FILM

 

Struktura kryształu

ANITA PIOTROWSKA

 

 

Robert Altman lubi sadzać widza w niewygodnej pozycji. Oglądając jego filmy czujemy się trochę jak nieproszeni goście na mało sympatycznym przyjęciu. Już początek „Gosford Park” ustawia nas jakby na zewnątrz wydarzeń, w całkowitym dystansie i niemożności nawiązania kontaktu z którąkolwiek postacią. 

 

 

Jest rok 1932. W wiejskiej posiadłości państwa McCordle ma się odbyć wielkie polowanie. Właśnie zjeżdżają licznie zaproszeni krewni i przyjaciele domu. Patrzymy, jak przemierzają jesienny angielski pejzaż, i ani na moment nie możemy ich „dotknąć” – oddzielają nas strugi deszczu, szyby automobili, splątane gałęzie drzew. Za chwilę zorientujemy się, że równie przepastne dystanse dzielą bohaterów od siebie nawzajem: społeczne hierarchie, finansowe porachunki, seksualne zależności, snobizmy i style życia. 

*


Altman po kilku latach flirtu z kinem lżejszego gatunku powraca do ulubionej formuły rozrachunkowego „kina polifonicznego” – znanej choćby z „Nashville”, „Dnia weselnego” czy „Na skróty”. Dziś w kinie amerykańskim takie wielowątkowe, mozaikowe portrety społeczne (jak choćby „Magnolia” czy „Traffic”) stały się obowiązującą modą; mało kto pamięta, że to właśnie Altman był pierwszy i nie da się ukryć – jak dotąd najlepszy. Już 30 lat temu w sposób absolutnie mistrzowski zrywał z dominującą od czasów D. W. Griffitha tradycją zindywidualizowanego bohatera, koncentrującego na sobie całą akcję. Likwidując ostry podział na peryferie i centrum, zakwestionował amerykański, wyrastający z mieszczańskiej sztuki mit silnego protagonisty. 
U Altmana bowiem wszystko jest ważne i wszystko znaczy. Dryfująca kamera wydobywa z tła anonimowe „ciała”, zatrzymuje się na obiektach pozornie nieistotnych. Początkowo mamy wrażenie poruszania się na oślep. Potem stopniowo udaje się nam wysnuć pojedyncze nici, spleść ze sobą poszczególne elementy. Wreszcie zaczynamy tę chaotyczną przestrzeń ogarniać, porządkować, rozumieć. My – nieproszeni „ubodzy krewni” – otrzymujemy dar wszechwładnego, boskiego zgoła spojrzenia. W bezładnej ludzkiej kotłowaninie zaczynamy dostrzegać przemyślaną choreografię. Jednocześnie w tych fragmentarycznych, przypadkowych obserwacjach powoli unaocznia się ciężar zła. Tym większy, że zwykle przybiera ono u Altmana postać podejrzanie banalną i łudząco błahą. Na szczęście jednak to nam reżyser pozostawia ostateczne wyroki.

*


Tak jest i tym razem. Film „Gosford Park” posiada około 30 równoprawnych bohaterów, lecz już po pierwszych kilkusekundowych „wejściach” orientujemy się, kto jest kim i jaka jest w ogólnym zarysie jego historia. Status bohatera określa przede wszystkim przyporządkowana mu przestrzeń. Plejada postaci przybywających na polowanie do Gosford Park znajduje swój rewers w dolnych partiach domu: tu, pośród służby, obowiązują podobne sztywno przestrzegane hierarchie, taki sam niepodważalny podział na „biznesmenów” i „arystokratów”, „baronów” i „hrabiów”. Właściwie nie wiadomo, czy dół jest karykaturą góry, czy na odwrót. Jedni i drudzy plotkują, oszukują, grają swe odwieczne role. Oba światy pomimo definitywnej odrębności przenikają się nieustannie, a los ich mieszkańców jest na swój sposób podobny: idealna służąca nie może mieć własnego życia; prawdziwa dama musi odgrywać swoje życie na użytek innych. 
Wszyscy są niewolnikami etykiety. Mechanizm musi funkcjonować bez zarzutu. Kiedy podczas nudnawego wieczoru zostaje zamordowany gospodarz, rytuał obnaży swą żałosną, zatęchłą formę: świeżo upieczona wdowa ani na moment nie wypadnie z roli pani domu, a już chwilę potem odda się bez skrupułów przystojnemu służącemu. Wierny sługa zmarłego nawet po jego śmierci będzie gorliwie wykonywał swoje obowiązki. Widzimy, jak krząta się wokół ciała pana Mc Cordle’a (znienawidzonego przez wszystkich nuworysza i łajdaka), ale nie ma tu miejsca na ludzki gest: jest zaledwie groteskowy przymus i bezduszny, wyuczony nawyk. 

*


Jednakże w gęstym filmie Altmana podbija nas nie tyle mnogość i ostra przenikliwość rodzajowych scen, ile przede wszystkim brawura (a przy tym chirurgiczna precyzja!) w inscenizowaniu wielopoziomowego świata przedstawionego. Zamknięci w dostojnych murach angielskiego pałacu nie mamy ani przez chwilę poczucia teatralnej klaustrofobii. Przestrzeń stworzona przez Altmana nie jest zamkniętym pudełkiem. Przypomina raczej misternie skonstruowaną skrzyneczkę, pełną sekretnych szufladek, skrytek i podwójnych den. Widz „Gosford Park” momentami czuje się tak, jakby obracał w palcach zimny kryształ – studiował jego misterną strukturę i wyjątkowy kształt. 
Dlatego można oglądać „Gosford Park” dla samego tylko zachwytu nad formalną maestrią; można podziwiać cudowną lekkość, z jaką amerykański mistrz pociąga za wszystkie sznurki; można też skupić się wyłącznie na wyśmienitych aktorach – brytyjskich z krwi i kości, z których każdy daje tutaj osobny, w dużej mierze improwizowany koncert, a zarazem każdy współtworzy idealnie brzmiącą symfonię. Maggie Smith w roli kostycznej lady Trentham rozbudowuje swoje dotychczasowe emploi, znane choćby z „Pokoju z widokiem” Ivory’ego; Kristin Scott Thomas w roli lady Mc Cordle mruga do nas cytatami ze swych poprzednich lodowato-arystokratycznych wcieleń. 
Wyjątkowo smakowitym kąskiem jest w „Gosford Park” altmanowska ironia i autoironia, podkreślające iluzoryczność całego przedstawienia, ale też wyrażające osobisty stosunek Altmana do dzisiejszej kultury. Jednym z gości państwa McCordle jest Weissman, amerykański producent (w tej roli rzeczywisty producent Altmana Bob Balaban), który pracuje właśnie nad nowym filmem (jego fabuła pokrywa się z filmem, który właśnie oglądamy!), a także towarzyszący mu hollywoodzki amant. Obaj reprezentują świat, z którym sam Altman wolałby nie mieć za wiele wspólnego – świat masowej rozrywki, w którym kupczy się tanimi emocjami. Można by rzec o nich – aroganccy Amerykanie, żywy symbol złego smaku nowych czasów, w których salony (elity?) skazane są na zagładę. Lecz reżyser nie epatuje wcale arystokratyczną żółcią. Trudno nie zauważyć – mówi – że to właśnie owa tandetna kultura masowa, niosąc pocieszenie milionom, przyczyniła się do zniesienia społecznych podziałów: to dzięki niej służące i damy na moment stają się sobie bliskie. I to właśnie lady Trentham ze swą snobistyczną pogardą ma w sobie coś drażniąco plebejskiego. Z drugiej strony, najbardziej plebejski i nieokrzesany spośród służących okaże się w końcu... hollywoodzkim aktorem, który przygotowując się do nowej roli cynicznie brata się z ludem. 
U Altmana nie ma bowiem oczywistości. Nie wszystko też rozmywa się w jałowej dialektyce. „Gosford Park” to przede wszystkim historia ludzkiej małości i poniżenia, gorzki obraz świata, który w rozdętej do absurdu Formie poszukuje ratunku przed ostateczną degradacją, w końcu – ponury traktat o związkach między seksem i władzą. Najbardziej altmanowskie okazuje się jednak zakończenie: zagadka kryminalna zostaje rozwiązana, przygnębiająca prawda o ekscesach zmarłego pana domu wychodzi wreszcie na jaw – a jednak nie następuje oczyszczenie. Życie toczy się dalej... 

*


Film Altmana wbrew powierzchownym podobieństwom ani przez moment nie zmierza w kierunku dramatu znanego nam z „Festen” Thomasa Vinterberga. Rozpoznanie dokonuje się tutaj w warunkach kameralnych, bez histerii i patosu. Angielska flegma? Pewnie tak. Ale zarazem coś znacznie więcej: w bystrym spojrzeniu Altmana kryje się głęboki smutek sędziwego mędrca, który ubiera w stare dekoracje swoje zwątpienie i rozczarowanie dzisiejszym światem. Wyraża swój sprzeciw wobec uniformizacji i nieautentyczności uczuć. I nie po raz pierwszy robi to w sposób tak bezceremonialnie bolesny. 



GOSFORD PARK, reż. Robert Altman, scen. Julian Fellowes (na podst. pomysłu Roberta Altmana i Boba Balabana), zdj. Andrew Dunn, muz. Patrick Doyle, scenogr. Stephen Altman, mont. Tim Squyres. Występują: Maggie Smith, Michael Gambon, Kristin Scott Thomas, Camilla Rutheford, Charles Dance, Geraldine Somerville, Tom Hollander, Natasha Wightman, Jeremy Northam, Bob Balaban, James Wilby, Claudie Blakley, Helen Mirren, Emily Watson, Alan Bates, Derek Jacobi i inni. Prod. Wielka Brytania/USA 2001. Dystryb. Vision.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl