformacji i generalnej wymiany języka nie sprzyjają, jak się wydaje, historiozoficznej zadumie. Zmierzają ku innym celom, zaś pragmatyka teraźniejszości wyklucza kontemplowanie przeszłości. Dość zatem etosów i dość historii. Trudno też postawić „metafizyczną pauzę”, którą sam Miłosz niegdyś się posługiwał, gdy nie akceptował (na chwilę tylko) rozpadu pewnej całości. Potem polubił kawałki – zaczął podziwiać i tworzyć haiku, tłumaczyć je, doświadczenie momentalnego olśnienia stało mu się bliskie.
Ale dawniej Miłosz podkreślał, iż to właśnie historia jest największym metafizycznym (tak właśnie) wyzwaniem współczesności, czyli XX wieku. Nic więc dziwnego w tym, iż raz po raz powraca do różnych poniechanych etapów historycznej polskości, poszukując dla siebie partnerów w myśli bądź dziwnej, bądź mało znanej, akceptując, na przykład, nawiedzenia Towiańskiego jako bliskie współczesnym koncepcjom polskiej religijności.
„Polska historyczność”, której projekt chciał nakreślić Brzozowski, wciąż powraca pod piórem Miłosza; pisze bowiem esej następny, „O autonomii polskiej literatury” („TP” nr 18), poszerzający zakres pytań stawianych współczesnemu Polakowi poprzez medium „pism z lamusa”. Myśl samego Miłosza – co dzisiaj widać wyraźnie – przeszła ciekawą ewolucję od czasu napisania eseju o Brzozowskim. Muszę tutaj odwołać się do własnego omówienia „Człowieka wśród skorpionów” (przeczytanego na nowo) gdzie napisałam tak: „Miłosz mówi zatem o Brzozowskim, którego po części sam dla siebie wymyślił wtedy, gdy namiętności umysłowe wyhodowane na gruncie ideologii bardzo go pociągały. Był w nie uwikłany, to oczywiste. Dziś wolno sądzić, iż namiętności owe stały się dla Miłosza wspomnieniem z przeszłości, na pewno ważnym, ale równie nostalgicznym, jak rodzinne brzegi Niewiaży. Są częścią jego biografii, ale spogląda na nie z bezpiecznej odległości”.
Otóż nie, taka sugestia okazuje się, w perspektywie lektury dwóch nowych tekstów, nietrafna. Brzozowski wrócił do Miłosza – ale w innych wymiarach. Myślowa migotliwość Brzozowskiego zawsze uwodziła wiernych czytelników i adeptów. Mogli w jego pisarstwie znaleźć prawie wszystko, czego w danym momencie potrzebowali. Czesław Miłosz potrzebuje teraz „przesilenia romantycznego” i historyczności.
Zmienił się kontekst jego myślenia o polskich sprawach: znalazły się one w europejskiej orbicie i problemem newralgicznym okazuje się pytanie o polską tożsamość. Jakże pięknie i stanowczo odpowiedział na nie Brzozowski, w „Legendzie Młodej Polski:
„Historia wytworzyła nas: – marzyć o uniezależnieniu się od historii jest to marzyć o samounicestwieniu, o rozpłynięciu się w eterze feerii i baśni. Jest naszą istotą właśnie to, że jesteśmy Europejczykami, żyjącymi w tym, a nie innym momencie. Nasze ja – to nie jest coś stojącego na zewnątrz historii, lecz ona sama; nie ma możności wyzwolenia się od niej, gdyż nie ma w nas włókna, które by do niej nie należało...”
Można przypuszczać, iż Czesław Miłosz akceptuje ten sąd. Bowiem w jego własnej myśli Brzozowski dialektyczny (ten z „Człowieka wśród skorpionów”, a także duchowy mistrz radykałów) ustąpił miejsca Brzozowskiemu uwodzonemu wciąż przez romantyzm; i pisarzowi, który nie wątpił, iż takie posiadając dziedzictwo Polak to Europejczyk i mieszkaniec własnej historii jednocześnie. Choćby ona była do dziejów innych narodów skrajnie niepodobna. To samo literatury dotyczy. To właśnie swoistość (autonomiczność – jak chce Czesław Miłosz) zapewni jej miejsce pośród innych literatur europejskich.
Okazuje się, iż romantyczny paradygmat zmartwychwstaje pod piórem Miłosza: jest on już inny nieco niż paradygmat Marii Janion, ale wciąż jest. Mrożkowski bohater, czyli żałosny bojownik polskiej sprawy (za ojczyznę, panie, wybili), nie tylko ma śmieszyć męczeństwem swoim, lecz, jak chce Miłosz, reprezentować polskie (egzystencjalne w gruncie rzeczy próby) zachowań w „sytuacjach rozpaczliwych”.
I to on – pośród innych groteskowych postaci, czy to wymyślonych, czy wpisanych w krytyczny dyskurs – posiada klucz do labiryntu polskiej literatury.

3. Mam inny jeszcze pomysł – nie nazbyt zresztą odkrywczy – na odpowiedź dla Czesława Miłosza. Na odpowiedź na jego zdziwione pytanie: dlaczego książka o Brzozowskim nikogo nie pobudziła dziś do dyskusji?
Już w latach 50., korespondując z Thomasem Mertonem, Miłosz polecał mu Brzozowskiego (którego oczywiście Merton przeczytać nie mógł...) jako myśliciela rozumiejącego związek pomiędzy autobiografią, czyli losem osobistym, i historią, jako związek i doświadczenie o charakterze metafizycznym. Bo przecież przyjaźń Miłosza z Mertonem żywiła się metafizycznym właśnie pokarmem, choć zaczęła ją wymiana zdań na temat „Zniewolonego umysłu”.
Więc tak naprawdę o umysł chodzi i o filozofię. Miłosz oświadcza, iż potrafi dziś udowodnić, że inteligencja polska i jej literatura były znacznie mniej prowincjonalne przed rokiem 1914 niż po tej dacie. Wielokrotnie pisał zresztą o tym, że neotomizm – czyli filozofia jego młodości – to „mała filozofia”. Chętniej czytał Williama Jamesa i jego „Doświadczenie religijne” (i do dziś go czyta...) niż Maritaina, choć go tłumaczył... Tak więc lektury filozoficzne, poniechane najpierw przez młodzież powojenną (po I wojnie, rzecz jasna), zaczęły odzyskiwać swoje niegdysiejsze znaczenie, gdy młodzież poczęła dojrzewać i nabierać nie tylko ciała, ale i umysłu...
Ale filozoficzna powaga niezbyt dobrze godziła się ze zmienionym przecież statusem międzywojennej inteligencji. Chciałabym przypomnieć tutaj Jerzego Stempowskiego i jego „Małą Apokalipsę dla inteligencji warszawskiej”. Napisana w roku 1931, czytana dzisiaj, ukazuje, iż niebezpieczeństwa umysłowego hedonizmu, zagrażające polskiej inteligencji, przeczuł Stempowski wyjątkowo trafnie. Na przykład: „Historia ostatniego dziesięciolecia zrobiona jest z czynów żołnierzy w długich butach, urzędników i pseudoinżynierów. Dla nich jest historia. W Polsce niepodległej inteligencja kontentuje się rolą klientów Kasy Chorych narzekających z cicha podczas czekania w zatłoczonych korytarzach. To jej wystarcza (...) Inteligencja patrzy niema na upadek tego, co zrobiło wielkimi i dało posłuch jej przodkom (...) Przebierzmy się w zielone fraki, radzą jedni. Starajmy się mówić same kalambury dla kontenansu, radzą drudzy. Nie zwracajmy na nic uwagi, tylko szlifujmy sonety, opiniują trzeci. Chodźmy po pieniądze, mówią czwarci. (...) Wszystko to jednak są kiepskie rady: literatura oderwana od wielkich spraw narodu i ludzkości, od wielkich mitów, nie ma żadnego znaczenia. Może służyć co najwyżej do zabawy, do skrócenia cennego czasu pana hrabiego w przedziale pierwszej klasy. Ludzie zajęci sprawami intelektu nie będą mieli czasu do niej zaglądać”.
Wiem, że zmieniły się realia historyczne, zaś esej ten powstał przed 70 laty. Ale czy naprawdę da się unieważnić jego zasadniczą tezę, taką mianowicie, iż problematyka umysłu wymaga zarówno powagi, jak odwagi zaakceptowania pewnych mitów, którymi umysł ten się wyżywił? O tym pisze Miłosz, w nadziei, iż ktoś jednak jego lamus odwiedzi.
Ale bardzo wiele wskazuje na to, iż tak się nie stanie. Maria Janion mówi na przykład o Europie „razem z naszymi umarłymi”. Coś bardzo podobnego, jak Miłosz, ma zapewne na myśli.
Młodzież wybierze kalambury, bo są łatwiej strawne, niż zawiłe i przestarzałe zapisy Polaków przeszłości, czy to będą zapisy przygód miłosnych czy przygód umysłowych.
Biedny, nie czytany Brzozowski, całe życie marzył o napisaniu historii polskiego umysłu (nie tylko ducha...) Nie napisał jej, choć taki projekt istnieje w jego różnych książkach. Ale, jak sugeruje Andrzej Mencwel w książeczce „Jak czytać »Legendę Młodej Polski«” (będącej komentarzem do nowego wydania „Legendy” w wersjach I i II, które, notabene, też nikogo specjalnie nie poruszyło, a jest fascynujące, bo pokazuje pracę pisarza z językiem, czyli drogę dochodzenia do ekspresji doskonałej) „wrażliwość Brzozowskiego, jego wyobraźnia, a także jego myśl zmagają się trwale z tajemnicą ludzkiej podmiotowości...”
Może ten właśnie Brzozowski („podmiotowy”) – bo do niego wracam okrężną drogą – ma szansę na ponowną lekturę? „Czy słowo niemądre ściąga myśl na dół?” – zapytuje Miłosz w eseju o książce Marii Podrazy-Kwiatkowskiej („Wolność i transcendencja”) mając na myśli młodopolski styl i język filozofowania. Ale czy ono faktycznie było „niemądre”, to młodopolskie słowo filozoficzne? Myślę, że napisanie „od nowa” tekstów Berenta (którego wymienia Miłosz) naruszyłoby całą jego wybitność: to znaczy jego kunsztowny, językowy ekspresywizm. A że czyta się to z trudem – to kwestia jeszcze inna, zależna poniekąd od miejsca czytającego, zarówno w czasie, jak w myślowej przestrzeni.
I tak oto sama znalazłam się w lamusie myśli i problemów przestarzałych, hermetycznych i nudnawych – jeśli oczywiście stosować do problemów miarę (i miarkę...) doraźnej aktualności.


4.Czesław Miłosz chciał tchnąć nowego ducha w polski umysł współczesny, inteligencki umysł, który to duch mówiłby językiem innej epoki. Jednocześnie sam Miłosz do tego języka nie ma zaufania. Zawiązuje więc węzeł szczególnie trudny do rozwiązania.
Jakby sam sobie zaprzecza, raz sięgając po teksty o rysach ezoterycznych, w innym znów miejscu zżymając się na językowe wzniosłości epoki, z której, jak sam powiada, wywodzi się intelektualizm i filozoficzność jego pokolenia.
Czy rację miał Stempowski, widząc w inteligencji pokornych klientów kasy chorych? Było w tym zdaniu coś proroczego.
Cierpienia i choroby umysłu, równie dotkliwe jak choroby ciała, leczyć jest niełatwo. Nie wydaje się, iżby w naszych czasach jakakolwiek terapia odwołująca się do lamusa przeszłości dała pozytywne skutki.
Umysł mógłby jednakowoż leczyć się sam. Czytając Brzozowskiego, Towiańskiego i przepowiednię Wernyhory? Nie mam zaufania do przepowiedni, co znaczy, iż niezbyt mnie pociąga emocjonalna aura, skądinąd najbardziej w nich fascynująca.
Miłosz powiada tak: „Chodzi mi jedynie o właściwe proporcje i sens hierarchii w myśli, w literaturze i sztuce. Jeżeli prorokiem dzisiejszego wyzwalania Polaka z polskości jest Witold Gombrowicz, to zaszło tutaj znane zjawisko degradacji idei dzielnych i twórczych do płaskiego poziomu natrząsania się z samych siebie. Czyżby integracja europejska miała oznaczać wyrzeczenie się przeszłości kraju mówiącego po polsku? (...) Albo inaczej – czy literatura nie popełnia błędu całkowicie odżegnując się od owego fluidu czy prądu, który popychał do zrywów wyzwoleńczych w ciągu XX wieku, niezbyt zrozumiałych dla Europy Zachodniej, chętnie aprobującej ów Wschód, który jest w sam raz dla barbarzyńców?”
Otóż problem zdaje się leżeć w tym, iż myśl, owa myśl poważna, która tak zaprząta i niepokoi Czesława Miłosza, nie jest już hierarchiczna; mało w niej proporcji ważności jednych spraw nad drugimi i prawie nie istnieją w niej imponderabilia. Dla Kazimierza Wyki, na przykład, którego Miłosz przywołuje jako duchowego wspólnika, pojęcie to było niesłychanie ważne. I zapewne dla całego pokolenia.
Zmysł imponderabiliów, będący darem poniekąd podskórnym oraz intuicyjnym, ale zakorzenionym jednak w rodzaju wykształcenia, wychowania i w poczuciu związku z tradycją, dzisiaj również zaniknął. Bo z jaką tradycją najbliższą mają się identyfikować młodzi inteligenci? Nie z PRL-em przecież, bliskim w czasie, lecz pustym duchowo i kulturowo. Nie z romantyzmem, jak się okazuje, bo nie sposób przeskoczyć różnych mutacji jego języka. Nie z Brzozowskim wreszcie, czasem tak nieznośnie patetycznym, że nie sposób mieć dla niego litość.
Inteligencja chce porzucić samą siebie i ma do wyboru dwoje drzwi: jedne prowadzą do „lecznicy” (która niekoniecznie musi być Kasą Chorych...), drugie na cyrkowy wybieg, gdzie odbywają się harce, i, jak mówi Miłosz „natrząsania z samych siebie”. Zawsze na arenie weselej (nawet jeśli igrzyska są krwawe...), niż w przychodni wątpliwego zdrowia.
Więc póki co, drzwi drugie są oblegane.
„Nie sądzę jednak – powiada Czesław Miłosz – że da się po prostu o historyzmie zapomnieć i parsknąć śmiechem na utopie romantyczne czy marksistowskie”.
Ale czy nie sięgam zbyt głęboko? – niepokoi się od razu. Francuzi wymyślili „historię mentalności”, ukazującą możliwość pogodzenia jednostki z historią, albo inaczej mówiąc biografii z narracją historyczną. Może podobną operację udałoby się przeprowadzić na żywym, współczesnym organizmie polskiej literatury?
Nawet jeżeli chirurgicznym narzędziem byłyby te wszystkie „lektury z lamusa”, które Miłosz wymienia, raz powątpiewając w ich skuteczność, aby za chwilę znowu wkroczyć w ciemny labirynt idei.
Lamus i labirynt – to dwa słowa-klucze Miłoszowego wywodu. Każde niesie ze sobą znaczenia symboliczne tak bogate i zróżnicowane, że można by całą rozmowę zacząć od nowa.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl