Niemiecka „rewolucja” lat 1967–1977 nie zmieniła Niemiec – Niemcy się zmieniły pomimo tej „rewolucji”

 

Czerwona dekada

Joachim Trenkner z Berlina

 

 

Spora część powojennego pokolenia Republiki Federalnej – tego, które dziś ma po 50-60 lat i dominuje w życiu publicznym – lata młodzieńcze spędziła w hermetycznym świecie lewicowej „rewolucji”. W czasach „czerwonej dekady” 1967–1977 – licząc od pierwszych demonstracji studenckich do apogeum terroru Frakcji Armii Czerwonej (RAF) – funkcjonowało w Niemczech Zachodnich mnóstwo organizacji i grupek: maoistowskich, komunistycznych, anarchistycznych itd. Dekada ta zmieniła Niemcy, choć nie tak, jak chcieli „buntownicy” – dziś konfrontowani ze swą przeszłością.


 

 

Pojawiają się co jakiś czas, z pewną regularnością, wstydliwe zdjęcia z minionych lat. Joseph („Joschka”) Fischer, dziś szef dyplomacji – jako uczestnik „kongresu antysyjonistycznego” w libijskim Trypolisie. Inne ujęcie: „Joschka” okładający powalonego na ziemię policjanta na ulicy Frankfurtu. Jürgen Trittin, minister ochrony środowiska – kiedyś komunizujący postrach policjantów na demonstracjach w Getyndze. Rudolf Scharping, minister obrony – uczestnik sittingu przeciw NATO. Otto Schily i Antje Vollmer, szef MSW i wiceprzewodnicząca Bundestagu – przed plakatem „Legal, Illegal, Scheißegal” (Czy legalne, czy nielegalne – g... to znaczy). Publikacja zdjęć z „rewolucyjnej” młodości nie ominęła nawet byłego ministra finansów Oskara Lafontaine’a i kanclerza Gerharda Schrödera.



UCIEKAJĄC OD PRZESZŁOŚCI


Niemal wszyscy obecni ministrowie wywodzą się z „pokolenia ’68”: ludzi, którzy chcieli zmieniać Republikę Federalną. Ich protest zaczął się na uniwersytetach, głównie w Berlinie Zachodnim i Frankfurcie. Jednak szybko to ulice stały się polem działania tzw. Opozycji Pozaparlamentarnej, której celem był najpierw rząd „wielkiej koalicji” CDU-SPD, kierowany w latach 1966-69 przez duet: chadeka Georga Kiesingera, byłego członka NSDAP i ministra spraw zagranicznych Willy’ego Brandta z SPD, który za Hitlera musiał uciekać z Niemiec. Innym obiektem nienawiści pokolenia była Ameryka, ten super-ojciec, który po wojnie wpajał Niemcom demokrację i właśnie wplątał się w wojnę w Wietnamie. 
Każdego, kto walczył przeciw USA, „rewolucjoniści” bezkrytycznie obwoływali bohaterem. Także chińskiego dyktatora Mao, mającego na sumieniu śmierć milionów Chińczyków, albo wodza Wietkongu Ho Chi Minha, albo Che Guevarę, partyzanta w służbie Castro. Aleksander Dubczek – praski reformator, którego dążenia do budowy „innego socjalizmu” stłumiły w 1968 r. sowieckie czołgi – nie miał szans na zostanie idolem niemieckich studentów. 
Wszyscy oni – od Schrödera po Scharpinga, od Fischera po Schily’ego – rozpoczęli wówczas (wzorując się na Mao) „długi marsz” przez instytucje demokratyczne. Jesienią 1998, po powstaniu czerwono-zielonej koalicji, dotarli wreszcie na szczyt. Ironia historii: odpowiedzialność za państwo demokratyczne przejęli ludzie, którzy dorastali w mentalnej opozycji wobec instrumentów demokratycznej polityki. W czasach swej rewolty traktowali wojsko i policję – czy szerzej: środki, gwarantujące monopol państwa na użycie siły – jako nielegalne narzędzia represji. Dziś generacja, która ochrzciła się mianem „pokojowych aktywistów”, musiała w Kosowie i Afganistanie przeobrazić się w stróżów bezpieczeństwa, wewnętrznego i zewnętrznego.
Czy tę właśnie ironię przeczuwał Schröder, gdy w pierwszym wystąpieniu jako kanclerz mówił: „Ta zmiana pokoleniowa jest dla niektórych wielkim wyzwaniem”? Dziś, trzy lata później, można odnieść wrażenie, że próba ta okazała się trudniejsza nie dla wyborców, ale dla tych, którzy znaleźli się u władzy. Lafontaine, który nadal marzy o „trzeciej drodze” do socjalizmu umknął wyzwaniu, wycofując się w ogóle z polityki. Schily, kiedyś adwokat terrorystów z RAF, naprawia dawne błędy jako nadgorliwy minister spraw wewnętrznych. Fischer, były anarchista i streetfighter, usiłuje uciec od przeszłości, próbując ambitnie rozwikłać kwadraturę koła, jaką jest konflikt bliskowschodni. Scharping, były wróg NATO i ojciec licznej rodziny, oddaje się hedonistycznym eskapadom z nową towarzyszką życia. Tylko kanclerz Schröder – kiedyś działacz młodych socjalistów – nie wykazuje żadnych objawów „syndromu ucieczki”. Może dlatego, że on nie był dogmatykiem, nawet jeśli przewinął się kiedyś przez grono „naprawiaczy świata”.



BUNT WBREW REALIOM


Trzy dekady upłynęły od studenckiej rewolty, a tamten burzliwy czas nadal porusza Niemców; dokładniej Niemców zachodnich, bo wschodni siedzieli wówczas zamknięci Murem. 
Do pierwszego wybuchu agresji doszło w Berlinie Zachodnim już w czerwcu 1967, gdy po protestach przeciw wizycie szacha Persji policjant zastrzelił studenta Benno Ohnesorga. Później, po antyamerykańskim „kongresie” poświęconym Wietnamowi w styczniu 1968, demonstracje zagroziły kolejnym podziałem miasta: po jednej stronie tysiące długowłosych studentów, protestujących przeciw wszystkiemu, co uważali za typowo amerykańskie, blokujących ulice i skandujących „Ho, Ho, Ho Chi Minh” albo „Jankesi precz z Berlina Zachodniego” – a po drugiej większość berlińczyków, wdzięcznych Amerykanom za ochronę przed komunizmem.
Na uniwersytecie we Frankfurcie nad Menem, drugiej „twierdzy” ruchu, filozof Jürgen Habermas – prominentny przedstawiciel lewicowej tzw. teorii krytycznej – po spotkaniu z wojowniczą nietolerancją studentów, w ostrych słowach nazwał ich „lewicowymi faszystami”. Dla konserwatywnego politologa Kurta Sontheimera rewolta studentów stanowiła po prostu zagrożenie dla demokracji „Republiki Bońskiej”, zwłaszcza od kiedy niektórzy z „rewolucjonistów” w latach 70. faktycznie zeszli do podziemia, stając się mordercami z RAF. Inni analitycy przypisują jednak ruchowi studenckiemu rolę impulsu, który popchnął Niemcy w kierunku społeczeństwa nowocześniejszego, mniej paternalistycznego. Niektórzy w roku 1968 upatrują nawet moment faktycznego powstania Republiki Federalnej, z jej demokratyczną kulturą polityczną.
„Im bliżej ogląda się jakąś rzecz, tym głębiej spogląda się w jej przeszłość” – pisał wiedeński satyryk Karl Kraus. Wspomnienia są uparte, a przy tym zawodny z nich towarzysz. Większość aktorów tamtych wydarzeń traktuje dziś swą młodzieńczą rebelię z dystansem. Oczywiście, ruch studencki może się pochwalić sporymi sukcesami społecznymi: emancypacja kobiet, odkurzenie przestarzałej struktury uniwersytetów, mniej autorytarne wychowanie, odejście od typowej kiedyś dla Niemiec ślepej wiary w autorytety. Ale „znienawidzonego, kapitalistycznego porządku społecznego” nie udało się studentom zmienić. Rewolucyjna była co najwyżej atmosfera w klubach dyskusyjnych, zadymionych lewackich knajpach i niezliczonych środowiskach trockistowskich, maoistycznych, komunistycznych i innych.



1968: FAKTY I MITY


Tymczasem sytuacja w Republice Federalnej pod koniec lat 60. i w latach 70. nie była wcale „rewolucyjna”. Jednym z paradoksów powojennej historii jest to, iż zachodnioniemiecka młodzież zradykalizowała się politycznie akurat w chwili, gdy państwo i społeczeństwo było w fazie modernizacji. Socjaldemokratyczne rządy Brandta i potem Helmuta Schmidta rozbudowywały gwarancje państwa dla „społecznej gospodarki rynkowej”, które wprowadzać zaczęła prawica chadecka. Dzięki polityce wschodniej SPD uwolniła też Republikę Federalną od roli kraju frontowego. Nigdy dotąd Niemcy z Zachodu nie żyli w takim dobrobycie i wolności. Coroczny wzrost płac w przemyśle przekraczał 10 proc., a nowoczesny kapitalizm konsumpcyjny już rozmiękczał społeczno-psychologiczne fundamenty dawnego państwa paternalistycznego ery Adenauera – przeciw któremu zwracała się studencka rewolta. Co więcej, w przeciwieństwie do swych rodziców, buntownicy dorastali w pokoju i dobrobycie. Otworem stał przed nimi świat, kolorowy, różnorodny i wolny, który oni – przynajmniej przez pewien czas – odrzucali.
Od pewnego czasu modne są próby nowej interpretacji tej naznaczonej paradoksem „czerwonej dekady”, która rozpoczęła się w 1967 r. śmiercią Ohnesorga, swe apogeum osiągnęła mordami RAF w latach 70., m.in. na prokuratorze generalnym Siegfriedzie Bubacku, szefie Dresdner Banku Jürgenie Ponto i prezesie związku pracodawców Hansie-Martinie Schleyerze – i zakończyła się w 1977 r. tzw. „niemiecką jesienią”, kiedy terroryści RAF Andreas Baader, Gudrun Ensslin i Jan-Carl Raspe popełnili w więzieniu samobójstwo.
Moda na „czerwoną dekadę” objęła też branżę filmową. Jesienią ub.r., podczas przeglądu dokumentalnego w Lipsku, pokazano filmowy portret terrorysty Holgera Meinsa, zmarłego w więzieniu podczas strajku głodowego. Hitem stał się dokument o tzw. „drugiej generacji RAF”, której ofiarą padli finansiści Herrhausen i Rohwedder. Z kolei wyświetlany na tegorocznym „Berlinale” film fabularny pokazuje Andreasa Baadera (terrorystę numer jeden) jako buntowniczego dandysa, który jak w gangsterskiej opowieści chce stawić czoło całemu miastu. Innemu terroryście, skazanemu za wielokrotne morderstwo na dożywocie, pozwolono oświadczyć w programie TV, że „skrucha nie jest pojęciem z dziedziny walki politycznej”.
Jedna publikacja wyróżnia się w masie interpretacji „roku 1968”: to samokrytyczna spowiedź życia 56-letniego dziś historyka i publicysty Gerda Koenena pt. „Czerwona dekada: nasza mała niemiecka rewolucja kulturalna” (Kolonia 2001). Koenen wie, o czym pisze: w 1967 r. był działaczem Socjalistycznego Związku Studentów (SDS), później przewijał się przez rozmaite grupy lewicowe, by w końcu trafić do Komunistycznego Związku Niemiec Zachodnich (KBW). 
Zdaniem Koenena rewolta zaskoczyła większość Niemców, przede wszystkim szybką radykalizacją protestów. To „narcystyczne samo-inscenizacje i oddziaływanie mediów” pozwoliły na eskalację sporu, którego istotą był konflikt pokoleń. Wedle (samo-)krytycznej analizy Koenena młodzi, „spóźnione pokolenie”, opętani byli ideą, że sami muszą nadać swym biografiom odpowiednią rangę – inaczej niż rodzice, którym w czasie wojny i powojennej odbudowy dane było żyć w samym sercu Historii. Dlatego buntująca się młodzież łatwo ulegała quasi-militarnym fantazjom: przepowiadała wybuch III wojny światowej albo chciała importować do Niemiec „walkę wyzwoleńczą” z Trzeciego Świata. Takie fantazje znalazły wyraz w modzie na „partyzantkę miejską”, charakterystycznej dla części „ruchu ’68”, a kilka lat później w „symbolicznej wojnie” RAF-u.
Jak w przypadku wszystkich procesów społecznych w powojennych Niemczech, także dla buntujących się studentów kluczowym punktem odniesienia były lata 1933-45. Uznając historyczną winę Niemiec, młodzi kultywowali własną wyższość moralną nad pokoleniem rodziców. Patrząc wstecz, można niemal ulec wrażeniu, że okres nazizmu został odkryty i potraktowany krytycznie dopiero dzięki „pokoleniu ’68”. Niesłusznie: dawni lewicowi studenci przemilczają fakt, że rozliczanie niemieckich zbrodni zaczęło się w zachodnioniemieckich mediach, literaturze i na salach sądowych znacznie wcześniej, bo od końca lat 50. – czego przykładem choćby dokumentalny film Erwina Leisera „Hitler – Mein Kampf”, dramat Rolfa Hochhutha „Namiestnik” bądź pierwszy z serii „procesów oświęcimskich” we Frankfurcie. Ówczesne lewicowe interpretacje lat 1933-45 wcale nie były też odporne na antysemityzm, o czym świadczą liczne wówczas akcenty „antysyjonistyczne”.


ANTYLIBERALNI I ANTYOBYWATELSCY


Koenen pisze o pomyłkach i zawirowaniach własnego pokolenia, w którym mao-iści, bardziej czy mniej dogmatyczni lewacy, trockiści, feministki i inni chcieli – metodami pokojowymi albo przemocą – zrewolucjonizować świat, i których język oraz publikacje pełne były emocji „antyliberalnych, antyobywatelskich, antydemokratycznych i antyzachodnich”. „Nowa lewica” – bo i tak nazywał siebie ruch – produkowała góry papieru, traktatów i pamfletów, walcząc nie tylko z „systemem”. Także rozmaite środowiska występowały zaciekle przeciw sobie nawzajem, dzieląc się w nieskończoność na frakcje. 
Co znamienne, żadne z lewackich ugrupowań nie wykazywało zainteresowania dla powstających ruchów opozycyjnych oraz protestów robotniczych w Europie Wschodniej. Niemcy Wschodnie były dla nich „najmniej znanym krajem świata” (Koenen), zaś środowiska opozycyjne w Warszawie czy Pradze ignorowali: nie chcieli pozwolić „renegatom” ze Wschodu, aby ci zmącili „ich” obraz socjalizmu... Koenen dowodzi też, że przejście od protestu do terroryzmu było płynne – i wiązało się z postępującym bardzo szybko już od 1969 r. zróżnicowaniem ruchu studenckiego. Podczas gdy większość niedawnych buntowników przystąpiła do SPD Brandta, albo założyła później partię „Zielonych”, dla radykalnej mniejszości wrogiem był nawet rząd socjalno-liberalny. 
Żaden z rządzących dziś Niemcami polityków nie usprawiedliwia terroru. Nie ma wątpliwości, że podziemnej „Frakcji Armii Czerwonej” chodziło o zwykły mord, o rzucenie wyzwania państwu prawa. Przez ponad 20 lat, do połowy lat 90., RAF szerzyła strach i trwogę. Bilans to 67 zabitych i 230 rannych, oraz 500 mln marek strat materialnych. 104 konspiracyjne mieszkania wykryte przez policję, 180 skradzionych aut, do tego broń, materiały wybuchowe i sfałszowane dokumenty. Za członkostwo w organizacjach terrorystycznych skazano 517 osób, a 914 za wspieranie terrorystów.
W Niemczech udało się pokonać terroryzm, a upragniona przez niektórych „rewolucja” nie ziściła się. Wielkie projekty społeczeństwa „lepszego i sprawiedliwszego” to od dawna makulatura, traktowana jak historyczna pomyłka. Co więc zostało z „czerwonej dekady”? Bilans Koenena wypada skromnie: ruchy protestu były co najwyżej katalizatorem procesu zmian, który uruchomiony został już wcześniej. Fakt, że wiele środowisk i ugrupowań odeszło od pierwotnej wojowniczości i radykalizmu, i że ich członków udało się włączyć w instytucje demokratyczne, świadczy jednak o wysokiej zdolności społeczeństwa obywatelskiego w Niemczech Zachodnich do neutralizowania konfliktów społecznych.
Choć może z ruchu roku 1968 zostało coś więcej. Tajemnica sukcesu Republiki Federalnej podczas i po „czerwonej dekadzie” tkwi właśnie w przemienieniu kultury społecznej i kultury dnia codziennego, co dokonało się właśnie w tamtym dziesięcioleciu. Demokracja już przecież istniała – i na szczęście nie doznała uszczerbku podczas tamtych lat, dzikich i tragicznych, lecz stała się bardziej żywotna.


Przełożył Marek Zając 



Joachim Trenkner, były dziennikarz tygodnika „Newsweek” i niemieckiej telewizji publicznej SFB, jest berlińskim publicystą; stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl