W piątą rocznicę śmierci wielkiego rusycysty

 

Andrzej Drawicz – żywy i wolny

GRZEGORZ PRZEBINDA

 

 

Zmarł nad ranem 15 maja w leto gospodnie 1997, dokładnie w dniu urodzin swego ukochanego pisarza Michaiła Bułhakowa. Gdyby żył, a przecież nie powinien był umierać tak wcześnie nad ranem, w wieku dopiero sześćdziesięciu pięciu lat, w końcu mężczyzna na schwał, tryskający niezmiennie życiem i urodą – takim go w Krakowie pamiętamy... – gdyby przeto żył, wydrwiłby dzisiaj plączące się tu i ówdzie po polskich gazetach opinie o „słabości i starzeniu się »Mistrza i Małgorzaty«”, o pilnej „potrzebie napisania go od nowa”... Kto zresztą chce, niech napisze; w końcu, jak to mówił Dostojewski, „wsio pozwoleno”... 
Tymczasem wielu z nas – uczniów i przyjaciół Andrzeja, wiernych czytelników Bułhakowa dzisiaj i w przyszłości – wciąż ma Drawicza przed oczyma jak Żywego. Przywołajmy tu wiersz „Marburg” Borysa Pasternaka (jednego z ulubionych poetów Andrzeja):

Tu żył Marcin Luter. Tam dom braci Grimmów.
I dachy szponiaste, i płyty nagrobne.
I wszystko pamięta, i tęskni za nimi.
I żyje. I wszystko to do snu podobne.

O nici miłości! O, schwyć ją rękoma!
Lecz jakżeś olbrzymi, ty małpi doborze,
Gdy pod zaświatami, u drzwi swego domu
Jak równy z równymi odczytasz swój wzorzec.

(tł. Mieczysław Jastrun)


Jak równy z równymi – tak właśnie Andrzej Drawicz spotykał się i rozmawiał z wieloma żywymi postaciami wolnej literatury rosyjskiej, poczynając od lat 60. – w Rosji, w Polsce, w Paryżu i gdzie indziej. Znał Annę Achmatową, damę i poetkę, widywał niezłomną Nadieżdę Mandelsztamową, spotykał się z wdową po Bułhakowie. Lubił mówić, iż „w Rosji trzeba żyć długo, a potem jeszcze należy mieć dobrą wdowę”. To właśnie dzięki dobrym wdowom rosyjskim możemy czytać teraz zarówno wiersze Mandelsztama, jak i „Mistrza i Małgorzatę”. Gdyby nie one, wdowy rosyjskie, służbom bezpieczeństwa w ZSRR udałoby się rzeczywiście, tak jak chciały, wypchnąć tę literaturę do niebytu. Drawicz przyjaźnił się z Josifem Brodskim, znał dobrze Jurija Trifonowa („Jurę”), Andrieja Siniawskiego, Władimira Maksimowa, Gieorgija Władimowa, którego „Wiernego Rusłana” przetłumaczył na polski i bardzo go polecał na początku lat osiemdziesiątych XX – ubiegłego już! – stulecia swym krakowskim studentom (innych wtedy nie miał – Warszawa wypchnęła go przecież poza uniwersyteckie rogatki). Jako jeden z ówczesnych uczniów Drawicza słuchałem z przejęciem i zaufaniem jego wskazówek: „»Wierny Rusłan« – mówił – jest w moim prywatnym katalogu jedną z najważniejszych książek rosyjskich”. 
Znał i szczerze kochał wielu innych Rosjan. Proszę wybaczyć kolejne wspomnienie, ale przecież tak chyba – czyli osobiście – winniśmy pamiętać o naszych żywych zmarłych. Gdy od 1986 roku zaczynałem poznawać rosyjski literacki Paryż, rekomendacje od Drawicza otwierały przede mną wszelkie furtki. Władimir Maksimow, Natasza Gorbaniewska, Andriej Siniawski, Irina Iłowajska Alberti – wszyscy oni na dźwięk nazwiska Andrzeja stawali się jeszcze cieplejsi i bardziej serdeczni. Gdy pod koniec 1994 roku „Tygodnik Powszechny” zlecił mi nagranie wywiadu z Bułatem Okudżawą, zwróciłem się oczywiście do Andrzeja o pomoc. Jego rekomendacyjny liścik także w mieszkaniu Bułata, przy Biezbożnym Piereułku w Moskwie, odegrał magiczną rolę. Kiedyś w „Tygodniku” ukazał się wiersz Okudżawy „Syzyf” w przekładzie Drawicza, który siedział wtedy w obozie dla internowanych:

Dźwigam ku niebu zamek mojej nadziei
Glinę ugniatam. Głazy w górę pcham po kolei –
Nie chcąc znikąd pomocy.
Tak się już w życiu
dzieje:
Sił może zbraknąć.
Nic to.
Byle zachować 
nadzieję. 


Syzyf Okudżawy, w pocie czoła pchający swój ciężki głaz ku górze, to był właśnie Drawiczowy bohater w trudnych latach 80. W maju 1983 roku – także w „TP” – napisał: „Nie trzeba silić się na odpowiedzi na rosyjskie pytanie. Wystarczy je uczciwie stawiać. I nie podpowiadać nieprawdy”... Sam chciał te pytania przybliżyć Polakom, między innymi poprzez zachętę do lektury Andrieja Płatonowa, którego uznawał obok Michaiła Bułhakowa, Michaiła Zoszczenki i Izaaka Babla za największego prozaika Rosji XX wieku: „Trzeba więc z Płatonowem – śladem jego bohaterów – podróżować, i to najpierw daleko w głąb, a potem ku górze. (...) trzeba będzie stamtąd, od środka, udając się w jego kraje i zmaterializowaną w nich historię. I ci, co go do końca zrozumieją, będą – widocznie – wolni”. 
Bardzo nie lubił, gdy twierdzono – niezależnie od tego, czy głosy owe pochodziły od samych Rosjan, czy też od ich polskich papużek – że „Rosji rozumem pojąć nie można”. Był przekonany, że podobne metafory mogą odgrywać rolę samospełniającej się przepowiedni, a w obliczu zmian w nowej Rosji są wyraźnie nie na czasie, prowadzą do umysłowej apatii i bezczynności. W centrum Drawiczowych rozważań o Rosji stała zawsze teza, iż „Rosjanie to także ludzie”. Nie było to u nas i do dzisiaj nie jest całkiem oczywiste – zbyt często utożsamia się podobny pogląd z sympatiami prokomunistycznymi i wielkoruskimi. 
Sam zresztą sądziłem wówczas, że Drawicz, popierając np. piórem Michaiła Gorbaczowa, nazywając go nawet z sympatią „rosyjskim inteligentem w akcji”, myli się niewybaczalnie. Mylili się jednak antykomunistyczni krytycy Gorbaczowa; mnie samemu uzmysłowił to Okudżawa podczas nagrywania wspomnianego powyżej wywiadu: „Kiedyś Gorbaczowowi ludzie postawią pomnik. Czy tego chciał, czy nie, dokonał jednak rzeczy wielkiej. Dzisiejsze losy Europy, Rosji, Polski związane są z jego imieniem”.
W 1995 roku w wywiadzie opublikowanym w 24. numerze „Kresów” Drawicz mówił o swoich dziesięciu latach pracy w charakterze wykładowcy w Instytucie Filologii Rosyjskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego: „Krakowski ośrodek rusycystyczny w Uniwersytecie Jagiellońskim zawsze zażywał dobrej reputacji, przed wojną to była prawdziwa kuźnia polskiej rusycystyki. Potem w latach cenzuralnie coraz trudniejszych, w warunkach ideologicznej kontroli krakowianie mieli tę śmiałość i naturalność, która nakazywała im zwyczajnie uczyć studentów i włączyć do programu pisarzy nieoficjalnych. Przekonałem się, że w Krakowie nie uważano tego za konspirację, ale traktowano jako normalną działalność naukową i obowiązek wobec studentów. Przez wszystkie te szczęśliwe krakowskie lata wspólnie z kolegami robiłem, co mi się podobało, a mam nadzieję, że i nasi studenci mieli z tego jakiś pożytek”.
Mieli, co mogę zaświadczyć wraz z innymi.

*


I na koniec znowu wiersz, tym razem „Narodziny sztuki” Mikołaja Majorowa, poety, który zginął w 1942 roku jako dwudziestotrzyletni student i żołnierz na froncie pod Smoleńskiem: 

I tak się świat, za wiekiem wiek, kształtuje,
więc z twórców ten geniusza nazwy godzien,
kto doskonałość form jego odczuje
i pierwsze drgnienie życia, gdy się rodzi.
Aż przyjdzie czas gdy zziębły i ponury,
do ust podnosząc pokarm niewybredny,
pogrąży się w zwierzęce ciepło skóry
i pierwszy raz ty w myślach staniesz przed nim.
Wsłuchany w wiatru stuustego wycie,
patrzący na pierwotnych skał nawisy,
wymyśli sztukę, pokochawszy życie,
Aby w pieczarze utrwalić twe rysy.
(...)
Tak, raz się stawszy niebiosów rywalem,
na wieki ujrzał konkurentów w bogach.
Dosyć mu było pomalować kamień,
by takie święto ludzie mogli przeżyć,
że ty, do ręki mu lgnąca ustami, 
poddawszy się – musiałaś weń uwierzyć.
Dlatego więcej nieskończenie znaczysz
niż noc wrześniowa, co właśnie zapada.
Dobrze mi nawet wtedy, kiedy płaczesz
I poprzez łzy o pięknie opowiadasz.

Tłumaczył – dobrze, jak zawsze – Andrzej Drawicz... 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl